Hans Klapa – fragment książki „Ludzie, na których się poluje”

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pomost możemy zaprezentować Wam obszerne fragmenty z książki Hansa Klapy „Ludzie, na których się poluje” w przekładzie Moniki Rodziewicz, wydanej w Poznaniu w 2020 roku. Książka ukazała się jako dwudziesta czwarta pozycja serii „Festung Posen 1945”, jednej z trzech serii w ofercie Wydawnictwa Pomost – wszystkie możecie obejrzeć na stronie wydawnictwa, do odwiedzenia której zachęcamy.

Baner z logo Wydawnictwa Pomost

Wspomnienia Hansa Klapy (rocznik 1925) zostały po raz pierwszy opublikowane w roku 1995 w Düsseldorfie pod tytułem „Von Posen in die Wälder. Hinter den feindlichen Linien überlebt” (Z Poznania do lasów. Przetrwać za liniami wroga). Sama relacja została spisana jeszcze w 1946 roku. Przytoczone wspomnienia są materiałem umożliwiającym wyobrażenie sobie grozy ostatnich miesięcy drugiej wojny światowej.

Autor na początku listopada 1944 roku trafił do szkoły podchorążych piechoty w Poznaniu. Wziął udział w obronie miasta w styczniu-lutym 1945 roku jako łącznościowiec. W dniu 15 lutego zapadła decyzja o wyrwaniu się z miasta i wycofywaniu się na północ, w kierunku Obornik, gdzie miały skoncentrować się uchodzące oddziały, by następnie udać się w kierunku Odry i spróbować ją sforsować. Przejście do punktu zbornego zajęło im dwa dni. Nie pomagały w tym ani pogoda, ani obecni już na tym terenie Rosjanie, ani postawa miejscowej ludności, w przeważającej części Polaków. Aby utrudnić swoje wykrycie, Niemcy poruszali się nocami, niekiedy nadkładając drogi, by ominąć osady, co jednak nie uchroniło ich przed potyczkami.

Spod Obornik wyruszyli w kierunku Noteci, którą udało przekroczyć się w okolicy Czarnkowa (śluza w Pianówce lub Mikołajewie). W tym momencie znaleźli się w granicach przedwojennych Niemiec, na terenach zamieszkałych przez swoich rodaków. Z tym że Rosjanie, obecni tu od końca stycznia, zdążyli już tak zastraszyć ludność, że ta, w obawie o życie, nie była skłonna udzielać pomocy niemieckim żołnierzom – przekazywała im żywność, ale odmawiała przyjęcia pod swój dach. Wyjątkiem była rodzina Sitz z Górnicy, gdzie oprócz wiktu i schronienia, uciekinierzy z ukrytego radioodbiornika gospodarzy poznali najnowsze wieści. Utwierdzili się w przekonaniu, iż należy kierować się w stronę Starego Osieczna, gdzie przebiegała linia frontu.

Niedługo potem, 23 lutego 1945 roku, po raz pierwszy pojawili się w pobliżu Człopy (zachowaliśmy oryginalną pisownię cytowanych fragmentów):

Wymarsz na północ

(…) Po ominięciu jeziora natrafiamy na przeszkodę w postaci wypływającego z niego szerokiego strumienia. Odcina on nam drogę na północ. Po pokonaniu rowu przeciwpancernego i kilku linii obronnych docieramy do obszernego, betonowego bunkra. Jego zniszczone wyposażenie zdradza nam, że znajdujemy się w schronie należącym do „Wału Pomorskiego” (Pommern Stellung). Nieopodal tej linii umocnień biegnie szeroka szosa na północ. Część drogowskazu stoi tak daleko, że nie widzimy, co jest na nim napisane. Najbliższy nam znak wskazuje drogę do miejscowości Człopa (Schloppe).

Po potwierdzeniu naszych koordynatów na mapie stwierdzamy, że wspomnianą drogą można dojść do miejscowości Drawno (Neuwedell). Wieczorem tamtędy pójdziemy. Szukamy teraz na mapie leśniczówki we wsi Pustelnia (Salmer Teerofen). Nieopodal mostu nad strumieniem natrafiamy na jej gruzy. Obok ruin znajdujemy ogródek pełen marchewek, a także zakopaną puszkę ze smalcem. Znów mamy coś, czym możemy przez chwilę oszukać uczucie głodu. W bunkrze oczekujemy na nadejście nocy. Ruszamy szosą na północ, schodząc z niej, gdy tylko słyszymy najdrobniejszy hałas. Czujemy dym idący z komina któregoś z budynków po lewej strony drogi. Nie wiemy, czy jest to chata, czy bunkier, ale na wszelki wypadek obchodzimy to miejsce szerokim łukiem. Natrafiamy na wiele śladów zaciętych walk. Potykamy się o trupy żołnierzy obu stron, porzuconą broń, resztki wyposażenia. Przechodzimy obok lasu, który zapewne był celem zmasowanego ognia artyleryjskiego. Drzewa są połamane i spalone.

[strony 70-71]

Armia Czerwona błyskawicznie posuwała się w kierunku Odry, skutecznie rozbijając lub zmuszając do odwrotu jednostki niemieckie. Członkowie grupy wciąż liczyli na to, że uda im się dotrzeć do swoich oddziałów stojących na linii frontu, dlatego trasa ich dalszego marszu wiodła jeszcze bardziej na północ. Próba przekroczenia Drawy i podejścia w okolice Drawna czy Mirosławca nie przyniosły efektu. Wszędzie byli Rosjanie, co zmuszało uciekinierów do ciągłego ukrywania się i skrytego przemieszczania. Wielodniowa wędrówka w zimnie i chroniczny brak pożywienia nie tylko nadwątliły ich siły, ale wręcz doprowadziły do skrajnego głodu. Autor wspomina, że grupa ratowała się nielicznymi resztkami jedzenia znalezionymi w zdewastowanych przez Rosjan gospodarstwach, a w ostateczności żywiła się mchem rosnącym na drzewach. Na tym etapie wędrówki szczęście przestało im dopisywać i zostawili za sobą czterech poległych towarzyszy. Pozostali przy życiu postanowili skierować się z powrotem na południe, w stronę kompleksów leśnych dzisiejszego Drawieńskiego Parku Narodowego. Po raz drugi znaleźli się w rejonie Człopy w dniu 5 marca 1945 roku i jeszcze tego samego dnia natknęli się na mieszkańców miasta ukrywających się przed Rosjanami w okolicach – dziś już nieistniejącej – leśniczówki Haidchen:

Fragment współczesnej mapy okolic na północny zachód od Człopy, ukazująca miejsca wymienione we wspomnieniach Hansa Klapy (źródło podkładu: https://www.openstreetmap.org).
Fragment współczesnej mapy okolic na północny zachód od Człopy, ukazujący miejsca wymienione we wspomnieniach Hansa Klapy (źródło podkładu: https://www.openstreetmap.org).

Niezwykłe spotkanie

Z jeziora wypływają dwie równoległe odnogi, każda o szerokości pięciu metrów. Przechodzimy nad nimi po ocalałym moście, a następnie podążamy wzdłuż brzegu w kierunku południowym [przypis 58: Chodzi o nieistniejące obecnie mostki nad odnogami rzeki Płociczna (Plötzenfliess) około 1 kilometra na wschód od nieistniejącej już także miejscowości Zietenfier na północ od jeziora Sitno (Zietenfier-See)]. Szukamy jakiegoś schronienia w nadziei na sposobność wysuszenia butów i skarpet. Prowadzi kolega z Osnabrück. Po pewnym czasie na przeciwległym brzegu (rzeczki Płociczna) dostrzega on wystający ponad biały horyzont dach domu. Ufamy, że właśnie tam nieco odpoczniemy.

Docieramy do śluzy i przeprawiamy się przez nią. Na wypadek jakiejś niespodzianki ustalamy ogólny plan działania i dość pewnie wchodzimy w obejście [przypis 59: Opisane zabudowania to nieistniejące obecnie leśniczówka Haidchen wraz z pobliską gajówką Rohrforth nad rzeczką Płociczna, która wypływa w tym miejscu z jeziora Sitno (z jego południowo-zachodniego skraju) – zabudowania położone były w północnej części obecnego Drawieńskiego Parku Narodowego]. Najpierw zaglądamy do budynków gospodarczych, gdzie ku wielkiemu zdumieniu znajdujemy kury. Jest ich w sumie dziewięć. Wnioskujemy, że w pobliżu muszą mieszkać jacyś ludzie, ale nikogo nie widzimy ani nie słyszymy. Ostrożnie zbliżamy się do piętrowego domu. Rozmiar zniszczeń jest tu jednak większy niż gdzie indziej. Przyczynę tego upatrujemy w leżącym na podłodze podartym mundurze partyjnym. Nie możemy otworzyć drzwi do salonu. Są zastawione sofą. Gdy udaje nam się je sforsować, naszym zdumionym oczom ukazują się dwie ogromne, chrząkające świnie. Uciekają kwicząc i potykając się o szmaty oraz sterczące zewsząd łóżkowe sprężyny. Ktoś musi je karmić. Zastanawiamy się, kto ich dogląda i kto je tu zamknął.

W międzyczasie Waldemar rozpalił ogień w piecu kuchennym. Wreszcie udaje nam się zdjąć przemoczone spodnie. Szukamy jedzenia i w piwnicy znajdujemy ziemniaki. Odcinamy głowy trzem kurom, oskubujemy je i już za chwilę znad pieca dochodzi wspaniały zapach. Staramy się spieszyć. Przed świtem musimy wygasić ogień, by nie zdradził nas dym z komina. Zgłosiłem się na kucharza, więc gorączkowo próbuję przyrządzić pieczoną kurę w sosie oraz pożywny rosół. Niestety popełniam jakiś błąd – zupa jest przesolona. Wszyscy są rozczarowani. Jeszcze przez długi czas ta sytuacja będzie mi wypominana i będę musiał znosić kpiny towarzyszy. Tak czy owak kura w mącznym sosie wychodzi mi wspaniale.

Nasz kolega z Osnabrück jako najmłodszy w grupie chodzi do strumienia po wodę objuczony w wiadra i konewki. Klnie pod nosem, gdy nakłaniamy go do kolejnej wędrówki. Robi to jednak posłusznie dla dobra sprawy. Po chwili wraca i z podnieceniem wskazuje nam stojącą na skraju lasu szopę. Jego zdaniem są tam Rosjanie.

Natychmiast zajmujemy pozycje w oknach i przygotowujemy się do obrony. Ale panuje cisza. Nasz beniaminek Middeldorf odważnie rusza w stronę szopy. Bierze ze sobą tylko pistolet. W swojej czapie i zimowym mundurze przypomina Rosjanina. Nagle słyszymy krzyk oraz płacz kobiet, które wyłaniają się zza zabudowań i w panice uciekają w stronę lasu. Nasz kompan słyszy niemieckie słowa i wzywa uciekających do zatrzymania się. Jakże wielkie jest zaskoczenie po obu stronach. Kobiety wchodzą do domu za naszym towarzyszem. Nastaje niezwykły nowy dzień. Niezapomniany 5 marca 1945 roku! Dzień niezwykłego spotkania! Kobiety obejmują nas, jakbyśmy byli ich synami. Płaczą z radości. Mój Boże, co takiego musiały przeżyć, że nas w ten sposób witają? Kiedy kobiety emocjonują się spotkaniem z nami, my staramy się przełknąć nasz posiłek. Tak naprawdę pożeramy go, nie bacząc na kurtuazję. Nie umiemy inaczej po tym, co przeszliśmy.

W trakcie posiłku wpada do domu cudowna pani Arndt. Widać, że jest uszczęśliwiona. W fartuchu przynosi tuzin jaj. Odkrawa wielki kawał słoniny, wrzuca go na patelnię i wbija doń jajka. Jej ręce drżą z radosnego podekscytowania. W swojej gorliwości rozbija dwa jajka obok patelni. Mamy jeść i jeszcze raz jeść. Nie trzeba nas wcale do tego zachęcać. Wciąż nie czujemy się syci, choć każdy z nas dostaje do ręki połowę dobrze wypieczonego bochenka chleba. Kobiety cieszą się, mogąc obserwować, jak się pożywiamy. Są szczęśliwe z faktu, że mogą nam pomóc.

Rozwiązuje się również zagadka świnek. Kobiety miały zamiar zabić jedną z nich dzisiejszego ranka. Opowiadają nam o swoich strasznych przeżyciach, kiedy przez ostatnie tygodnie przejeżdżali tędy Rosjanie. Ciągle musiały uciekać do lasu. Znamy obyczaje nieprzyjaciół od czasu, gdy walczyliśmy na wschodzie. Trzy lata tam spędzone pozwoliły nam poznać tę „kulturę”, którą zamierzają nam, Niemcom, teraz zaszczepić. Mimo to słuchamy opowieści kobiet z przerażeniem.

Waldemar zostaje wyznaczony do świniobicia. Nasza sytuacja żywieniowa tym samym gwałtownie się poprawia. Dowiadujemy się również, że ludzie tutaj posiadają jeszcze trzy centnary żytniej mąki. Z lasu wyłaniają się stopniowo kolejni cywile. Z czasem naliczyliśmy osiemnaście osób kryjących się w mrokach lasu przed hordami Rosjan. Wkrótce witamy się i zapoznajemy. Wszyscy pochodzą z oddalonego o piętnaście kilometrów miasta Człopy. Są to rodziny i bliscy znajomi tutejszych mieszkańców. Przez cały dzień nieprzerwanie jemy i śpimy na przemian. Kobiety nie mogą się nadziwić temu, jakie ilości jedzenia pochłaniamy. Na zewnątrz panuje zamieć. Nie posiadamy ani zimowej, ani maskującej odzieży, za zgodą gospodyń postanawiamy pozostać w tym miejscu jeszcze przez jakiś czas.

Po trzech dniach naszego pobytu wpadamy na pomysł, by po ponad trzech tygodniach tułaczki wreszcie się porządnie umyć oraz ogolić. Już się prawie nie poznajemy, tak jesteśmy zarośnięci. Nasza sytuacja zmienia się diametralnie i wiemy, że nasze życie zawdzięczamy istnieniu tych ludzi, którzy nas tak łaskawie przyjęli.

Czas wytchnienia

Nieustająca zadymka śnieżna i nasz zły stan zdrowia każą nam zapytać gospodynie, czy możemy u nich pozostać jeszcze przez jakiś czas. Część tej dużej rodziny przeciwstawia się temu pomysłowi, ale kobiety – mające jak widać tutaj głos decydujący – są zgodne co do tego, że powinniśmy odpocząć, zanim ponownie wyruszymy w nieznane. Wszystkim tym, którzy przeżyli spotkanie z Rosjanami, obecność naszego uzbrojenia jest z pewnością na rękę, ale wiemy również, że w każdej miejscowości wróg wywiesił ogłoszenia o groźbie kary śmierci dla tych, którzy przyjmą do siebie lub będą nieść pomoc niemieckim żołnierzom. To z pewnością nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa naszych gospodarzy. Tymczasem powoli nawiązuje się między nami taka nić porozumienia, że w razie ataku wszyscy pójdą za nami w ogień.

Nadchodzi 12 marca 1945 roku. Wraz z towarzyszami broni jesteśmy zaabsorbowani pieczeniem ziemniaków, gdy nieoczekiwanie na podwórzu zjawiają się dwaj cywile na rowerach. Okazuje się, że są to członkowie Volkssturmu przedzierający się do sąsiedniej miejscowości. Z przerażeniem w oczach opowiadają nam o ich trzecim koledze, którego rozerwało na pobliskim polu minowym. Po wysłuchaniu ich szczegółowej relacji staje się dla nas jasne, że przed kilkoma dniami my też tamtędy przechodziliśmy. Nawet dwie z naszych nowych znajomych zaledwie wczoraj były w tym miejscu w poszukiwaniu opału. Spoglądamy na siebie i jednomyślnie stwierdzamy, że towarzyszy nam jakiś wyjątkowy anioł stróż. Po południu dwaj mężczyźni ruszają dalej, by jak najszybciej dotrzeć do swych rodzin.

Następnego ranka jeden z nich wraca i opowiada, że jego kompan został aresztowany przez Rosjan, a jemu udało się zbiec. Chce zatrzymać się u nas. Nie odpowiada nam to za bardzo, ale nie możemy mu przecież odmówić. Jest nas coraz więcej, a to zmusza towarzystwo do zabicia drugiej świni. Nasza grupa liczy już dwadzieścia cztery osoby i wszyscy jesteśmy głodni. Kobiety na co dzień ukrywają się w zabudowaniach gospodarczych, starsi kwaterują w gajówce, a my zamieszkujemy duży dom. Miejsce do snu urządziliśmy na strychu w sianie. Nie jest ono zbyt wygodne, zwłaszcza że jest nas teraz o jednego więcej. Wiadomo też, że w ciągu dnia nie możemy stamtąd wychodzić.

Wieczorami wszyscy spotykamy się w gajówce i opowiadamy sobie o ojczyźnie i o tym, co przeszliśmy. Nasi gospodarze – jak mówią – stracili nie tylko ojcowiznę i dobytek, ale też wiarę w lepsze jutro. Staramy się ich podnieść na duchu, tym bardziej, że sami przez to czujemy się o wiele lepiej. Udaje się nam osiągnąć choćby to, że na ich twarzach coraz częściej zaczyna gościć uśmiech zamiast łez. Dwie kobiety, którym należy się nasze największe uznanie, a których imiona chciałbym teraz wymienić, to nasza niezapomniana pani Arndt i jej siostra – pani Wellnitz. Codziennie walczą o byt. Zakradają się do okolicznych domostw, drobiazgowo je przeszukując. Z wielką ostrożnością oraz determinacją starają się wygrzebać spośród gruzów to, co jeszcze ocalało i może przydać się w gospodarstwie. Potrafią błyskawicznie ocenić sytuacją i wycofać się, gdy jest to konieczne. Przypominają tym prawdziwych żołnierzy.

Nachodzi 21 marca – dzień urodzin dwóch naszych towarzyszy. Rezygnując z ostrożności, opuszczamy nasze kryjówki i zasiadamy za ustawionym przed gajówką stołem, który nakryto białym obrusem. Po wykwintnym obiedzie pojawia się nawet ciasto.

Waldemar ma specyficzne poczucie humoru. Proponuje nam, byśmy złożyli solenizantom życzenia, wcielając się dla zabawy w postacie honorowych członków miasta Człopa. I tak on sam przedstawia się jako pastor, Horst udaje przedstawicielkę koła kobiet (Frauenschaft). Kurt jest dziś wiejskim nauczycielem, a ja przedstawicielem urzędu. Tego dnia po naszych twarzach spływają łzy, ale są to łzy radości.

Zapas mięsa powoli nam się kończy i za radą pewnego cywila po południu 29 marca wychodzimy, by z oddalonego o dwadzieścia pięć kilometrów gospodarstwa przyprowadzić kilka świń. Wspominany człowiek prowadzi nas w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa. Jesteśmy przecież uzbrojeni. Po przejściu około pięciu kilometrów, za zburzoną leśniczówką Płociczno (Plötzenfliess) [przypis 60: Prawdopodobnie nieistniejąca obecnie leśniczówka położona w odległości 1 kilometra na północny-wschód od Miradzia (Grüneberg), położona w dolinie rzeczki Płociczna] przekraczamy wielką szosę. Wzdłuż niej stoją fortyfikacje południowego odcinka „Wału Pomorskiego”. W jednym z betonowych schronów dostrzegamy Rosjanina, który pełni tu wartę. Obok niego na wielkiej łące spokojnie pasie się piękna krowa. Postanawiamy ją zabrać. We trzech zajmujemy pozycje twarzą do bunkra z bronią gotową do strzału na wypadek, gdybyśmy zostali dostrzeżeni przez wartownika. W międzyczasie Waldemar z cywilem zakładają krowie postronek i spiesznie pędzą ją w stronę lasu. Prowadzimy zwierzę do naszej gajówki, czym wzbudzamy ogólny podziw ze strony mieszkańców. Cała ta operacja była dość ryzykowna.

Następnego dnia Waldemar i ja decydujemy się zabić krowę. Kobiety okazują niedowierzanie. Wątpią, czy potrafimy oporządzić tak duże zwierzę. Ale półtorej godziny później udowadniamy im, że nie zapomnieliśmy tego, czego nauczyliśmy się w Rosji. Ciężkie kawałki mięsa znosimy do pobliskiego lasu, który wkrótce zaczyna przypominać sklep rzeźnika. Znów mamy spore ilości pożywienia i nie musimy obawiać się głodu. W międzyczasie odkrywamy potężny kopiec ziemniaków. Oceniamy jego zawartość na około sto cetnarów. Obie wyżej wspomniane kobiety przyjmują role kucharek. Pomagają im ich córki. My sprawdzamy się jako osoby przynoszące wodę i palacze.

Nadchodzi Wielkanoc i czas przedświątecznych przygotowań. Pozostałe przy życiu kury znoszą tyle jajek, że prawie codziennie na każdego z nas przypadają po dwa. W wielką sobotę staramy się nawet pomalować je w prezencie dla najmłodszych. Pierwszy dzień świąt nie zaczyna się jednak już tak beztrosko. O godzinie 7:00 dowiadujemy się, że będziemy musieli kogoś zastrzelić. Pochodzący z sąsiedniej miejscowości człowiek, który zaprzedał się Rosjanom, przyjechał do nas swoim krytym wozem, by ukraść nasze kury. Kobiety stawiają mu opór, a on odgraża się, że wróci z Kozakami. W odpowiedzi na te słowa pani Arndt łapie za drewniany kołek i siermiężnie uderza nim zdrajcę. Kiedy dostajemy wiadomość, że mamy go sprzątnąć, on ucieka już w panice. Musiał mocno okładać konie batem, bo ślad po nim szybko zniknął. Kiedy wyskoczyliśmy na drogę, już go nie było.

Wracamy i wystawiamy warty, by godnie przywitać Kozaków. Jednak przez całe święta nikt się nie zjawia. Podziwiamy panią Arndt za jej odwagę i siłę. W międzyczasie znów kończą się zapasy mięsa. Przez dwa dni na obiad mamy tylko wodnistą zupę. Siedzimy przy stole, gdy nasi chłopcy meldują nam, że po lesie błąka się kilka zwierząt domowych. Wyruszamy na poszukiwania i znajdujemy cztery owce oraz dwie kozy. Zapędzamy je na nasze podwórze i zamykamy w stajni. Jest to tłusta zdobycz. Zabijamy je i dziękujemy Bogu, że znów mamy coś do jedzenia. Dwa dni później udaje nam się trafić na pasącą się krowę. Kolejną przyprowadza mieszkaniec wsi Martew (Marthe). Dobrze karmione zwierzęta dają nam dziennie kilka litrów mleka. Można powiedzieć, że żyje nam się tu całkiem dobrze.

Po południu 12 kwietnia sytuacja ulega zmianie. Z lasu wyjeżdża na rowerach grupa sześciu ciężko uzbrojonych Polaków. Są to dezerterzy i czynią w okolicy wielki zamęt. Nas nie ma już na szczęście w domu. Przybysze opowiadają naszym gospodyniom, że przy drodze czeka na nich jeszcze siedemnastu żołnierzy. Najadają się do syta, zabierają szynkę, smalec i znikają. Późnym wieczorem nieoczekiwanie wracają. Dzięki Bogu jedna z tych odważnych kobiet w porę nas ostrzega. Rankiem wychodzimy z Waldemarem na skraj lasu i z dużej odległości obserwujemy, jak Polacy kręcą się po obejściu. Ciągle tam siedzą, co oznacza, że musimy poszukać dla siebie nowej siedziby. Pani Arndt prowadzi nas do Pustelni (Salmer-Teerofen), gdzie pod lasem stoi mały drewniany barak używany uprzednio przez budowniczych umocnień „Wału Pomorskiego”. Rozbieramy budynek i po kawałku mozolnie przenosimy kilkaset metrów w głąb lasu, by tam go odbudować.

Od świtu do nocy pracujemy, przywiązując szczególną wagę do odpowiedniego kamuflażu. Ponieważ starszyzna i kobieta z dwojgiem dzieci pozostała w gajówce w Rohrfort, w tej chwili w naszej nowej kryjówce jest nas szesnaścioro. Stopniowo przynosimy mięso, a w piwnicy spalonej wsi Miradź (Grüneberg) znajdujemy kilka cetnarów żyta. Szukamy teraz młynków do kawy. Każdy z nas musi zemleć określoną ilość żyta. Zaczyn chlebowy zanosimy do niegdysiejszej leśniczówki Rogoźnica (Räumde), gdzie pod osłoną nocy pieczemy chleb. Szczególne niebezpieczeństwo grozi nam, gdy przenosimy wodę i ziemniaki, bo za każdym razem musimy przejść przez szosę. Chodząc na zwiady wokół naszej chatki, natykamy się na bardzo wielu poległych. Znajdujemy również dużą liczbę martwych Rosjan. Poznajemy w ten sposób dość dokładnie nasze otoczenie i wiemy już, że znajdujemy się w leśnym kwadracie o boku mniej więcej kilometra, który ze wszystkich stron otaczają drogi. Jedna z nich jest mocno uczęszczana przez rosyjskie jednostki. Często dobiegają z niej okrzyki w języku wroga. Niekiedy padają również strzały. Wszystko to najintensywniej dzieje się popołudniami. Gdy pod wieczór zapada cisza, oddychamy z ulgą. Którejś nocy znów idziemy piec chleb do Rogoźnicy, kiedy Waldemar mówi: „Mam nadzieję, że Rosjanie tu się nie pojawią”. Ma dziwne przeczucia.

Następnego dnia – 24 kwietnia 1945 roku – Waldemar i ja śpimy do godziny 9:00. Gdy wychodzimy na zewnątrz, by się umyć, w oddali ponownie słyszymy odgłos silników rosyjskich maszyn. Dochodzą do nas również odgłosy strzałów. Kobiety zbierają łupiny ziemniaków, by je zagotować. Intuicyjnie się pakujemy i chwytamy za broń. Nie jesteśmy jeszcze całkiem ubrani, kiedy przed barakiem zjawiają się wrogowie. Musieli się tu bezgłośnie podkraść. Błyskawicznie otwierają ogień ze swoich pistoletów maszynowych. Wszyscy rozbiegamy się w popłochu. W ostatniej chwili łapię jeszcze chleb i płaszcz, by na moment przypaść do ziemi. Uciekamy w głąb lasu. Rosjan jest ośmiu, może dziesięciu, i biegną za nami, szaleńczo strzelając. Mnie goni przysadzisty Mongoł. Jest jakieś dwadzieścia kroków za mną, gdy zacina mu się broń. Zamek widocznie mu się nie domknął i słyszę, jak jałowo naciska spust. Skutkiem tego nie oddaje strzału do wybiegającego pięć metrów przed nim Hanitzscha, który w zdenerwowaniu nie wyciąga nawet z kieszeni własnego pistoletu.

Rosjanie tymczasem opróżniają swoje pierwsze magazynki, a my zyskujemy małą przewagę. Oni jednak nie przerywają pogoni. Gdy wreszcie znajdujemy się poza zasięgiem ich ognia, widzimy biegnące w naszą stronę kobiety. Wspólnie docieramy do młodnika obok leśniczówki Rogoźnica. Musimy tu znaleźć tymczasową kwaterę i poprosić o pomoc mieszkającą nieopodal rodzinę. Stopniowo przybywają do nas kolejne ofiary „polowania”. Do wieczora brakuje tylko dwóch osiemnastolatków i pani Schuman. Pani Arndt, niosąc ciężki plecak na ramionach, dociera bardzo późno wraz z małym, ośmioletnim Horstem. Wreszcie zjawiają się obaj chłopcy. Jednego z nich – Hervarda Schumana – zaatakowali Rosjanie. Jego matka upadła przed barakiem. Choroba serca zabrała jej siły do ucieczki. Syn klęczał przy niej, a wtedy powracający Rosjanie złapali go i wciągnęli do środka. Bili go kolbami po plecach i głowie tak długo, aż zaczął krwawić z nosa. Uciekł, wykorzystując chwilę ich nieuwagi. Dzięki Bogu nie dosięgnęły go posłane za nim kule.

Z bronią gotową do strzału wracamy w nocy do naszej chatki. Rosjan już tam nie ma, ale potłukli oni wszystko w drobny mak. Zabrali też rzeczy, które ich zdaniem posiadały jakąkolwiek wartość, czyli między innymi porzucone plecaki kobiet i kozę przywiązaną przed domkiem. Naczynia i sztućce porozrzucali.

Szukamy przydatnych nam rzeczy, a kiedy zamierzamy już odejść, natrafiamy na ciało zabitej pani Schuman. Leży w miejscu, które opisywał jej syn. Ma roztrzaskaną czaszkę. Z jej szyi zerwano woreczek z całym pozostałym majątkiem, na który składało się dziesięć tysięcy marek i obrączka. Wstrząśnięci stoimy przy zwłokach bezbronnej kobiety, która padła ofiarą rosyjskiej napaści. Najbardziej żal nam jej syna, który został teraz sam, gdyż jego ojciec dawno temu wyruszył z oddziałami Volkssturmu. Załamani, w poczuciu bezradności ukrywamy się następnego dnia w młodniku przy Sitnicy (Marienthal). Rosjanie przez kilka godzin przeszukają obszar wokół naszego baraku. Strzelają i rzucają na oślep granatami ręcznymi, jakby chcieli wybić każdą mysz żyją w lesie.

Dzień później Horst Middeldorf rusza na zwiady i po powrocie opowiada nam, że kilka kilometrów dalej stoi domek myśliwski, a w nim – o dziwo – mieszkają żołnierze niemieccy, którzy uciekli tutaj po nieudanej próbie przebicia się przez front nad Odrą. Ich Hauptmann (w cywilu nadleśniczy z Prus Wschodnich) zapamiętał tę chatkę z czasów swojego szkolenia w tej okolicy. Towarzyszą mu dwaj Leutnanci oraz Obergefreiter. Teraz mamy w pobliżu towarzyszy niedoli i nie czujemy się tacy samotni.

Wieczorem 28 kwietnia wyruszamy, by odwiedzić ponownie naszą starą kwaterę w Rohrfort. Od czasu przybycia polskich dezerterów nikt więcej się tam nie pojawił. Krótko po naszym przybyciu starsi ludzie, którzy do tej pory tam mieszkali, postanawiają przeprowadzić się do swojego rodzinnego miasta – do Człopy. Zaczyna się dla nas piękny okres. Znów mamy dwie krowy, trzy owce i sześć kur. Ziemniaków też nam nie brakuje. Ponadto Hauptmann złożył nam obietnicę, że nauczy nas polować na jelenie. Jednak to nie jemu, a Middeldorfowi udaje się już po kilku dniach ustrzelić sarnę. I tak jemy pierwszą pieczeń z dziczyzny. Wspomniany Hauptmann użyczył nam kilka cetnarów mąki żytniej ze swoich zapasów i tym samym możemy co tydzień mieć świeży chleb. Ja przejąłem obowiązki piekarza i w każdy wtorek rano wypiekam szesnaście dużych bochenków chleba.

Nasz kalendarz pokazuje tymczasem datę 12 maja 1945 roku. Żyje nam się wybornie i wszyscy czujemy się zdrowi. Gdyby tylko nie ta cholerna niepewność. Prawie codziennie chwytamy za pistolety, gdy tylko usłyszymy dobiegające z oddali strzały. Od czasu ostatniej wizyty Rosjan bez przerwy nosimy broń przy sobie i zrywamy się nerwowo na każdy wystrzał, zajmując pozycje w oknach.

Przed kilkoma dniami znaleźliśmy w lesie parę ulotek. Czytamy o walkach pod Kassel i w Zagłębiu Ruhry [przypis 61: Bitwa o Kassel w środkowych Niemczech toczyła się w dniach od 1 do 4 kwietnia 1945 roku. Niemiecki garnizon (…) stawił niespodziewanie silny opór w gruzach wielokrotnie bombardowanego miasta amerykańskiej 80. Dywizji Piechoty (…) Bitwa w Zagłębiu Ruhry rozpoczęła się 22 marca 1945 roku od forsowania Renu przez Amerykanów (…) Do 18 kwietnia trwała likwidacja okrążonych sił niemieckich (…)]. Każde zdanie to dla nas cios, ale tłumaczymy sobie, że to nie może być do końca prawda, że to mylące informacje propagandowe. Od strony Odry dobiega do nas daleki grzmot artylerii. Wierzymy, że niebawem front dotrze i do nas.

Nasz zaprzyjaźniony cywil, który wykrada się co noc do swojego domu w Sitnicy po nowiny, przynosi wieści, że wojna skończyła się trzy dni temu. Wyśmiewamy go. Gdyby tak faktycznie było, to 9 maja w okolicznych miastach biłyby dzwony obwieszczające koniec walk. Do południa przekonujemy go na tyle, że sam zaczyna wątpić w swoje rewelacje. Po południu tego samego dnia. panie Arndt i Jakobi idą do Człopy, by odwiedzić dziadków i zasięgnąć informacji. Towarzyszy im Gefreiter Fröhlich, który w międzyczasie do nas dołączył. Wieczorem wojskowy wraca sam. Okazuje się, że kobiety zostały aresztowane przez Polaków i nie wolno im opuszczać miasta. Bardzo się o nie martwimy.

Kolejny dzień wita nas słonecznym blaskiem. Jest 13 maja 1945 roku i Waldemar obchodzi swoje dwudzieste piąte urodziny. Znów musimy ukrywać się przed przejeżdżającymi w pobliżu samochodami. Okazuje się, że wśród nas pojawia się wspaniały snajper. Nasz wujek Ernst codziennie wyrusza na polowanie ze swoją „srebrną strzelbą Winnetou” i prawie za każdym razem przynosi nową zdobycz. Tak, nasze zapasy mięsa się nie wyczerpują. W ciągu dnia leżymy na słońcu i czytamy. Jeden z nas wpada na pomysł, by przekopać leżące odłogiem pole i zasadzić na nim ziemniaki. Nie wiemy, kto je będzie kiedyś zbierał, ale mamy przynajmniej na tym pustkowiu jakieś pożyteczne zajęcie. Pracujemy w polu i tak upływa nam czas.

Nieustannie jesteśmy w kontakcie z Hauptmannem i jego grupą. Pewnego wieczora decydujemy się wyruszyć, by odwiedzić ich w pałacyku myśliwskim. Takie akcje możemy podejmować tylko nocą, ponieważ musimy przekraczać drogi. Poza tym Rosjanie również polują w okolicznych lasach. Tego dnia Waldemar i ja widzimy Hauptmanna po raz pierwszy i jesteśmy mile zaskoczeni salonowym obyciem tego oficera. Był on dowódcą batalionu i zdobył wiele odznaczeń. Jako nadleśniczy często spotykał się kadrą oficerską pochodzącą ze szlacheckich pruskich rodów. Opowiada nam o swoich przeżyciach z czasów służby w pułku pomorskim. W tej chwili zamienił swój mundur na uniform leśniczego i wygląda w nim imponująco z bujnym acz wypielęgnowanym zarostem. Jego zasadniczy i pełen dyscypliny sposób bycia przyczynia się do tego, że ufamy mu bezgranicznie i wyobrażamy go sobie jako dowódcę utworzonej przez nas wspólnie Grupy Bojowej „Thal”. Później proponujemy mu, by razem ze swoją grupą złożył nam wizytę w Zielone Świątki. Kapitan obiecuje, że z pewnością za kilka dni do nas przyjdzie, a my zaczynamy się do tego przygotowywać.

Przyozdabiamy naszą gajówkę czerwonym i białym bzem. Przed wejściem ustawiamy młode brzózki. Przybijamy szyldy powitalne, a także nazwę naszej chatki (willa Reizenstein [przypis 62: Prawdopodobnie Reitzenstein – nazwisko rodowe bogatych niemieckich właścicieli ziemskich, do których należały między innymi okoliczne włości]). Smażymy i pieczemy, zupełnie jakby był to czas pokoju. W młodniku nieopodal, przy małym bunkrze przygotowujemy posłania. Dzień przed świętami uroczyście podejmujemy naszych gości. Chwila jest tak podniosła, że nie da się tego opisać. Pierwszego dnia świąt wypada dzień matki i jedna, która wciąż z nami jest (niezapominania pani Wellnitz) przeżywa to bardzo radośnie. Z ogrodu spustoszonej sąsiedniej miejscowości przynieśliśmy najpiękniejsze i najrzadsze kwiaty. Teraz każdy z nas wręcza jej złożony z nich bukiet. Łzy ciekną po policzkach pani Wellnitz. Tak bardzo wzruszona jest uczczeniem tego dnia zgotowanym jej przez dzieci wojny.

Po śniadaniu oprowadzamy naszych gości po okolicy. Hauptmann jest bez reszty zachwycony naszą kwaterą i jej otoczeniem. Obiad ma swoją szczególną oprawę. Zajmujemy miejsca przy długim, nakrytym białym obrusem stole. Na jednym końcu zasiada nas znamienity gość, na drugim – pani Wellnitz. Każde z krzeseł przyozdobione zostało czerwonym lub białym bzem. Stół również jest wyjątkowo przystrojony przez nasze dziewczęta. Gospodynie podają świąteczne jedzenie i obsługują wszystkich z wdziękiem oraz gracją. Słońce świeci jasno na niebie, lekki wiatr cicho igra z listkami brzóz, a słodki, intensywny zapach kwiatów przepełnia powietrze. Mamy ochotę krzyczeć z radości w te udane święta. Po obiedzie jedni odpoczywają na leśnej polanie, kiedy inni robią sobie wycieczkę łodzią po strumieniu. W pierwszy dzień świąt nie pada żaden strzał i możemy się rozkoszować spokojem. Nasi goście pozostają z nami jeszcze przez kilka dni. Później rozstajemy się z ciężkim sercem. Świętowaliśmy ten czas jak nigdzie indziej w okupowanym przez wroga kraju. Te wyjątkowe i okazałe święta z pewnością na długo pozostaną w naszej pamięci.

W międzyczasie pojawiają się pierwsi uchodźcy z północnych Niemiec. Słyszymy teraz z ich ust wieści, że wojna faktycznie się skończyła i państwo niemieckie jest w całości opanowane przez wrogie siły. Nie umiemy tego pojąć. Przecież wciąż jeszcze się strzela, a grzmot dział na zachodzie nie cichnie. Nie możemy uwierzyć, że to Rosjanie okazali się zwycięzcami tej wojny. Nasz Hauptmann mówi, że walka między zwycięskimi siłami się nie skończy. Deklaruje, że jako pierwszy odda się do dyspozycji blokowi zachodniemu, kiedy tylko dojdzie do konfliktu. Ale na razie wydaje się, że ten moment szybko nie nastąpi.

Blisko miejscowości Moczele (Marzelle) Hauptmann pokazuje nam swoje strzeleckie umiejętności podczas niespodziewanego spotkania z Polakami. Dowódca z oboma swoimi Leutnantami leżał na skraju lasu i obserwował działania wojsk w pobliżu tej miejscowości. Nagle wyszło z niej dwóch uzbrojonych Polaków, kierując się w stronę linii drzew. Cała trójka natychmiast przyjęła postawę gotowości do strzału. Hauptmann pozwolił wrogom podejść na odległość około trzystu metrów. Sam wziął na muszkę jednego, a drugiego zostawił swoim żołnierzom. Strzelił pierwszy, celując w głowę [przypis 63: Opisane zdarzenie miało miejsce już po kapitulacji Niemiec, o której członkowie grupy wiedzieli. Polska redakcja wspomnień zmuszona jest zaznaczyć, że jest to opis bandyckiej zbrodni, całkowicie nieusprawiedliwionej w świetle prawa wojennego. Zgodnie z zasadami bezwarunkowej kapitulacji Niemiec z dnia 8 maja 1945 roku każdy niemiecki żołnierz lub funkcjonariusz przyłapany z bronią po tej dacie w całej Europie traktowany był jak bandyta. Z uwagi na świadomość faktu zakończenia wojny nie można inaczej zakwalifikować tego typu incydentów – opisana grupa niemieckich maruderów dopuszczała się także innych mordów, napadów i pospolitych przestępstw, których nie można zakwalifikować do aktywności wojennej (żołnierskiej)]. Polak wyrzucił ramiona w górę i upadł na twarz. Potem padły strzały w stronę drugiego, ale udało mu się umknąć i skryć za zabudowaniami wsi. Mały oddział wspomnianego kapitana zbudował w okolicy domku myśliwskiego kilka przestronnych leśnych bunkrów. Dają one mieszkańcom najbliżej położnej miejscowości Zatom (Zatten) możliwość ukrycia dobytku, a w razie potrzeby także ich samych. Z wdzięczności ofiarowali oni żołnierzom spore ilości mąki.

Kilka dni temu pojawił się w tej miejscowości rosyjski dezerter. Ów lejtnant zaczął sprawiać mieszkańcom poważne kłopoty. Naprzykrzał się kobietom i kazał im przyrządzać dla siebie najwykwintniejsze dania. Zrobił sobie kwaterę na piętrze dwurodzinnego domu i kazał usługiwać sobie córce gospodarzy. Jej ojciec opowiedział nam, że Hauptmann postanowił pozbyć się Rosjanina. Cywil początkowo się wzbraniał, ale ostatecznie na to przystał. Umówili się, że przystąpią do tego przedsięwzięcia następnego wieczora. Stary miał wywiesić na dachu białą flagę na znak, że lejtnant znajduje się w domu. Gdy umówiony sygnał się pojawił, Hauptmann wraz ze swoją eskortą wkroczył do środka, starając się działać jak najsprawniej. Stary (jego prawdziwe nazwisko brzmi Köpp, jest jednak przez wszystkich nazywany Dziadkiem) dał mu do zrozumienia, że jego córka też znajduje się na górze. Hauptmann i jego dwaj towarzysze ostrożnie weszli na piętro i tak po Rosjaninie pozostał tylko stary kolt, dwa zegarki oraz niedojedzona, pyszna kolacja złożona z pieczonej ryby, a przyrządzona przez córkę gospodarza [przypis 64:Opisany incydent należy zakwalifikować jako zbrodniczy samosąd niemieckich maruderów na rzekomym sowieckim dezerterze].

28 maja Hauptmann ze swoim oddziałem przybywa do nas do Rohrfort. Opowiada, że uzbrojeni polscy milicjanci (w cywilu) podjechali pod jego siedzibę na rowerach i otworzyli do nich morderczy ogień. Hauptmannowi oraz jego ludziom udało się jednak wyrwać z pułapki zastawionej przez wrogów. Od teraz stacjonują u nas. Razem będziemy prowadzić walkę z przeciwnościami losu.

Hauptmann wprowadza nas w tajniki polowania. Do tej pory tylko nasz wujek Ernst zbierał wszelkie zasługi łowieckie. Zawsze wtedy, kiedy brakowało nam żywności, potrafił ustrzelić pokaźnego jelenia. Teraz każdy z nas odkrywa w sobie zdolności myśliwskie. Chodzimy na polowania sami albo w towarzystwie Hauptmanna i wujka Ernsta. Kurt Hanitzsch z Drezna przejawia szczególną trudność w zapamiętywaniu i stosowaniu fachowych terminów myśliwskich. Zawsze wywołuje uśmiech na naszych twarzach, gdy mówi o „szlachtowaniu” zamiast „patroszeniu”. Z czasem stajemy się mocno zapalonymi myśliwymi i wstajemy przed świtem, by czatować w lesie na zwierzynę.

[strony 103-119]

Wahaliśmy się, czy aby nie pominąć poniższego fragmentu dotyczącego polowań urządzanych przez autora i jego towarzyszy oraz ich zachwytów nad pięknem przyrody. Zdecydowaliśmy się jednak go pozostawić – kogo jednak nużą tego rodzaju opisy, z czystym sumieniem może przewinąć tekst nieco dalej.

W ostatnich tygodniach prawdziwie pokochaliśmy leśną głuszę jako naszą wybawicielkę. Dziś korzystamy z okazji, by poznać leśne zwierzęta i podziwiać ich zwyczaje. Objawia się nam cała „cudowna wspaniałość tej bogatej, błogosławionej przyrody”. Często leżymy na krańcu wielkiej leśnej polany położonej nad jeziorem Sitno i obserwujemy ogromne stada jeleni, które o świcie schodzą się do wodopoju. To wspaniałe móc przyglądać się tym majestatycznie kroczącym zwierzętom oraz ich rozłożystym porożom. Serce wali nam jak młot, gdy mija nas ósmak czy nawet dziesiątak. Dwunastaka nie spotkaliśmy. Gdy wieczorem w ciemnościach słyszymy ryk jelenia, przechodzą nas dreszcze. Te dźwięki wydają mi się podobne do ludzkich.

Wyjątkowy urok ma spacer wzdłuż brzegu jeziora w pierwszych godzinach dnia. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte, by rozpoznać godowe odgłosy ptaków wodnych. Gdy tylko wzejdzie słońce, na jeziorze zjawiają się dostojne łabędzie. Dziwimy się, że natura potrafi tak szybko przywrócić pokój zakłócony przez rękę ludzką i wojnę.

Pewnego wieczoru Waldemar i ja przez ponad godzinę siedzimy na ambonie, by z góry zapolować na jelenie. Brakuje nam niezbędnej cierpliwości właściwej doświadczonym myśliwym. Schodzimy więc i ruszamy, by podkraść się do stada saren, które spokojnie kroczą przez położoną przed nami łąkę. Niestety zwierzęta wyczuwają nas zapach i uciekają, a pościg za nimi jest bezcelowy. Wieczorem Hauptmann wyjaśnia nam, dlaczego tak trudno jest podkraść się do saren. My tymczasem – jak się okazuje – mamy wielkiego pecha. Nieopodal ambony, na której przed godziną siedzieliśmy, podeszło do wody ogromne stado jeleni. Spłoszone przez naszą nieuwagę uciekają, mijając nas o jakieś dwadzieścia metrów, i znikają w chroniącym je lesie. Nasze dwa strzały oddane w kierunku największych osobników chybiają celu. To doświadczenie dobitnie nam pokazuje, jaką cierpliwością należy się wykazać podczas polowania.

Innego wieczoru ruszamy na łowy wraz z Hauptmannem. Niedaleko naszej gajówki zauważamy spokojnie żerującego koziołka. Za pomocą lornetki rozpoznajemy w nim dorosłego samca. Hauptmann chce go zastrzelić od razu, mimo że dzieli nas od niego odległość dwustu, a może dwustu pięćdziesięciu metrów. Jest tak pewien swojej ręki, że opiera na chwilę broń o but i gdy potrząsamy głowami z niedowierzaniem, mówi do nas: „Proszę obserwować przez lornetkę”. Następnie wojskowy oddaje strzał. Kiedy Hauptmann pyta mnie, co widziałem, muszę z przykrością odpowiedzieć, że nie zobaczyłem padającego zwierzęcia. On uśmiecha się i daje mi do zrozumienia, że nie chybił. Po ruchach śmiertelnie zranionej ofiary można ocenić, w jakie miejsce została trafiona. „Myśliwskie pozdrowienie” rozbrzmiewa teraz radośnie, a po do drodze do strumienia Hauptmann tłumaczy mi, że taneczny krok rannego koziołka świadczy o przestrzeleniu wątroby. Potem patroszy samca bardzo fachowo (w cztery minuty), a ja mogę przekonać się naocznie o zadanej zwierzęciu ranie. Nie udaje nam się trafić na dziki, choć kapitan w swojej poprzedniej siedzibie podobno jednego ustrzelił.

Na kolację wpada wujek Ernst. Gdy około wpół do dziewiątej (zazwyczaj zawsze o tej samej porze) pada strzał, jeden z nas wstaje i mówi: „Boże, miej go w swojej opiece”. Mamy wtedy na myśli jelenia, którego dosięgła „srebrna strzelba Winnetou”. Tylko raz jeden wujek Ernst chybił. Fakt, że strzela tylko wtedy, gdy jest pewien sukcesu, pokazuje, że jest on znakomitym myśliwym.

Najwięcej trudu zawsze zajmuje nam przyniesie zdobyczy do domu. Bądź co bądź każdy jeleń waży co najmniej kilka cetnarów. Gdy któregoś wieczoru udaje się nam ustrzelić trzy jelenie, transportowanie ich przez las trwa aż do północy. W taki sposób nasze zapasy wcale się nie wyczerpują. Zgodnie z tradycją myśliwy musi sam zjeść mózg upolowanego zwierzęcia. Kobiety przygotowują go w wyszukany sposób. Na śniadanie mamy udziec, na obiad pieczeń z ziemniakami, na kolację znów pieczeń. Podczas naszego pobytu w Rohrfort zabiliśmy w sumie osiemnaście saren i dwanaście jeleni.

[strony 119-121]

A teraz powróćmy do bardziej interesującego wątku, choć na początek jeszcze pozostaniemy w temacie zwierzyny:

Kiedyś moją uwagę przykuł lis polarny z bajeczną futrzaną kitą. Zastanawiałem się, czy on też może stać się moim celem. Uciekł z pobliskiej, zniszczonej fermy w Friedland [przypis 65: Prawdopodobnie Märkisch-Friedland – Mirosławiec] i błąka się w naszej okolicy na wpół zdziczały. Przez kilka dni próbuję się do niego podkraść, ale on zawsze jest czujny i mi ucieka. Pewnego razu spotykamy sforę polujących psów. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Zwierzęta te pędzą przez las z ogromną prędkością, zupełnie jak oszalałe. Nietrudno sobie wyobrazić, że dzicy mieszkańcy lasu nie mają żadnych szans ucieczki przed takimi napastnikami.

Nadchodzi 8 czerwca. W Rohrfort jest już prawdziwe lato, a i dla mnie rozpoczęły się właśnie wakacje 1945 roku. Gdyby ktoś z zewnątrz nam się przyglądał, nie mógłby uwierzyć, że się ukrywamy. Nasz zaprzyjaźniony cywil podczas leśnego życia nabył sporo dzielności oraz sprytu. Razem w Gefreiterem pod osłoną mglistej nocy wykradli nowemu burmistrzowi jego rodzinnej miejscowości (Polakowi) świnię z chlewika. Zabita waży przynajmniej osiemdziesiąt funtów. Innego dnia zuchwale zabrali rowery niedawno przybyłym Polakom. Jakiś czas później byli o włos od bohaterskiej śmierci, gdy pierwotni ich właściciele podążyli za śladami opon.

Siedmiu wypuszczonych z niewoli, a pochodzących z Gdańska niemieckich żołnierzy, zatrzymuje się w pobliskiej wsi. Zmierzają na zachód, ale po spotkaniu z nami znów zostają ujęci przez Rosjan. Nieprzyjaciele przeczesują tutejsze lasy w nadziei na spotkanie innych naszych rodaków. Przez cały dzień zachowujemy czujność, a nawet zbudowaliśmy jeża obronnego wokół obejścia. Hauptmann wydaje nam rozkazy przez łącznika, a my zajmujemy pozycje w odpowiednich miejscach. Kobiety pokonują strumień i kryją się w głębi lasu. Jesteśmy w najwyższej gotowości bojowej. Wśród sosen słyszymy świszczące pociski, ale Rosjanie przechodzą około kilometra od nas, nie zauważywszy naszego domku. Dziękujemy za to Bogu.

Kilka dni później składamy wizytę rodzinie zamieszkującej małą leśniczówkę oddaloną o osiem kilometrów [przypis 66: Prawdopodobnie chodzi o nieistniejącą obecnie leśniczówkę Schwanenfeld położoną 350 metrów na wschód od przystanku kolejowego Jeziorki Wałeckie na linii Wałcz-Szczecin]. Córki gospodarzy pracują w polu. Nieopodal ich domu ciągnie się nasyp kolejowy prowadzący do Wałcza. Dowiadujemy się, że tą drogą wróg transportuje swoje oddziały oraz czołgi na wschód. To dowodzi zakończenia wojny. Mamy tylko nadzieję, że nowe granice nie są jeszcze dobrze uszczelnione. Wydarzenia najbliższych dni utwierdzają nas w przekonaniu o końcu działań wojennych. Jesteśmy poruszeni, widząc, jak wielką szosą przebiegającą o trzy kilometry od naszej siedziby, a prowadzącą z Miradzia do Człopy, maszerują nieprzerwanie rosyjskie oddziały. Trwa to od 11 czerwca. Nocą słyszymy ryk zwierząt i zdajemy sobie sprawę, że Rosjanie pędzą na wschód stada krów. Słyszymy też dobiegające stamtąd wyzwiska i przekleństwa. Co chwilę padają strzały. Później do naszych uszu dochodzi turkot samochodów pokrytych plandekami. Wysyłamy w stronę szosy dwóch zwiadowców. Na własne oczy mogą się teraz przekonać, że wrogie pułki maszerują w kierunku wschodnim. Pojazdy obładowane bronią oraz sprzętem przejeżdżają jeden za drugim. Za nimi podąża piechota, śpiewając i krzycząc. Maszerują też uzbrojone oddziały kobiece.

Dostajemy wiadomość od przychodzących do nas od czasu do czasu, wiernych nam mieszkańców Człopy, że oddziały nieprzerwanie prą na wschód. Ich miasto minęło także kilka transportów jeńców wojennych. Rodzina z Neumühl [przypis 67: Nieistniejący obecnie młyn na rzeczce Runica (Kühnowfliess), około 2,5 kilometra na północny wschód od krańca jeziora Sitno i około 4 kilometry na zachód od Tuczna] opowiada, że całe jednostki pancerne toczą się koleją żelazną. Powoli dojrzewa w nas myśl, że niebawem powinniśmy zacząć przebijać się w przeciwną stronę. Wiemy, że to daleko, ale staramy się do tego przygotować. Dziewczętom i obu chłopcom trudno oswoić się z myślą, że w dniu naszego wymarszu będą musieli pójść do Człopy i wysługiwać się Rosjanom. Miejscowi Niemcy zadręczani są przez nowo mianowanego burmistrza oraz milicję. Biada tym, którzy nie spełnią ich żądań. Jeden komendant każe zbierać jagody, inny żąda koszenia trawy przy pomocy noży kuchennych. Cały sprzęt rolniczy oraz narzędzia są zabierane i wysyłane w głąb Rosji. Do ładowania na wagony resztek swojego dobytku zmuszani są pozostali tu jeszcze mężczyźni. Wszystko, co zrobione jest stali i żelaza, musi zostać zdemontowane i przygotowane do drogi. Podobnie jak inne rzeczy, które Rosjanie uznają za przydatne.

Hauptmann ze swoją grupą chce wymaszerować tydzień przed nami. Przygotowujemy dla nich prowiant, by zabezpieczyć ich na drogę. 30 czerwca we wczesnych godzinach wieczornych żegnają się z nami pełni wiary w osiągnięcie wyznaczonego celu.

Kolejne dni spędzamy na starannym ukryciu wszystkich dóbr, jakie posiadamy. Chowamy sprzęty domowe, mąkę, żyto, aby kobiety, które tu zostają, mogły po nie wrócić z Człopy, gdyby dotknął je głód. Następnie staramy się zaopatrzyć na drogę samych siebie. Kobiety pakują nam oprócz chleba wcześniej przygotowane specjały. Pani Arndt robi dla nas trzy piękne suche kiełbasy z mięsa jelenia oraz słoniny. Wisiały one przez kilka dni w dymie i wędziły się. Zabieramy też zapas syropu z buraka i smalec, aby nie zgłodnieć.

Zamieszkałe w Człopie kobiety uczyniły wszystko, by przyjąć pod swój dach towarzyszy niedoli. Nadchodzi 6 lipca 1945 roku, kiedy zaczynamy się z nimi żegnać. Bardzo trudno nam się rozstać z panią Wellnitz oraz jej rodziną. Także pani Arndt wymknęła się z miasta, by życzyć nam wszystkiego dobrego na przyszłość. Nie umiemy się im zrewanżować podobnymi życzeniami. Wracają do swojego rodzinnego miasta, a my poddajemy się losowi. Chwila pożegnania jest tak wzruszająca jak ta, w której pierwszy raz się spotkaliśmy. Teraz w Rohrfort panuje cisza. Nawet nasz cywil zamilkł, choć jeszcze niedawno strasznie wrzeszczał, bo zabiliśmy owce przed wyprawą. Brakuje nam teraz głośnego śmiechu i wrzawy. Ze smutkiem kręcimy się w kółko, wciąż przesuwając chwilę wymarszu. Do naszych leśnych schronów zanosimy pozostałą porcelanę i sztućce. Później piszemy serdeczne listy pożegnalne. Tak mija 7 lipca. Nazajutrz musimy wyruszyć. Tej nocy żaden z nas nie może zasnąć.

Droga ku wolności

„Owego pamiętnego dnia – 8 lipca roku 1945 roku – czterech niemieckich oficerów składa broń, zmienia mundury na cywilne ubrania i wyrusza na historyczny szlak”. Te słowa naszego wspaniałego kolegi Hannitscha z Drezna są prologiem naszego marszu ku wolności. Jest godzina 16:00, gdy zarzucamy na nasze ramiona ciężkie plecaki, by pójść drogą, którą dokładnie wyznaczyliśmy, godzinami studiując mapy. Oznaczyliśmy każdy skrawek lasu, każdą wieś, którą trzeba będzie obejść, a także każdą szosę, którą przekroczymy. Precyzyjnie obliczyliśmy wszystkie odległości. Wyruszamy, by następnego dnia dotrzeć do wielkiego kompleksu leśnego w pobliżu miejscowości Breń (Bernsee).Najpierw przez długi czas idziemy znanymi już sobie ścieżkami, by potem przeciąć wielką szosę Miradź – Załom (Salm) – Człopa. Po chwili mijamy ruiny leśniczówki Rogoźnica. Raz jeszcze spoglądamy w stronę młodnika, w którym się ukrywaliśmy. Przechodzimy przez okolice Sitnicy, dostając się aż do miejscowości Moczele. Czasem musimy kryć się przed chodzącymi tutaj Rosjanami czy Polakami, ale ostatecznie docieramy do mostu na Drawie. Bacznie oglądamy się na lewo i prawo, a następnie… pokonujemy go szybkim krokiem. Obchodzimy łukiem wieś i dalej idziemy na zachód leśnym duktem (…).

[strony 121-125]

W ten sposób skończył się wielotygodniowy epizod w tych stronach. Dalsza wędrówka w kierunku Odry wciąż była ogromnym wyzwaniem. Po zdobyciu podrobionych kart demobilizacyjnych, uciekinierzy zaczęli wędrować za dnia – dotychczas poruszali się wyłącznie nocą. Spotykali się zarówno z obojętnością przedstawicieli władz cywilnych i wojska, ale i z podejrzliwością. Zazwyczaj ukrywali to, że byli żołnierzami, ale czasami przyznanie się do tego pozwalało na uzyskanie pożywienia i schronienia od miejscowej ludności. Pięcioosobowej grupie udało się dojść do Kostrzyna i przekroczyć Odrę. Na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej postanowili się rozdzielić, by nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi. Autorowi wspomnień sprzyjało szczęście – wraz ze swoim przyjacielem Waldemarem przedostali się do brytyjskiej strefy, dotarli do Braunschweig, a stamtąd do Bochum, do rodzinnego domu Hansa Klapy.


Na koniec jeszcze uwaga dla osób, które po lekturze tego tekstu zapragnęłyby odnaleźć opisywane w nim miejsca. Dopytaliśmy o nie przewodnika po Drawieńskim Parku Narodowym – rzeczywiście w większości już nie istnieją – a jeżeli nawet pozostały po nich jakieś ślady, to zwykle znajdują się poza szlakami turystycznymi wytyczonymi na terenie parku. A poruszanie się po parku poza drogami publicznymi i szlakami bez zgody dyrekcji DPN jest karalne. Miejcie, proszę, to na uwadze.


Jeżeli zainteresowały Was te wspomnienia, to pod tym adresem możecie kupić tę książkę: http://wydawnictwo-pomost.pl/ksiegarnia/ludzie-na-ktorych-sie-poluje/

Okładka książki Hansa Klapy „Ludzie, na których się poluje” (źródło: http://wydawnictwo-pomost.pl).
Okładka książki Hansa Klapy „Ludzie, na których się poluje” (źródło: http://wydawnictwo-pomost.pl).

Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację

Przejdź na profil strony na Facebooku