Zestawmy relacje Niemców, którzy dawniej mieszkali w Człopie, pojawiające się na łamach wydawanych przez nich książek i periodyków lub w innych materiałach. Wiadomo, że wspomnienia z lat młodości zazwyczaj są wyidealizowane, bierzmy i na to poprawkę. Warto na czas lektury uzbroić się w plan miasta autorstwa Bernharda Seide, co ułatwi zorientowanie się w terenie. Każdorazowo zamieszczam najpierw oryginalny tekst, a potem jego tłumaczenie (oby zawsze było wierne…), które ozdabiam swoimi wyjaśnieniami pod postacią wtrętów w nawiasie kwadratowym lub przypisów. Nie jestem wszechwiedzący i nieomylny, dlatego z radością powitam przychodzące od Was wszelkie sprostowania moich wynurzeń.
Walki o Człopę
Zaczniemy od końca – wspomnienia Hansa Winkelmanna ze stycznia-lutego 1945 roku z pobytu w Człopie, dokąd trafił jako siedemnastoletni słuchacz szkoły podoficerskiej w Schwerinie, by bronić miasta przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Tekst opublikowany został w „Deutsch Kroner und Schneidemühler Heimatbrief” z marca 1993 roku (strona 3). Zaskakujące jest ostatnie stwierdzenie autora wspomnień – szczególnie w świetle raportów jednostek rosyjskich szturmujących [?] Człopę (zobacz artykuł Rok 1945).
Januar 1945, Raum Schloppe. Ein ehemaliger Soldat erinnert sich
Ich las mehrere Bücher über Pommern 1945 und stellte fest, daß über diesen Raum kaum Konkretes zu lesen war. Ich gehörte damals der 6. Kompanie der Heeres-Unteroffiziersschule Schwerin an. Teile der Schule des Regiments Oberst Kohlmann verteidigten Schloppe. Dieses Regiment, diese Einheit wird in den Berichten nicht erwähnt. Unsere Kompanie bestand aus 17jährigen aus ganz Deutschland. – Ich machte vor kurzem Pause am Kleinen Teich von Schloppe. Ich war 1981 schon einmal in dieser Stadt. Mein bester Freund ist dort neben mir gefallen. Aus diesem Grund zog es mich wieder einmal dorthin.
Nun mein Bericht: Am 25. 1. Ankunft in Märkisch-Friedland. Da in Schwerin Gewehre zurückgehalten wurden, hatten 10 Prozent von uns keine Waffe, sie hatten zu warten, bis genügend Kameraden gefallen waren. 26. 1. morgens Abmarsch in Richtung Schloppe. Bei dem Wetter um 17 Uhr in Tütz. Beim Pastor in Unterkunft. Nachts Alarm: auf schnellstem Weg nach Schloppe. Der Iwan soll da sein. Nachts 2 Uhr Ankunft in Schloppe. Wir suchen eine Wohnung, im Schlafzimmer Fußbodenkellerraum voll Silber und Porzellan, in der Stube großes modernes Radio. (Wir haben noch Musik gemacht. Vielleicht erinnert sich jemand). 3 Uhr nachts Alarm, eine einzelne Granate war in die Altstadt gefeuert worden. Dann Strom weg. Wir sammeln, die Nacht blieb ruhig. Am nächsten Tag Straßen voller Flüchtlinge in Richtung Tütz. Am 28. 1. Zug in Reserve; da keine Verpflegung kam, ging immer ein Teil organisieren. Ein großer Saal (scheinbar Schützenhaus) wurde auch freigegeben, voller Wintersachen usw., sollte angesteckt werden. Nachts zum 29. Verladung auf Lkw, Kompanie sollte nach Schneidemühl. Nach 2 km im Schnee steckengeblieben. Nach Stunden endlich Befehl: zu Füß zurück nach Schloppe! Am 29. und 30. blieb in der Altstadt alles ruhig. Wir gingen an beiden Tagen Spähtrupp Richtung Trebbin/Drahnow, ohne Gruppenführer, ohne Karte, ohne klaren Auftrag. Wir hielten uns von beiden Orten fern, bekamen dadurch – wie ich heute weiß – auch keine Feindberührung. Die Russen waren ja schon da. Waren aber verwundert, daß einzeln gelegene Häuser nicht geräumt waren. Am 30. 1. ging unsere Gruppe, auf 10 Mann verstärkt, mit zwei Maschinengewehren Richtung Trebbin 1 km vor der Stadt an einem abfallenden Waldrand in Stellung. Rechts und links keine Verbindung. Am Vormittag 9 Uhr kam es dann auf unserem schmalen Abschnitt zu einem Angriff in mindestens Bataillon-Stärke. Die Russen, scheinbar unter Alkohol, brüllten schon aus 300 m Entfernung. Da sie in tiefem Schnee und offenem Gelände in großem Nachteil waren, ließen wir sie auf 60 m herankommen. Bis Mittag war unsere gesamte Munition verschossen. Der Iwan hatte dabei schwere Verluste (eigene: 1 Mann, mein Freund). Wir zogen uns in die Stadt zurück. Bis zur Räumung wurde die Stadt nicht mehr angegriffen. Zum Glück hatten die Russen keine Panzer eingesetzt: außer einer Fünf-cm-Pak und einem Sturmgeschütz hatten wir keine Abwehrwaffen. Sonst hätten wir die Stadt keinen Tag halten können, da wir zu diesem Zeitpunkt auch keine Panzerfäuste hatten. Allerdings war noch eine Gruppe mit vier 12-cm-Granatwerfern da. Mit Scharfschützen hatten wir allerdings immer zu tun, überall hingen Schilder „Vorsicht!”. Am 1. und 2. Februar kam völlig überraschend ein Jeep mit drei Offizieren: sie schossen wie wild um sich. Da hinter uns eine Straßensperre war, verschwanden die Russen in den Häusern. Den US-Jeep fuhr bei Alt-Stüdnitz unser Regiments-Kommandeur Oberst Kohlmann. Da in den militärischen Gegebenheiten nie ein Wort über sein Regiment zu erfahren war, scheint auch er gefallen zu sein. Noch eine Begebenheit: Von jeder Gruppe mußte am 29. 1. ein Mann zu einem Erschießungskommando. Ein (einhundertprozentiger) Offizier wollte ein Exempel statuieren. Da kaum Verpflegung kam, liefen überall einzelne Soldaten herum, um zu organisieren. Zwei verheiratete Soldaten aus einer Nachbarkompanie wurden erschossen, weil sie ihre Stellung verlassen hatten. Wir waren schockiert. Nach Räumung von Schloppe, in Stellung bei Gollin, zwei Tage Zietenfiersee. In der Nacht zum 7.2. Absetzen nach Neu-Stüdnitz. Wir hatten uns gerade eingegraben. Angriff in Kompaniestärke. Im ersten Haus, östlich, ich war gerade 10 Minuten vorher im Haus gewesen, lagen um 9 Uhr sieben Frauen in den Betten – was die sich dabei gedacht haben? Unsere Stellung lag 50 m dahinter. Wie die Russen ins Haus drängen, wollten sie flüchten. Schüsse fielen. Ich hörte noch: „Deutsche, nicht schießen!” Aber keine kam heraus. Wer weiß, was aus denen geworden ist? – Beim 2. Angriff brach der Russe beim 2. Zug in Richtung Balster durch. Am 8. 2. den ganzen Tag über heftiges Granatwerferfeuer, aber der Iwan kam nicht. Wir hatten in Richtung Balster keine Verbindung mehr. Wir hatten allerlei Verluste. Am 10 2. zogen wir uns über Kallies und Groß-Spiegel zurück. Vor Alt-Stüdnitz wurden wir wieder eingesetzt.
Da unsere Kompanie als Nachhut, als letzte die Stadt Schloppe verlassen hat, ich im 3. Zug war, kann ich wohl sagen, ich war einer der letzten Deutschen (es sollen etwa 800 Mann die Stadt verteidigt haben), die diesen Ort verließen. Außer einigen Granatwerfer-Einschlägen gab es bei der Räumung kaum Gebäudeschäden. Der Russe soll später einiges angesteckt haben.
Hans Winkelmann
Styczeń 1945, rejon Człopy. Były żołnierz wspomina
Przeczytałem większość książek o [walkach na] Pomorzu w 1945 roku i uzmysłowiłem sobie, że o tym obszarze nie da się dowiedzieć czegoś konkretnego. Należałem wtedy do 6. kompanii Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych w Schwerinie. Część [słuchaczy] szkoły broniła Człopy [w składzie] pułku pułkownika Kohlmanna. Ten pułk, ta jednostka nie jest wymieniana w raportach. Nasza kompania składała się z siedemnastolatków z całych Niemiec. – Niedawno zrobiłem sobie przerwę [postój?] nad Jeziorem Miejskim w Człopie. Byłem już raz w tym mieście w 1981 roku. Tam poległ tuż przy mnie mój najlepszy przyjaciel. Z tego powodu znów mnie tam zaniosło.
A teraz moja relacja: 25 stycznia przybycie do Mirosławca. Ponieważ w Schwerinie zatrzymano karabiny, dziesięć procent z nas nie miało żadnej broni, mieli czekać, aż polegnie wystarczająca liczba towarzyszy [by przejąć ich broń]. W dniu 26 stycznia rano wymarsz w kierunku Człopy. Wobec pogody [dopiero] o godzinie 17.00 w Tucznie. Schronienie u pastora. W nocy alarm: najkrótszą drogą [dotrzeć] do Człopy. Iwan [tu – pogardliwe określenie Rosjan] miał tam być. O godzinie 2.00 [27 stycznia] w nocy dotarliśmy do Człopy. Szukamy lokum, w sypialni [słowo użyte chyba w znaczeniu „miejsca noclegu”] podłoga piwnicy zasłana srebrami i porcelaną, w izbie [stał] duży, nowoczesny radioodbiornik (jeszcze puszczaliśmy [z niego] muzykę, może ktoś sobie przypomina). O godzinie 3.00 w nocy alarm, w stronę starego miasta [czyli część miasta na północ od rzeki] wystrzelono pojedyncze granaty [pociski]. Potem nie było energii elektrycznej. Zbieramy się [wspólnie], noc była [już] spokojna. Następnego dnia [wciąż 27 stycznia] ulice pełne uciekinierów [podążających] w kierunku Tuczna. W dniu 28 stycznia 1. pluton w rezerwie; jako że nie dotarł prowiant, część [z nas] wciąż chodzi zorganizować coś [do jedzenia]. Opróżniono też wielką salę (podobno dom strzelecki), pełną zimowych ubrań i tym podobnych [rzeczy], bo miała być podpalona. Nocą na 29 stycznia załadunek na samochody ciężarowe, kompania ma [dotrzeć] do Piły. Po [przejechaniu] dwóch kilometrów ugrzęźliśmy w śniegu. Po godzinach w końcu rozkaz: powrót pieszo do Człopy! W dniach 29 i 30 stycznia w starym mieście panował spokój. W oba te dni patrol rozpoznawczy w kierunku Trzebina / Drzonowa, bez dowódcy drużyny, bez mapy, bez sprecyzowanego zadania. Trzymaliśmy się z dala od obu miejscowości, dzięki czemu – jak dziś wiem – uniknęliśmy kontaktu z nieprzyjacielem. Rosjanie już tam byli. Byliśmy jednak zaskoczeni, że niektóre stojące na uboczu domy nie zostały opuszczone [ale czy w sensie, że mieszkańcy nie uciekli, czy że Rosjanie ich nie splądrowali?]. W dniu 30 stycznia nasza grupa, wzmocniona do dziesięciu ludzi i z dwoma karabinami maszynowymi, udała się w kierunku Trzebina, na pozycję oddaloną około kilometra od miasta, na pochyłym skraju lasu [okolice Glinianek?]. Z prawa i z lewa żadnej łączności [z innymi oddziałami]. Przed południem, o godzinie 9.00 na nasz wąski odcinek przypuszczono natarcie w sile co najmniej batalionu. Rosjanie, najwyraźniej pod wpływem alkoholu, krzyczeli już w odległości trzystu metrów. Głęboki śnieg i otwarta przestrzeń powodowała, że byli w nieciekawym położeniu, pozwoliliśmy im zbliżyć się na sześćdziesiąt metrów. Do południa wystrzelaliśmy całą amunicję. Iwan poniósł ciężkie straty (własne: jeden człowiek, mój przyjaciel). Wycofaliśmy się do miasta. Do czasu naszego wycofania się miasto nie było ponownie atakowane. Na szczęście Rosjanie nie użyli czołgów: poza 50-milimetrowym działem przeciwpancernym i jednym [samobieżnym] działem pancernym nie mieliśmy żadnej broni [przeciw czołgom]. W przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie utrzymać miasta przez jeden dzień, ponieważ w tym czasie nie mieliśmy również pancerfaustów. Wciąż jednak była jeszcze grupa z czterema 120-milimetrowymi moździerzami. Za to wciąż mieliśmy do czynienia ze snajperami; wszędzie wisiały tabliczki „Uwaga!”. Z 1 na 2 lutego całkowicie niespodziewanie pojawił się jeep z trzema oficerami: strzelali dookoła jak szaleni. Ponieważ za nami była blokada drogowa, Rosjanie zniknęli w domach [? – czy to oznacza, że Rosjanie byli już na terenie miasta, skoro kryli się w domach przed tym ostrzałem?]. Amerykańskim jeepem przyjechał ze Starej Studnicy [koło Kalisza Pomorskiego] nasz dowódca pułku, pułkownik Kohlmann. Skoro [później] w raportach wojskowych nie można było znaleźć ani słowa o jego pułku, wydaje się, że on również poległ. Inne zdarzenie: z każdego oddziału jeden człowiek miał 29 stycznia stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Pewien (stuprocentowy) oficer chciał [w ten sposób] karać dla przykładu. Wobec braku prowiantu, niektórzy żołnierze myszkowali wszędzie, by coś zorganizować. Dwóch żonatych żołnierzy z sąsiedniej kompanii zostało rozstrzelanych za opuszczenie swoich pozycji. Byliśmy zszokowani. Po opuszczeniu Człopy [byliśmy] na pozycji koło Golina, [potem] dwa dni [koło] jeziora Sitno. W nocy na 7 lutego przejście do Nowej Studnicy. Dopiero co okopaliśmy się. Atak w sile kompanii. W pierwszym domu, na wschód [od naszej pozycji], w którym byłem ledwie dziesięć minut wcześniej, o godzinie 9.00 w łóżkach leżało siedem kobiet – co one sobie myślały? Nasza pozycja znajdowała się pięćdziesiąt metrów za nimi. Kiedy Rosjanie wtargnęli do domu, chciały uciekać. Padły strzały. Słyszałem jeszcze: „Niemcy, nie strzelać!”. Ale nikt nie wyszedł. Kto wie, co się z nimi stało? – Podczas drugiego natarcia Rosjanie przełamali pozycję 2. plutonu w kierunku na Biały Zdrój. W dniu 8 lutego całodniowy ciężki ostrzał moździerzowy, ale Iwan nie nadszedł. Nie mieliśmy już łączności z kierunku Białego Zdroju. Mieliśmy rozmaite straty. W dniu 10 lutego wycofaliśmy się przez Kalisz Pomorski i Poźrzadło Wielkie. Zostaliśmy ponownie rozlokowani przed Przed Starą Studnicą.
Ponieważ nasza kompania była strażą tylną, ostatnią, która opuściła miasto Człopa, a ja byłem w 3. plutonie, chyba mogę powiedzieć, że byłem jednym z ostatnich Niemców (przypuszczalnie było około ośmiuset ludzi broniących miasta), którzy opuścili tę miejscowość. Poza kilkoma trafieniami pocisków moździerzowych, kiedy wycofywaliśmy się, nie było prawie żadnych uszkodzeń budynków. To Rosjanie mieli później niektóre podpalić.
Hans Winkelmann
Styczeń 1945 roku
Jeszcze jedna relacja ze stycznia 1945 roku, a w zasadzie wyjątek ze wspomnień Bernharda Seide (tego od planu Człopy), który ukazał się w „Deutsch Kroner und Schneidemühler Heimatbrief” w marcu 1965 roku na stronie 6. Redakcja nie podała źródła – nie wiem więc czy był to list do redakcji, jedna z relacji zebranych po wojnie w ramach gromadzenia świadectw Niemców określanych jako „wypędzeni”, czy ponowne przytoczenie fragmentu większej całości z któregoś ze wcześniejszych numerów. W późniejszych latach tekst ten został przedrukowany w całości w pracy „Die Stadt Schloppe, ihre näherer Umgebung und deren Bewohner” (1994), a w skrótach w „Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone” (1996). Te dwie pozycje były znane człopskim miłośnikom historii, a wśród nich krążyło tłumaczenie poniższych wspomnień z tego pierwszego tytułu. Prezentowany tu przekład został dokonany na nowo w oparciu o oryginalny artykuł, a nie o jego przedruk; rozwinięto skróty i poprawiono literówki występujące w oryginale, w niektórych miejscach pominięto wytłuszczenia dodane przez redakcję DKuSHB. A może kiedyś uda się dotrzeć do całości wspomnień Bernharda Seide?
Die schicksalhafte Vertreibung aus Schloppe
Aus einem Bericht von Bernhard Seide – Die Räumung der HeimatEinberufung des Volkssturms. Am Sonnabend, dem 20. 1. 1945, hatte das Kommando des Volkssturms Schloppe und Umgebung eine Zusammenkunft, an der auch ich teilnahm. Gegen sieben Uhr abends wurde der Führer Rektor und Major Karl Freitag von der Kreisleitung ans Telefon gerufen und bekam Befehl, den Volkssturm Sonntag, den 21. 1. vormittags 11 Uhr, einzuberufen und zum Abtransport nach Deutsch Krone auf dem Bahnhof Schloppe zu einer circa einwöchigen Übung in den Festungsanlagen Deutsch Krone bereitzuhalten. Der Befehl wurde ausgeführt. Ungefähr 800 Männer aus Schloppe und Umgebung wurden mobilisiert. Alles was noch laufen konnte, Beinamputierte und andere Behinderte mit Ausnahme nur weniger Männer aus lebenswichtigen Betrieben, Fleischer und Bäcker, mußten antreten. Von Deutsch Krone marschierten wir nach dem Dorf Sagemühl, wo wir vorerst in Quartiren untergebracht waren.
Das Volkssturmbataillon Schloppe wurde in Sagemühl dem Volkssturmkommando Deutsch Krone unterstellt, und der Bataillonsstab Schloppe, zu dem auch ich gehörte, sollte das Bataillon Deutsch Krone übernehmen. Dazu kam es aber nicht, da das aktive Bataillon dem Deutsch Kroner Bataillon angegliedert war. Unser Stab blieb ein Kommando ohne Bataillon in Deutsch Krone. Am 24. 1. wurde ich als Elektromeister dringend nach Schloppe reklamiert, da Schulen und Säle zu Lazaretten eingerichtet wurden. Am 25. 1. bin ich dann in Schloppe eingetroffen. Ein Teil des Bataillons ist dann von den Russen gefangen genommen worden, und ein Teil löste sich später auf.
Da Schloppe an der Reichstraße 1 lag, waren naturgemäß dauernd Trecks und Flüchtlinge aus West- und Ostpreußen, Posen, auch Auslanddeutsche aus dem Osten, in der Stadt und im Durchzug.
In der Nacht vom 20. zum 21. 1. 1945 wurde gegen 3 Uhr morgens die Stadt Schloppe durch die Polizei alarmiert und die Bevölkerung aufgerufen, sich an einigen Sammelstellen mit nur leichtem Gepäck zum Abtransport einzufinden, da die Stadt geräumt werden müsse, der Feind wäre im Anmarsch. Gegen 4 Uhr wurde der Befehl zurückgenommen, da ein Irrtum vorlag, doch sollte man sich immerhin bereithalten. Bei der vollkommen ahnungslosen Bevölkerung herrschte größte Aufregung, da ja auch die Männer fort mußten und die Frauen mit ihren Familien ganz auf sich gestellt waren.
Ein Räumungsplan war mir nicht bekannt. Noch am 26. 1. vormittags gegen 11 Uhr wurde vom Gauleiter Schwede-Coburg auf dem Markt vor meinem Geschäft eine beruhigende Ansprache gehalten, in der er persönlich sagte, es bestände keine Gefahr, denn 7 Panzerdivisionen wären in unser Gebiet in Anmarsch. Er verbot die Räumung und sagte, er würde den Postmeister, der schon morgens auf Anordnung der OPD [Oberpostdirektion] mit dem Amt abzog, persönlich zur Verantwortung ziehen. Beruhigt war die Bevölkerung nicht. Rechtzeitig evakuiert wurde niemand. Die Stadt hatte einige Hundert Bomben-Evakuierte aus Bochum, aber auch Berliner. Zwei Schulklassen aus Bochum waren ebenfalls evakuiert. Diese sind wohl alle rechtzeitig, am 24. beziehungsweise 25. 1. abtransportiert worden.
Die endgültige Räumung der Stadt erfolgte am Nachmittag des 26. 1. 1945 überstürzt. Ein Befehl ist mir nicht bekannt. „Rette sich, wer kann!“ so ungefähr war die Lage. Bekannt wurde, daß sich der Kreis Deutsch Krone in den Kreis Demmin (Pommern) begeben sollte. Schloppe wurde dann nach Altentreptow und Umgebung gelenkt. Vielleicht war auch in letzter Minute ein Befehl der Kreisleitung gegeben oder die Stadtbehörde vorher geheim über das Ziel bei einer eventuellen Evakuierung unterrichtet. Jeder suchte irgendwie Gelegenheit, mit Pferdewagen, Lastwagen des Militärs fortzukommen. Ein großer Teil mit Handschlitten oder zu Fuß mit dürftigem Gepäck in Richtung Tütz, Märkisch Friedland, Neuwedel durch die Wälder und weiter zum Teil mit Bahn und so weiter in Richtung Stargard und Stettin. Auch in Richtung Woldenberg-Arnswalde wurde geflüchtet.
Die Flucht. Erschossen sollen sein, soweit mir bekannt ist, 6 Personen in der Nähe der Stadt, auf der Flucht. Bei Kampfhandlungen sollen einige Personen umgekommen sein. Nur die in Richtung Arnswalde geflüchteten Schlopper wurden teilweise von den Russen eingeholt, einige zurückgeschickt. Als die Russen dann späterhin den Kreis Demmin besetzten, wurde ein Teil der Schlopper Bevölkerung wieder in die Heimat befördert. Es blieben Einwohner während der Kämpfe und nach der Besetzung in der Stadt zurück, meistens ältere Leute, die nicht mehr gehen konnten. Die Zahl ist unbekannt. Einige Frauen hatten schwer unter Vergewaltigungen zu leiden, andere wurden erschossen, wurden verschleppt und kamen um.
Die letzten Kämpfe. Am 27. 1. 1945 wurde ich von der Truppe aufgefordert, (abends) den Ort zu verlassen, da der Feind jeden Augenblick erwartet würde. Soweit uns gesagt wurde, griff der Feind am 29. 1. mit Panzern aus Richtung Deutsch Krone, Schönlanke und Filehne an. Noch während meiner Anwesenheit bezogen Infanterie, später Artillerie, die Stellung Schloppe; auch Flieger griffen an. Volkssturm und Hitler-Jugend wurden in Schloppe nicht eingesetzt. Laut Heeresbericht wurde um die Stadt sehr hart gekämpft, mehrmals Besitzwechsel, und zwar im Laufe der Woche vom 29. 1. bis 3. 2. 1945. Die Altstadt ist vollständig zerstört. Eine Luftaufnahme eines Fliegeroffiziers vom 15. 2. füge ich bei. Die evangelische Kirche ist beschädigt; einige Häuser sind noch stehen geblieben, aber zum Teil zerstört. Zum größten Teil durch Kämpfe, der Rest – selbst die Scheunen mit Vorräten – sollen angezündet worden sein. Alle gewerblichen Anlagen in der Neustadt, die nur wenig zerstört ist, auch 3 Sägewerke sind demontiert worden. Und zwar durch die Russen. Auch die Güter und Bauernhöfe wurden aller Maschinen beraubt. Am 23. Mai 1946, Freitag vor Pfingsten, hat der Rest der Einwohner seine Heimatstadt Schloppe endgültig verlassen müssen.

Nieuchronne wypędzenie z Człopy
Z relacji Bernharda Seide – Opuszczenie ojczyzny
Zwołanie Volkssturmu. W sobotę 20 stycznia 1945 roku odbyło się zebranie dowództwa Volkssturmu Człopy i okolic, w którym również uczestniczyłem. Około godziny siódmej wieczorem dowódca, rektor i major Karl Freitag, został wezwany do telefonu przez kierownictwo powiatowe i otrzymał rozkaz zwołania Volkssturmu w niedzielę 21 stycznia o godzinie 11 przed południem i przygotowania do przejazdu do Wałcza z dworca kolejowego w Człopie, na około tygodniowe ćwiczenia w wałeckich fortyfikacjach. Rozkaz został wykonany. Zmobilizowano około ośmiuset mężczyzn z Człopy i okolic. Wszyscy, którzy mogli jeszcze chodzić, ci z amputowaną nogą i inni niepełnosprawni musieli się stawić, za wyjątkiem kilku mężczyzn z ważnych przedsiębiorstw, rzeźników i piekarzy. Z Wałcza pomaszerowaliśmy do wioski Ostrowiec, gdzie na razie ulokowano nas w kwaterach.
Batalion Volkssturmu Człopa w Ostrowcu został podporządkowany dowództwu Volkssturmu Wałcz, a sztab batalionu Człopa, do którego również należałem, miał przejąć batalion Wałcz. Tak się jednak nie stało, ponieważ aktywny batalion wałeckiego batalionu został przyłączony [w sensie wcielony do regularnych oddziałów wojskowych?]. Nasz sztab pozostał dowództwem bez batalionu w Wałczu. W dniu 24 stycznia zostałem pilnie wezwany do Człopy jako [z zawodu] majster-elektryk, ponieważ szkoły i sale były przekształcane w wojskowe szpitale polowe. W dniu 25 stycznia przybyłem do Człopy. Część [człopskiego] batalionu została później wzięta do niewoli przez Rosjan, a [pozostała] część potem rozwiązana [zdemobilizowana].
Ponieważ Człopa leżała przy drodze krajowej numer 1, w mieście oczywiście nieustannie [były] i przez nie przechodziły kolumny uciekinierów z Prus Zachodnich i Wschodnich, Poznania, a także Niemcy ze wschodu.
Około godziny trzeciej nad ranem w nocy z 20 na 21 stycznia 1945 roku policja zaalarmowała, że ludność natychmiast powinna stawić się w kilku punktach zbiórek z jedynie lekkim bagażem, wobec zbliżającego się wroga miasto musi zostać ewakuowane. Około godziny czwartej rozkaz został cofnięty, bo [jak tłumaczono] doszło do pomyłki, ale mimo wszystko należało pozostawać w gotowości. Wśród całkowicie nieświadomej ludności zapanowało wielkie zaniepokojenie, ponieważ również mężczyźni musieli opuścić [miasto], a kobiety wraz ze swymi rodzinami zostały pozostawione same sobie.
Nie wiedziałem o żadnym planie ewakuacji. Jeszcze 26 stycznia około godziny jedenastej przed południem, przed moim sklepem na rynku, gauleiter Schwede-Coburg wygłosił uspokajające przemówienie, w którym osobiście powiedział, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, ponieważ siedem dywizji pancernych zbliża się do naszego regionu. Zabronił ewakuacji i powiedział, że osobiście pociągnie do odpowiedzialności naczelnika poczty, który już rano opuścił urząd na polecenie Okręgowej Dyrekcji Poczty. Ludności to nie uspokoiło. Nikt nie został ewakuowany na czas. W mieście było kilkuset ewakuowanych po nalotach bombowych z Bochum, jak również berlińczyków. Ewakuowano również dwie klasy szkolne z Bochum. Prawdopodobnie wszyscy oni zostali wywiezieni na czas, 24 względnie 25 stycznia.
Ostateczna ewakuacja miasta nastąpiła w pośpiechu po południu 26 stycznia 1945 roku. Rozkaz nie jest mi znany. „Ratuj się, kto może!”, tak groźna była sytuacja. Wiadomo było, że powiat wałecki powinien udać się do powiatu Demmin (Pomorze). Człopa miała następnie kierować się do Altentreptow i okolic. Być może władze powiatu w ostatniej chwili wydały rozkaz lub władze miasta były wcześniej w tajemnicy poinformowane o miejscu docelowym na wypadek ewentualnej ewakuacji. Każdy szukał jakiejkolwiek możliwości wydostania się, furmanką lub ciężarówką wojskową. Duża część udała się z saniami ręcznymi [masywniejsze od znanych nam dzisiejszych sanek, czasami z uchwytem na dłonie] lub pieszo ze skromnym bagażem w kierunku Tuczna, Mirosławca, Drawna przez lasy, a dalej częściowo pociągiem i tym podobnie w kierunku Stargardu i Szczecina. Uciekano również w kierunku Dobiegniewa-Choszczna.
Ucieczka. O ile mi wiadomo, podczas ucieczki w pobliżu miasta miano zastrzelić sześć osób. Niektóre osoby miały zginąć w trakcie walk. Jedynie część człopian uciekających w kierunku Choszczna została dogoniona przez Rosjan, a niektórzy [z nich] zawróceni [z powrotem do domów]. Kiedy Rosjanie już później zajęli powiat Demmin, część mieszkańców Człopy została odesłana na powrót do rodzinnego miasta. Podczas walk i po zajęciu miasta pozostawali w nim mieszkańcy, głównie osoby starsze, które nie mogły już chodzić. Ich liczba nie jest znana. Niektóre kobiety poważnie ucierpiały w wyniku gwałtów, inne zostały zastrzelone, wywiezione i zginęły.
Ostatnie walki. W dniu 27 stycznia 1945 roku otrzymałem od żołnierzy rozkaz opuszczenia (wieczorem) miejscowości, ponieważ w każdej chwili spodziewano się wroga. Z tego co nam powiedziano, wróg zaatakował 29 stycznia czołgami z kierunku Wałcza, Trzcianki i Wielenia. Jeszcze w trakcie mojego tam pobytu na pozycje w Człopie dotarła piechota, później artyleria; atakowało również lotnictwo. Volkssturmu i Hitlerjugend nie użyto w Człopie. Wedle komunikatów wojskowych, toczyły się bardzo ciężkie walki o miasto, kilka razy przechodziło z rąk do rąk w ciągu tygodnia od 29 stycznia do 3 lutego 1945 roku. Stare miasto [tereny na północ od Cieszynki] zostało całkowicie zniszczone. Załączam zdjęcie lotnicze wykonane 15 lutego przez oficera lotnictwa. Kościół ewangelicki jest uszkodzony; niektóre domy nadal stoją, ale są częściowo zniszczone. Głównie w wyniku walk, reszta – nawet stodoły z zapasami – podobno miała zostać podpalona. Wszystkie zakłady przemysłowe w nowym mieście [tereny na południe od Cieszynki], które jest tylko nieznacznie zniszczone, w tym trzy tartaki, zostały zdemontowane. A dokonali tego Rosjanie. Majątki i gospodarstwa rolne również zostały ograbione ze wszystkich maszyn. W dniu 23 maja 1946 roku, w piątek przed Zielonymi Świątkami, reszta [niemieckich] mieszkańców musiała na stałe opuścić swoje rodzinne miasto Człopę.
I tu uwaga – w ostatnim zdaniu tej relacji mamy do czynienia z błędem lub literówką:
– w 1946 roku 23 maja przypadał w czwartek; może więc chodziło o 24 maja, ale…
– w 1946 roku Zielone Świątki (Zesłanie Ducha Świętego) było obchodzone 9 czerwca.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zauważymy, że w przedruku tej relacji w „Die Stadt Schloppe, ihre näherer Umgebung und deren Bewohner” zamiast: Am 23. Mai 1946, Freitag vor Pfingsten, widnieje: Am 23. Mai 1945, Freitag vor Pfingsten. W 1945 roku 23 maja przypadał w środę, a Zielone Świątki 20 maja. W tym wypadku ewidentnie komuś omsknął się palec podczas przepisywania tej relacji na maszynie do pisania (właśnie w takiej formie ukazał się ten przedruk).
Na zakończenie warto jeszcze zauważyć, że wedle innych relacji Niemcy mieli opuścić Człopę 2 czerwca 1946 roku (zobacz dwie pierwsze relacje na tej stronie).
Spacer wspomnień
Autorką poniższego tekstu była najprawdopodobniej Jutta Schönberger z domu Dosch, która po wojnie zamieszkała w Werthenbach w Westfalii i publikowała swoje teksty wspomnieniowe w DKuSHB. Ten ukazał się w numerze z sierpnia 1970 roku (strony 8-9; kliknij, aby zobaczyć cały numer czasopisma w formacie pdf na stronie Heimatkreis Schneidemühl e.V.). Pojawia się w nim kilka ciekawostek z życia codziennego.
Ein Streifzug durch Schloppe
Geliebtes Schloppe! Ein kleines Grenzmarkstädtchen bist du gewesen mit nur 3000 Einwohnern, und es ist schon über 20 Jahre her, daß man uns aus deinen Mauern vertrieb. Doch wir wollen dich noch einmal besuchen und in Gedanken durch die Straßen und Gassen wandern, die nun einsam und verlassen daliegen! Wo wollen wir mit unserem Erinnerungsspaziergang beginnen? Am besten ist, wir versammeln uns auf dem Marktplatz, wie wir es des öfteren in der Turnstunde taten, um durch die ganze Stadt „Räuber und Gendarm” zu spielen. Dann gehen wir die Friedrichstraße [1] hinunter, an der Post [2] vorbei, und beim Anblick der nächsten Geschäfte fallen sie schon über uns her, die Erinnerungen. An der Ecke hatte Walter Neumann seinen Eisenwarenladen [3], in dem wir uns oftmals für unsere Laubsägearbeiten unsere Sägeblättchen holen mußten. Ein Stück weiter befindet sich das Schuhgeschäft Venz [4], wo wir mit Herzklopfen und sehnsüchtigen Augen die neuen Schuhe angepaßt bekamen… Nun laufen wir wieder über die Straße hinüber und bleiben vor den Auslagen der Buchhandlung Schultze [5] stehen. Was haben wir da drinnen so manchen Kampf um die Schulbücher ausgefochten: denn die Beschaffung von Lehrmitteln war in den letzten Jahren schon recht schwierig. Wer da zuerst kam, der mahlte auch zuerst, und die, die leer ausgingen, mußten halt geduldig warten, bis Frau Schultz – eine nette alte Dame –, die nächste Sendung Bücher hereinbekam.
Gleich nebenan befand sich die Kolonialwarenhandlung Sydow [6], wo wir Mädchen während des Krieges nachmittagelang mit wenig Kleister und viel Geduld Lebensmittelmarken zur Abrechnung aufkleben mußten. Das war dann unser Kriegshilfsdienst, der zunächst noch Spaß machte, weil die Tätigkeit neu war. Man hatte uns sogar eine kleine Entlohnung in Form von Süßigkeiten zugesagt als Anreiz für die Sache. Nun geht unser Gedankenspaziergang weiter – vorbei an Gieses Mühle [7]. Danach gabelte sich die Friedrichstraße. Zur linken Seite ging es hoch zu den gepflegten Friedhöfen in Richtung Tütz an der Gärtnerei Scheinert [8] vorbei. Den Gottesäckern gegenüber hatte man das Schlopper Forsthaus hingebaut, kaum zu sehen hinter all den dichten Bäumen, die nun einmal zu einem richtigen Forsthaus gehören [9].
An der Ecke lag die Molkerei [10] und ihr gegenüber zogen sich die Landwege nach Salm und Gollin dahin, auf denen viele unserer Klassenkameraden bei Wind und Wetter hin und zurück radeln mußten, wenn sie nach Schloppe zur Mittelschule [11] wollten. Doch wir drehen uns jetzt einmal um und schauen nach rechts die Straße hinunter bis zu Vandreys Schmiede [12]. In diese Richtung mußten wir gehen, wenn wir zur Klavierstunde zu Fräulein Schmitz wollten. Respektvoll schielten wir dann immer mit einem Auge zum Hause von unserem späteren Konrektor hinüber, der sehr streng sein konnte. An sein Haus schloß sich ein ausgiebiger Obstgarten an. Ich hatte auch einmal das Glück, mir bei ihm für einen ungerechten „Anschnauzer“ eine Tasche voll der schönsten Äpfel abholen zu dürfen. Hinter Vandreys erschloß sich uns ein besonderer Teil von Schloppe, den jedermann respektlos mit dem Spitznamen „Zickentirol“ [13] bedachte. Der Ursprung dieses fast beleidigenden Namens für seine Anwohner konnte nie geklärt werden. Er haftete ihm nun einmal an; aber so schlecht wohnte es sich hier gar nicht einmal, im Gegenteil. Viele Birken säumten den Weg der schmucken Häuser, die meistens als Einfamilienhäuser existierten, und mir schwebt auch so etwas wie „Birkenallee“ für diese Gegend vor [14]. Von hier aus war es auch nicht mehr weit bis zum Ritterberg [15]. Schon allein diese Bezeichnung flößte uns Furcht und Schrecken ein, und noch nicht einmal am helllichten Tage ging man gerne und ohne Schaudern durch diesen sagenumwobenen Trakt von Schloppe. Doch seine Anlieger machten sich nicht viel aus den existierenden Spukgeschichten, sie wohnten hier ruhig und unberührt von all den Schauermärchen. Wenn man zum Kleinen Teich [16] wollte, war man über diesen Berg am schnellsten am Ziel, und wir wählten dennoch voller Trotz diesen geheimnisvollen Weg. In grauer Vorzeit mögen hier böse Ritter ihr Unwesen getrieben haben; denn nur so kann dieser Name hängengeblieben sein.
Als nun die Mobilmachung am 1. 9. 1939 ausgerufen wurde, wollten aber gerade die sonst so immunen Einheimischen dieses Berges hier ein flammendes Schwert gesehen haben, das sich blitzend am Himmel gezeigt haben soll. Viele berichteten auch von einem Reiter ohne Kopf als unheilverkündende Erscheinung am Nachthimmel. Na ja, das Unheil nahte dann ja auch in ein paar Jahren, geliebtes Schloppe, als die große ungewollte Flucht begann, und wir dich schmählichst im Stich lassen mußten. Doch vorerst noch wollen wir weiter schwelgen in bitter-süßen Erinnerungen und durch die lieben alten, mit Kopfsteinpflaster versehenen Gassen zum Ausgangspunkt unserer Erinnerungswanderung zurückkehren! Wir riskieren einen Blick auf die Synagoge [17], der man auch bei uns in der berühmt-berüchtigten Kristallnacht erheblichen Schaden zufügte. Schloppe beherbergte immerhin laut Statistik 230 Juden. Oft haben wir als Kinder auf den Zehenspitzen stehend, neugierig durch die hohen Fenster gelugt, um zu sehen, wie die jüdischen Mitmenschen ihren Sabbat feierten. Erstaunt und befremdet zugleich mußten wir da feststellen, daß die männlichen Besucher nicht ihre Kopfbedeckungen abnahmen. Doch der unbequeme Ausguck und das fremde Ritual ließen uns bald wieder nach Hause schleichen. Viel interessanter war die nächste Ecke, die Cafe Kieslich [18] innehatte.
Hier gab es einmalig gute Kaffeekränzchen zu kaufen. Als dann die Kuchenkarten eingeführt wurden, bedurfte es schon einer guten Nase, wenn man von dieser Köstlichkeit, die sie nur noch beschränkt herstellen konnten, einige Stückchen erwischen wollte. Aber Eis war fast immer zu haben, und wenn unsere Deutschlehrerin Geburtstag hatte, verteilte sie ihre „Eisscheine“, um sich auf diese Art für die vielen Blumenarrangements zu bedanken. Dann gab es einen Ansturm auf Cafe Kieslich. So ziemlich gegenüber befand sich als Konkurrenz Bäckerei Jacobi [19], die jedoch mehr für gutes Brot kompetent war. So wechselten sich die Geschäfte hier in bunter Reihenfolge ab: Mal ein Friseur mit blinkendem Aushängeschild, dann wieder ein Textilgeschäft, deren drei sich rings um den Marktflecken ihr friedliches Stelldichein gaben. Das Dreigestirn Stiller-Steffen-Böthin!
Eine andere Ecke des Marktplatzes füllte die Firma Bleske [20] aus. Hier konzentrierte sich so einiges: Lebensmittelhandel und Tabakladen, Spirituosen und Feinkostgeschäft, dazu eine Gastwirtschaft. Viele unverdrossene Skatbrüder deklarierten Bleskes zu ihrem Stammlokal. Auch der Kirchenchor ölte hier gerne seine Kehlen nach gelungenem Gesang. In diesem alten Stadtteil nun, der sich auszeichnete durch seine regelmäßige Anlage mit großem Marktplatz, stand als ruhender Pol die 1826 im Fachwerkstil erbaute evangelische Kirche, die man 1901 einigen Erneuerungen unterzog. Auf der anderen Marktplatzseite befand sich hinter hohen Mauern versteckt die uralte katholische, mit Holzschindeln gedeckte Kirche, bereits 1660 erbaut und schon zu unserer Zeit unter Denkmalschutz stehend. Noch 1783 soll Schloppe. sogar noch 166 mit Schindeln gedeckte Holzhäuser gehabt haben. Doch die alte Kapelle benutzte man nicht mehr zu Gottesdiensten. Man hatte eine neue Kirche gebaut, die erst kurz vor dem Ausbruch des Zweiten Weltkrieges konsekriert wurde. Dieser Stadtteil nun, der sich seit 1920 zwischen Altstadt und Bahnhof entwickelte, war im Gegensatz zur urkundlich erwiesenen alt-wendischen [21] Vorstadt der neuere Teil von Schloppe. Hier ließ man auch 1932/33 die neue Schule entstehen, welche so geräumig und weitsichtig gebaut wurde, daß man die beiden konfessionellen Grundschulzüge und die Mittelschule [22] unter nur einem Dach vereinte. Der hohe Aussichtsturm überragte Schloppe fast wie ein Wahrzeichen. Der Clou aber an diesem Turm war seine Uhr mit ihrem weithin sichtbaren Zifferblatt. Gewiß – die evangelische Kirche verfügte auch über eine Turmuhr. Aber die Schuluhr war entschieden größer, und sie war – neu!
Ihre bronzierten Zeiger und Zahlen glitzerten in der Sonne; daß es nur so eine Freude war, hochzuschauen. Bestieg man den Aussichtsturm der Schule, kam man an dem gewaltigen Räderwerk vorbei, welches der Garant war für die Genauigkeit dieser Uhr. Doch eines Tages passierte es dann doch, daß diese unermüdlich scheinende Zeitansagerin stehenblieb, und wochenlang wiesen ihre Zeiger immer auf ein- und dieselbe Stunde, was einen Witzbold animierte, ein diesbezügliches Versehen in das „Schlopper Tageblatt“ setzen zu lassen.
Es begann: Arme Turmuhr, du, bliebst stehn, stehst nur immerfort auf zehn…, und es folgte noch ein längerer Sermon, der aber alsbald zur Folge hatte, daß man die Uhr endlich reparierte.
Es war ein überwältigender Anblick, wenn der gesamte Schulkomplex zu festlichen Anlässen illuminiert wurde. Dazu stellte man in den einzelnen Klassenräumen Dauerbrenner auf, deren Wirkung von außen einer brennenden Pyramide gleichkam. Der Schule gegenüber lag, eingebettet in gepflegte Rasenflächen, unser Rathaus [23]. Im 17. Jahrhundert war Schloppe sogar Sitz einer Zollkammer für die ganze Straße von Filehne bis in die Nähe von Thorn. Nicht nur der sogenannte alte Polenweg, der über Tütz nach Kolberg führte, durchschnitt Schloppe, sondern die alte Poststraße Berlin–Königsberg hatte hier ihren wichtigsten Schnittpunkt. Sogar ein Amtsgericht konnten die Schlopper ihr eigen nennen, ein altes, im gotischen Baustil errichtetes Gebäude [24]. Es lag etwas oberhalb der Stadt, auf einem der Schloppe umgebenden historischen Wälle [25]. Lief man von dort aus den Hang hinunter in Richtung Schwindelbrücke [26], konnte es geschehen, daß man die Schuhe voller Sand bekam, was wiederum Beweis war für die in älteren Annalen erwähnten, durchaus glaubwürdigen Sandhügel der Stadt. Und eben dieser sandige Boden kam den ringsum wachsenden Nadelhölzern zugute. Ein Spaziergang durch Schloppes Wälder war ein rechtes Labsal für die Lunge. Nicht umsonst führte unser Poststempel den Slogan: „Schlopper Seen – Berge – Wald – schönster Sommeraufenthalt“. Für angenehme Pension der Sommergäste war durchaus gesorgt. Da befand sich im Haus Traugott Marten das „Hotel Deutsches Haus“ [27]. Auf der gegenüberliegenden Seite des Marktkarrees bot sich Gasthof Meyer [28] an, und zwischen ihnen lag an der Ecke des „Petersilienwinkels“ [29] noch ein Gasthaus, dessen Inhaberin Frau Frommhold war [30]. Zwischen der Apotheke mit dem weitschwingenden Adler an der Vorderfront [31] und dem rotleuchtenden Backsteinbau der Post lud Hotel Krüger [32] zum Aufenthalt ein, denn selbst die Friedrichstraße als Hauptverkehrsader war zu unseren Zeiten noch recht ruhig.
Was machte es da schon aus, wenn ab und zu die Salmer oder anderen Landwirte aus dem Umkreis ihre Waren zum Wochenmarkt hereinbrachten und übers Pflaster rumpelten [33]. So hatte Schloppe in seinen Mauern – obgleich Kleinstadt – doch alles, was Bürger zum Leben brauchten: Friseure und Fleischer, Bäcker und Kaufleute, Schuhwaren, Möbelgeschäfte, Drogerien und sogar eine Apotheke. Mehrere Ärzte und Zahnärzte sorgten für Gesundheit und gute Zähne. Rechtsanwälte und Polizei zeichneten verantwortlich für Recht und Ordnung. In der Berliner Vorstadt [34] übte sogar jemand den seltenen Beruf eines Fischermeisters aus. Fabriken gaben Arbeit und somit das tägliche Brot. Außer einer Kalksandsteinfabrik, die etwas außerhalb des Ortes lag [35], und einer zentraler gelegenen Konservenfabrik [36] gab es noch holzverarbeitende Betriebe. So waren 3000 Bürger glücklich in Schloppes Mauern, bis man sie erbarmungslos vertrieb!
J. Sch.
Wędrówka po Człopie
Ukochana Człopo! Byłaś małym miasteczkiem w Marchii Granicznej z ledwie 3000 mieszkańców, a już ponad 20 lat minęło, jak wygnano nas z twoich murów. Chcemy jednak ponownie cię odwiedzić i w myślach wędrować po ulicach i zaułkach, które teraz leżą samotne i opuszczone! Gdzie rozpoczniemy nasz spacer wspomnień? Najlepiej będzie zebrać się na rynku, tak jak często robiliśmy to podczas lekcji wychowania fizycznego, aby w całym mieście bawić się w „policjantów i złodziei”. Następnie idziemy ulicą Friedrichstraße [1], mijając pocztę [2], a widok kolejnych sklepów przywoła wspomnienia. Na rogu Walter Neumann miał swój sklep z artykułami żelaznymi [3], w którym często musieliśmy kupować brzeszczoty do naszych prac z piłą do wyrzynania. Kawałek dalej znajduje się sklep obuwniczy Venza [4], gdzie z bijącym sercem i tęsknym spojrzeniem przymierzaliśmy nowe buty… Teraz ponownie przechodzimy przez ulicę i zatrzymujemy się przed witryną księgarni Schultzów [5]. Stoczyliśmy tam niejedną walkę o podręczniki szkolne, ponieważ w ostatnich latach zdobycie materiałów dydaktycznych było dość trudne. Kto pierwszy przyszedł, ten pierwszy był obsługiwany, a ci, którzy wyszli z pustymi rękami, musieli cierpliwie czekać, aż pani Schultz – miła, starsza pani – otrzymała kolejną dostawę książek.
Tuż obok znajdował się sklep kolonialny Sydowa [6], gdzie my dziewczęta podczas wojny musiałyśmy spędzać popołudnia, przyklejając niewielką ilością kleju, a z dużą cierpliwością kartki żywnościowe do rozliczenia. Była to nasza służba w ramach pomocy wojennej, która początkowo jeszcze sprawiała nam przyjemność, ponieważ była to nowa rzecz. Obiecano nam nawet niewielkie wynagrodzenie w postaci słodyczy jako zachętę do działania. Teraz kontynuujmy nasz spacer wspomnień – mijamy młyn Giesego [7]. Następnie Friedrichstraße rozgałęziała się. W lewą stronę prowadziła w górę do zadbanych cmentarzy w kierunku Tuczna, mijając ogrodnictwo Scheinerta [8]. Naprzeciwko cmentarzy wzniesiono człopską leśniczówkę, ledwo widoczną za gęstymi drzewami, które po prostu należą do prawdziwej leśniczówki [9].
Na rogu znajdowała się mleczarnia [10], a naprzeciwko niej ciągnęły się wiejskie drogi do Załomu i Golina, które wielu naszych kolegów z klasy musiało pokonywać rowerem w każdą pogodę, aby dostać się do szkoły średniej [11] w Człopie. Ale teraz odwróćmy się i spójrzmy w prawo, w dół ulicy aż do kuźni Vandreya [12]. W tym kierunku musieliśmy iść, gdy chcieliśmy udać się na lekcję gry na fortepianie do panny Schmitz. Zawsze z szacunkiem spoglądaliśmy jednym okiem na dom naszego przyszłego wicedyrektora [szkoły], który potrafił być bardzo surowy. Do jego domu przylegał rozległy sad owocowy. Kiedyś miałam szczęście, że za niesprawiedliwe „zbesztanie” mogłam odebrać u niego torbę pełną najpiękniejszych jabłek. Za Vandreyem otwierała się przed nami szczególna część Człopy, którą wszyscy bez szacunku nazywali „Kozi Tyrol” [13]. Pochodzenie tej, niemal obraźliwej dla jego mieszkańców, nazwy nigdy nie zostało wyjaśnione. Po prostu się przyjęła, ale wręcz przeciwnie, mieszkało się tu wcale nie tak źle. Wiele brzóz rosło wzdłuż drogi prowadzącej do ładnych domów, które w większości były domami jednorodzinnymi, i przychodzi mi jeszcze na myśl „Brzozowa Aleja” na określenie tej okolicy [14]. Stąd już też nie było daleko do Góry Rycerskiej [15]. Już sama ta nazwa budziła w nas strach i przerażenie, i nawet w biały dzień nie szło się chętnie i bez dreszczy przez tę owianą legendami drogę z Człopy. Jednak jej mieszkańcy nie robili sobie wiele z krążącymi opowieściami o duchach, żyli tu spokojnie, nie przejmując się strasznymi bajkami. Jeśli chciało dostać się do Małego Stawu [16], najszybciej docierało się do celu przez tę górę, więc my mimo wszystko wybraliśmy tę tajemniczą drogę. W zamierzchłych czasach mogli tu grasować źli rycerze, bo tylko w ten sposób mogła pozostać ta nazwa.
Kiedy 1 września 1939 roku ogłoszono mobilizację, właśnie zazwyczaj tak odporni mieszkańcy tej góry twierdzili, że widzieli płonący miecz, który błyskał na niebie. Wielu opowiadało również o jeźdźcu bez głowy jako złowieszczym zjawisku na nocnym niebie. Cóż, nieszczęście rzeczywiście nadeszło kilka lat później, ukochana Człopo, kiedy rozpoczęła się wielka, niechciana ucieczka i musieliśmy cię haniebnie opuścić. Ale na razie chcemy nadal rozkoszować się gorzko-słodkimi wspomnieniami i, przechodząc przez urocze, stare, wybrukowane uliczki, powrócić do naszego spaceru wspomnień! Zaryzykujmy rzut oka na synagogę [17], która również u nas została poważnie zniszczona podczas niesławnej Nocy Kryształowej. Według statystyk Człopa była domem dla 230 Żydów. Jako dzieci często stawaliśmy na palcach, z ciekawością zaglądając przez wysokie okna [synagogi], aby zobaczyć, jak nasi żydowscy współmieszkańcy świętują ich szabat. Zaskoczeni i zdziwieni jednocześnie, zdaliśmy sobie sprawę, że mężczyźni nie zdejmowali swoich nakryć głowy. Jednak niewygodna obserwacja i obcy rytuał sprawiły, że wkrótce pomknęliśmy z powrotem do domu. Znacznie ciekawszym miejscem był następny narożnik, gdzie znajdowała się kawiarnia Kieslicha [18].
Kiedyś można było tu kupić wyjątkowo dobre ciastka. Kiedy wprowadzono kartki na żywność, trzeba było mieć dobre wyczucie, żeby zdobyć kilka kawałków tego specjału, który wypiekano już tylko w ograniczonych ilościach. Ale lody były prawie zawsze dostępne, a kiedy nasza nauczycielka niemieckiego miała urodziny, rozdzielała swoje „kartki na lody”, aby w ten sposób podziękować za liczne bukiety kwiatów. Wtedy w kawiarni Kieslicha robiło się tłoczno. Prawie naprzeciwko znajdowała się konkurencyjna piekarnia Jacobiego [19], która jednak bardziej specjalizowała się w dobrym pieczywie. I tak na zmianę sklepy w kolorowym szeregu: raz fryzjer z migającym szyldem, potem sklep tekstylny, które trzy spokojnie współistniały wokół rynku. Trójca Stiller-Steffen-Böthin!
Inny narożnik rynku zajmowała firma Bleskego [20]. Znajdowało się tu wiele rzeczy: sklep spożywczy i tytoniowy, sklep z alkoholem i delikatesami, a także restauracja. Wielu niezmordowanych graczy w skata uznało lokal Bleskego za swoją stałą siedzibę. Również chór kościelny lubił tu nawilżać gardła po udanych występach. W tej starej części miasta, charakteryzującej się regularnym układem z dużym rynkiem, niby oaza spokoju stał, zbudowany w 1826 roku w konstrukcji ryglowej, kościół ewangelicki, który w 1901 roku został poddany kilku renowacjom. Po drugiej stronie rynku, ukryty za wysokim murem, znajdował się stary kościół katolicki pokryty gontami, zbudowany już w 1660 roku i do naszych czasów objęty ochroną konserwatorską. Jeszcze w 1783 roku Człopa miała podobno 166 drewnianych domów pokrytych gontem. Jednak stara kaplica nie była już używana do odprawiania nabożeństw. Zbudowano nowy kościół, który został poświęcony tuż przed wybuchem II wojny światowej. Ta część miasta, która od 1920 roku rozwijała się między starym miastem a dworcem kolejowym, była, w przeciwieństwie do udokumentowanego starowendyjskiego [21] przedmieścia, nowszą częścią Człopy. Również tutaj w latach 1932/33 powstała nowa szkoła, która została zbudowana tak przestronną i z taką dalekowzrocznością, że pod jednym dachem zgromadzono dwie wyznaniowe szkoły podstawowe i szkołę średnią [22]. Wysoka wieża widokowa górowała nad Człopą niemal jak symbol. Ale najważniejszym elementem na wieży był zegar z jego widoczną z daleka tarczą. Oczywiście – kościół ewangelicki również posiadał zegar wieżowy. Jednak zegar szkolny był zdecydowanie większy i był – nowy!
Jego brązowane wskazówki i cyfry lśniły w słońcu, a patrzenie w górę sprawiało ogromną radość. Wspinając się na wieżę widokową szkoły, mijało się potężny mechanizm, który gwarantował dokładność tego zegara. Jednak pewnego dnia ten, wydawało się niestrudzony, czasomierz zatrzymał się i przez wiele tygodni jego wskazówki wskazywały wciąż jedną i tę samą godzinę, co zainspirowało dowcipnisia do umieszczenia informacji o tym w gazecie „Schlopper Tageblatt”.
Zaczynało się: „Biedny zegarze wieżowy, zatrzymałeś się, wskazujesz tylko dziesiątą godzinę…”, po czym następowało jeszcze dłuższe kazanie, które jednak szybko doprowadziło do tego, że zegar w końcu naprawiono.
Widok całego kompleksu szkolnego oświetlonego podczas uroczystych okazji był oszałamiający. W poszczególnych salach lekcyjnych ustawiono świece, których efekt z zewnątrz przypominał płonącą piramidę. Naprzeciwko szkoły, otoczony zadbanymi trawnikami, znajdował się nasz ratusz [23]. W siedemnastym wieku Człopa była nawet siedzibą komory celnej dla całej drogi od Wielenia aż do okolic Torunia. Nie tylko tak zwana Stara Droga Polska, prowadząca przez Tuczno do Kołobrzegu, przechodziła przez Człopę, ale także stara droga pocztowa Berlin–Królewiec, która miała tu swoje najważniejsze skrzyżowanie. Mieszkańcy Człopy mogli się nawet pochwalić własnym sądem obwodowym, starym budynkiem wzniesionym w stylu gotyckim [24]. Znajdował się on nieco powyżej miasta, na jednym z otaczających Człopę historycznych wałów [25]. Zbiegając stamtąd w dół zbocza w kierunku Mostu Przemytników [26], można było nabrać piasku do butów, co było z kolei całkiem wiarygodnym dowodem na wspominane w starych kronikach istnienie piaskowych wzgórz miasta. I właśnie ta piaszczysta gleba sprzyjała rosnącym wokół drzewom iglastym. Spacer po człopskich lasach był prawdziwą rozkoszą dla płuc. Nie bez powodu na naszym stemplu pocztowym widniało hasło: „Człopskie jeziora, wzgórza i lasy – najpiękniejsze miejsce na letni wypoczynek”. O przyjemny pobyt letników gruntownie zadbano. W domu Traugott Marten znajdował się „Hotel Deutsches Haus” („Hotel Niemiecki Dom”) [27]. Po przeciwnej stronie rynku znajdowała się gospoda Meyera [28], a pomiędzy nimi, na rogu „Pietruszkowego Zakątka” [29], była jeszcze jedna gospoda, której właścicielką była pani Frommhold [30]. Pomiędzy apteką z rozłożystym orłem na frontowej fasadzie [31], a czerwonym, [wzniesionym] z wypalanej cegły, budynkiem poczty, zapraszał do zatrzymania się Hotel Krüger [32], ponieważ nawet Friedrichstraße, główna arteria komunikacyjna, była w naszych czasach dość spokojna.
Nieważne, że od czasu do czasu mieszkańcy Załomu lub inni rolnicy z okolicy przywozili swoje towary na cotygodniowy targ i hałasowali na bruku [33]. Tak więc Człopa w swoich murach – choć miasteczko – miało wszystko, czego potrzebowali mieszkańcy do życia: fryzjerów i rzeźników, piekarzy i kupców, sklepy obuwnicze, meblowe, drogerie, a nawet aptekę. Kilku lekarzy i dentystów dbało o zdrowie i dobre zęby. Adwokaci i policja odpowiadali za prawo i porządek. Na Berlińskim Przedmieściu [34] ktoś wykonywał nawet rzadki zawód mistrza rybackiego. Fabryki zapewniały pracę, a tym samym chleb powszedni. Oprócz fabryki cegieł wapiennych, położonej nieco poza miastem [35], i fabryki konserw, położonej w centrum [36], istniały jeszcze zakłady przetwórstwa drewna. Tak więc 3000 mieszkańców było szczęśliwych w człopskich murach, dopóki nie zostali bezlitośnie wypędzeni!
J. Sch.
[1] Dziś ulica Stanisława Moniuszki.
[2] Dziś znajdowałaby się między blokami przy ulicy Stanisława Moniuszki 25 i 26.
[3] Dziś to pusta parcela przy ulicy Stanisława Moniuszki, naprzeciwko paczkomatu Inpost.
[4] Dziś to parcela pod łukiem jezdni przy ulicy Stanisława Moniuszki przed skrzyżowaniem z drogą do Tuczna.
[5] Dziś to chodnik między placem zabaw przy ulicy Stanisława Moniuszki i parkingiem przed blokiem z numerem 25.
[6] Dziś to chodnik i wjazd na podwórze kamienicy przy ulicy Stanisława Moniuszki 17.
[7] Dziś to posesja zakładu stolarskiego przy ulicy Stanisława Moniuszki 16.
[8] Dziś to teren posesji otoczonych dawnymi ogródkami działkowymi przy ulicy Adama Mickiewicza.
[9] Sens zdania jest dla mnie niejasny – ale raczej na pewno chodzi o budynek nadleśnictwa przy ulicy Adama Mickiewicza 9.
[10] Nie wiem, czy nie doszło do pomylenia branży lub dysponuję niepełnymi informacjami, jednak w okolicy skrzyżowania ulic Adama Mickiewicza i Wiejskiej nie wymienia się mleczarni (chyba że autorce chodziło o dawny browar); najbliższa znana mi mleczarnia znajdowała się na dzisiejszej ulicy Podgórnej.
[11] W ówczesnym niemieckim systemie edukacji szkolnej „Mittelschule” obejmowało zwykle klasy 5-10; klasy 1-4 to była „Volksschule”, w której nauka mogła odbywać się w szkołach usytuowanych we wioskach.
[12] Dziś to pusta parcela u stóp wzniesienia naprzeciw skrzyżowania ulic Bydgoskiej i Młyńskiej.
[13] „Die Zicke” to samica kozy, ale też potocznie pogardliwie o kobiecie („głupia koza”) – zobacz w Wikisłowniku: kliknij, aby przejść. W jednym ze wspomnień z innej miejscowości opublikowanym w DKuSHB, również padło określenie „Zickentirol”, którego pochodzenie tłumaczono jako pochodzące od faktu posiadania przez mieszkańców kóz z pomocy rządowej po pierwszej wojnie światowej.
[14] I właśnie tak („Birken-Allee”) nazwana jest na planie Człopy B. Seide dzisiejsza ulica Polna – i to chyba właśnie o niej wspomina autorka.
[15] Jedno z wzniesień w północnej części miasta; w tym miejscu odsyłam do wpisu Lokalne nazwy miejsc w Człopie i najbliższej okolicy – kliknij, aby przejść.
[16] Jezioro Miejskie.
[17] Stała na nieistniejącym dziś przedłużeniu ulicy Targowej – jej części z paczkomatem Inpost – bliżej ulicy Mikołaja Kopernika.
[18] Mieściła się w budynku, który stał w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Targowej i Krótkiej, na tyłach marketu Dino.
[19] Mieściła się w budynku, który stał na terenie dzisiejszej posesji Rynkowa 4.
[20] Dziś to chodnik przy ulicy Stanisława Moniuszki, między marketem Dino a dawną restauracją „Dzierżykraj”.
[21] Wendowie – niemieckie określenie Słowian. Tereny na południowym brzegu Cieszynki, nazywane jako Berliner Vorstadt (Berlińskie Przedmieście; ulice Stefana Żeromskiego i Młyńska) w materiałach niemieckich określane są jako dawna osada słowiańska.
[22] Zobacz przypis numer 11.
[23] Dziś budynki z adresem Plac Zwycięstwa 2-4.
[24] Dziś siedziba Urzędu Miasta i Gminy Człopa, ulica Strzelecka 2.
[25] Nie bardzo wiem, co na myśli miała autorka wspomnień – to raczej są naturalne wzniesienia, zbocza doliny Cieszynki, a nie wały usypane dla ochrony miasta leżącego w dolinie.
[26] Kładka nad Cieszynką na zachód od mostu drogowego, na przedłużeniu ulicy Słonecznej.
[27] Dziś parcela przy skrzyżowaniu ulic Stanisława Moniuszki i Rynkowej – między pawilonem handlowym a zatoką autobusową.
[28] Dziś w tym miejscu jest narożnik dawnej restauracji „Dzierżykraj” przy ulicy Targowej, koło marketu Dino.
[29] Dziś róg dzisiejszych ulic Rynkowej i Mikołaja Kopernika
[30] Dziś to dom na rogu ulic Rynkowej i Targowej z adresem Targowa 5.
[31] Dziś znajdowałaby się między blokami przy ulicy Stanisława Moniuszki 26 i 27.
[32] Dziś znajdowałby się na szczycie bloku przy ulicy Stanisława Moniuszki 26.
[33] Przed wojną targi zwykle odbywały się na placu wokół świątyni ewangelickiej (czyli dziś jest to kontynuowane).
[34] Dziś to ulica Młyńska – jej część wzdłuż Cieszynki, od skrzyżowania z ulicą Stanisława Moniuszki; zobacz przypis 21.
[35] Dziś to teren posesji przy ulicy Kolejowej 23-25.
[36] Dziś to teren posesji przy ulicy Wincentego Witosa 4a.
Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację
Przejdź na profil strony na Facebooku
