Zestawmy relacje Niemców, którzy dawniej mieszkali w Człopie, pojawiające się na łamach wydawanych przez nich książek i periodyków. Od razu należy zastrzec, że ich ton może być różny, zależny od czasu i miejsca powstania oraz od postawy autora. Warto na czas lektury uzbroić się w plan miasta autorstwa Bernharda Seide, co ułatwi zorientowanie się w terenie. Każdorazowo zamieszczam najpierw oryginalny tekst, a potem jego tłumaczenie (oby zawsze było wierne…), które ozdabiam swoimi wyjaśnieniami pod postacią wtrętów w nawiasie kwadratowym lub przypisów. Nie jestem wszechwiedzący i nieomylny, dlatego z radością powitam przychodzące od Was wszelkie sprostowania moich wynurzeń.
Spis relacji
List Wolfganga Matza (1946 rok)
Relacja z „Heimatbrief der evangelischen Parochie Schloppe” (1947 rok)
Z listu z 1959 roku (1959 rok)
Wiadomości o mieście zebrane z listów (1964 rok)
Podróż do Człopy w lipcu 1970 roku (1970 rok)
Relacja z wizyty w Człopie w Wielką Sobotę 1971 roku (1971 rok)
List Wolfganga Matza
„Deutsch Kroner Heimatbrief”, numer 4/2008, strony 6-7. List Wolfganga Matza (do 1945 roku mieszkał w Człopie przy ulicy Hochstrasse 2 / obecnie ulica W. Reymonta) napisany do, przebywającego w niewoli, ojca, Karla Friedricha Matza; przesłany do redakcji DKHB przez Marion Matz, siostrę Wolfganga.
Dikjen-Deel, 8. 11. 1946
Lieber Papa, wir haben Deinen Brief erhalten. Nun will ich Dir mal unsere Zeit von Alt-Kentzlin [1] an schildern.
Der Russe kam am 30. April 1945 vormittags in Alt-Kentzlin rein. Erst kam eine Kutsche mit einem Offizier und vier Mann ins Dorf gefahren, dann kamen Panzer und 2 KW vorgefahren. Dann ging der Offizier mit den vier Männern durch jedes Haus, und sie sahen nach, ob sich irgendwo Soldaten versteckt hatten. Den Rucksack und die Säcke schnitten sie auf und zerstreuten den Inhalt auf dem Fußboden, aber weggenommen haben sie nichts, wir packten alles wieder zusammen.
Jetzt mussten wir alle aus den Häusern und zum Gutshof. Dann kamen wir in einen großen Schafstall, und in der Nacht wollten sie den Schafstall anstecken. Als es dunkel wurde, sind wir dann alle rausgelaufen in den Wald, das Gepäck haben wir liegen lassen. Um 12 Uhr nachts haben sie uns wieder zurückgeholt. Unser Holzkoffer, in dem wir unsere Lebensmittel hatten, war weg. Deine Anzüge, die im Sack lagen, haben sie auch mitgenommen. Mammas Ring, der in der Handtasche war, wurde weggenommen. Ebenfalls meine Sachen und Mammas Kleider waren verschwunden, nur den Silberfuchs haben sie uns gelassen. Dann hat der Russe gesagt, dass alle, die nicht von hier sind, zurück in die Heimat sollen. Wir sind mit den Sacks aus Salm mit den Pferden und Wagen zurück. Die paar Sachen, die wir noch hatten, packten wir auf den Wagen und gingen zu Fuß nebenher. Brot hatten wir ja nicht mehr. Unterwegs machten wir die Mieten auf und holten uns Kartoffeln. Übernachtet haben wir immer auf freier Straße oder im Wald.
In Schwedt an der Oder waren die Brücken gesprengt, und mit der Fähre kamen nur Russen und Polen rüber. Dann fuhren wir bis Graz, da durften wir nur nachts von 24 bis 1 Uhr hinüber. Hier nahmen uns die Russen noch ein Pferd weg. Die letzte Nacht verbrachten wir bei Fürstenau [2] im Wald.
Wir waren vom 2. bis 14. Mai unterwegs. Am 14. Mai kamen wir in Schloppe an. Hohnhorsts [3] Haus ist abgebrannt. Wir zogen in die Wohnung von Lorenz Schmid ins Eckzimmer. Möbel waren nicht mehr da. Einen Küchenschrank holten wir uns von Linke aus der Fabrik [4]. Bettstellen waren in der Schule. Geschirr suchten wir auch zusammen.
Mamma hat beim polnischen Studienrat gearbeitet. Von morgens 6 Uhr bis abends 7 Uhr, mittags kam sie nicht nach Hause. Wir haben jeden Tag trockenes Brot und Pellkartoffeln gegessen. Ich habe auch jeden Tag gearbeitet. Zum Schluss habe ich in Linkes Fabrik Weinkisten gebaut.
In Schloppe ist fast alles zerstört. In der Friedrichstraße stehen noch folgende Häuser: Feistner, Maroscheck, Lüdke, Bücherei [6], Müller, Beyer. Großvaters Haus ist ausgebrannt, die Wände stehen noch, der Stall, Schuppen und Waschküchen stehen auch noch. Die Häuser von Fleischer König, Utke und Franks Haus sind ziemlich eingeschossen. In der Birkenallee ist jedes Haus zur Hälfte zerschossen. In der Berliner Vorstadt stehen noch: Liepert, Schönknecht, Wiese und Thrams. Witts Mühle steht auch noch, aber das Wohnhaus ist abgebrannt. Das Schützenhaus [7] ist abgebrannt, ebenfalls die Luftwaffenbaracken auf dem Schützenplatz und im Wald [8] und die Schießhalle [9].
Weiter sind abgebrannt: Das Bahnhofsgebäude, Sägewerk Fröhlich mit Wohnhaus, Wohnhaus von Loechel, die Kalksandsteinfabrik. In der Woldenberger Chaussee: Das 12-Familienhaus, das Haus von Maler Jensch, Kant, Matthias, Rump und Lorfing, das Sägewerk von Lenz. In unserer Siedlung [10] sind abgebrannt: Hohnhorst, Weiland, Koplin, Ziebarth, Schütz, Mittelstedt, Rusch, Dumke und Schauer. In der Bahnhofstraße stehen nicht mehr: Jacobs Wohnhaus, Geimecke, Theobald Neumann, Böthin, Behnke, Krenz, Klezin.
Die Schule ist einmal getroffen worden. Die Wohnung vom Rektor ist ausgebrannt. Die alte Holzkirche [11] ist abgebrannt. Die Kirche auf dem Markt hat drei Volltreffer abbekommen. Am Markt stehen noch die Häuser von: Meyer, die Herberge Hartwig, Lange und Hohnhaus. Die Wilhelmstraße ist ganz abgebrannt, in der Mittelstraße steht noch Koplins Haus. Ebenfalls gibt es noch die alte Schule [12] und die Oberförsterei.
Der Russenfriedhof ist im Kriegerhain [13]. In Schloppe sind 140 Russen, davon 40 Offiziere, gefallen, die im Kriegerhain liegen, im Walde sind auch noch vereinzelte Gräber. 15 Deutsche sind gefallen und liegen alle vereinzelt begraben [14].
Die deutschen Siedlungen waren vom großen Teich bis zum Krebssee, die russischen Siedlungen von Fröhlich, Platz durch den Wald bis Ramm und weiter bis zum Schuttberg [15].
Wir waren bis zum 2. Juni 1946 in Schloppe. Wir mussten bis morgens acht Uhr auf dem Markt sein, dann mussten wir zu Fuß bis Deutsch Krone gehen. Da kamen wir ins Lager. Am nächsten Morgen, Montag, 3. Juni, kamen wir am Bahnhof in die Waggons und fuhren die Nacht durch bis zum nächsten Vormittag, den 4. Juni, bis Stettin-Frauendorf. Dort kamen wir bis zum 5. Juni ins Lager.
Am Freitag, 6. Juni, kamen wir auf das Schiff „Iser“ und fuhren mittags ab und kamen am anderen Tag in Travemünde (Lübeck) an. Dort wurden wir ausgeladen und fuhren mit Autos ins Durchgangslager Pöppendorf, dort blieben wir die Nacht bis zum 9. Juni. Dann wurden wir mit Autos zur Bahn gefahren und fuhren nach Westerland/Dikjen-Deel, Ankunft am Montag, 10. Juni 1946.
Nun will ich schließen.
Es grüßen Wolfgang, Werner, Mama, Klaus, Dietrich und Vera. Auf Wiedersehen!
Dikjen-Deel, 8. 11. 1946 r.
Drogi Tato, otrzymaliśmy Twój list. Teraz chcę opowiedzieć o naszych czasach od Alt-Kentzlin [1].
Rosjanie wkroczyli do Alt-Kentzlin przed południem 30 kwietnia 1945 roku. Najpierw do wsi wjechała bryczka z oficerem i czterema mężczyznami, potem podjechały czołg i 2 ciężarówki. Następnie oficer z tymi czterema mężczyznami wszedł do każdego domu i sprawdzali, czy nie ukrywają się w nich żołnierze. Rozcięli plecak i worki, rozrzucili zawartość na podłodze, ale nic nie zabrali, wszystko spakowaliśmy na nowo.
Teraz wszyscy musieliśmy opuścić domy i udać się do dworu. Potem weszliśmy do dużej owczarni, a w nocy chcieli ją podpalić. Kiedy zrobiło się ciemno, wszyscy wybiegliśmy do lasu, zostawiając w niej swoje bagaże. O 12.00 w nocy zebrali nas z powrotem. Nasza drewniana walizka, w której mieliśmy jedzenie, zniknęła. Zabrali też twoje garnitury, które były w worku. Zabrano pierścionek mamy, który znajdował się w jej torebce. Nie było też moich rzeczy i ubrań mamy, zostawili nam tylko [futro ze] srebrnego lisa. Wtedy Rosjanin powiedział, że wszyscy, którzy nie są stąd, powinni wrócić do domu. Wróciliśmy z Sacksami z Załomu z końmi i wozem. Spakowaliśmy na wóz kilka rzeczy, które jeszcze mieliśmy, i szliśmy obok niego. Nie mieliśmy już chleba. Po drodze wydobywaliśmy zakopcowane ziemniaki. Zawsze nocowaliśmy na otwartej drodze lub w lesie.
W Schwedt nad Odrą mosty zostały wysadzone, a tylko Rosjanie i Polacy mogli przeprawiać się promem. Następnie pojechaliśmy do Grazu [raczej chodzi o Gartz (Oder)], przez który mogliśmy przejechać tylko w nocy, od północy do pierwszej w nocy. Tutaj Rosjanie zabrali nam kolejnego konia. Ostatnią noc spędziliśmy w lesie w pobliżu Fürstenau [2].
Byliśmy w drodze od 2 do 14 maja. 14 maja dotarliśmy do Schloppe [dalej w tym tekście i następnych: Człopa]. Dom Hohnhorstsów spłonął [przy Hochstrasse / obecnie ul. W. Reymonta] [3]. Wprowadziliśmy się do mieszkania Lorenza Schmida, do narożnego pokoju [4]. Nie było już żadnych mebli. W fabryce dostaliśmy od Linkego szafkę kuchenną [5]. Łóżka były w szkole. Szukaliśmy też naczyń.
Mama pracowała u polskiego nauczyciela. Pracowała od 6.00 do 19.00 i nie wracała do domu w południe. Codziennie jedliśmy suchy chleb i ziemniaki w mundurkach. Ja również codziennie pracowałem. Na koniec [zapewne pobytu w Człopie] w fabryce Linkego zbijałem skrzynki na wino.
Prawie wszystko w Człopie zostało zniszczone. Przy Friedrichstraße [obecnie ulica S. Moniuszki] zachowały się domy następujących osób: Feistner, Maroscheck, Lüdke, Bücherei [6], Müller, Beyer. Dom dziadka spłonął, jeszcze stoją mury, stoją też stajnia, szopa i pralnia. Domy rzeźnika Königa, Utkego i dom Franka są dość mocno postrzelane. Na Birkenallee [obecnie ulica Polna] każdy dom jest w połowie postrzelany. Na Berliner Vorstadt [obecnie ulica Młyńska] nadal stoją [domy] Lieperta, Schönknechta, Wiesego i Thramsa. Młyn Witta też jeszcze stoi, ale budynek mieszkalny spłonął. Dom strzelecki [7] został spalony, podobnie jak koszary Luftwaffe na strzelnicy i w lesie [8] oraz „hala” strzelecka [9].
Inne budynki, które spłonęły to: budynek dworca kolejowego, tartak i dom mieszkalny Fröhlicha, dom Loechelów oraz cegielnia piaskowo-wapienna. Przy Woldenberger Chaussee [obecnie ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego]: 12-rodzinny dom, dom malarza Jenscha, [domy] Kanta, Matthiasa, Rumpa i Lorfinga, tartak Lenza. Na naszym osiedlu [10] spłonęły [domy]: Hohnhorsta, Weilanda, Koplina, Ziebartha, Schütza, Mittelstedta, Ruscha, Dumkego i Schauera. Przy Bahnhofstraße [obecnie ulica W. Witosa] nie stoją już: dom Jacobsa, Geimeckego, Theobalda Neumanna, Böthina, Behnkego, Krenza, Klezina.
Szkoła została raz trafiona. Spłonęło mieszkanie dyrektora szkoły. Stary kościół drewniany [11] spłonął. Kościół [ewangelicki] na rynku został trafiony trzykrotnie. Przy rynku stoją jeszcze domy: Meyera, schronisko Hartwiga, Langego i Hohnhausa. Wilhelmstraße [obecnie ulica M. Kopernika] spłonęła doszczętnie, przy Mittelstraße [obecnie ulica Targowa] nadal stoi dom Koplina. Zachowały się stara szkoła [12] i nadleśnictwo.
Cmentarz rosyjski znajduje się w „parku wojennym” [13]. W Człopie poległo 140 Rosjan, w tym 40 oficerów, którzy zostali pochowani w „parku wojennym”, w lesie znajduje się jeszcze kilka grobów. Poległo 15 Niemców i wszyscy są pochowani w odosobnionych miejscach [14].
Osady niemieckie znajdowały się od Wielkiego Stawu [jezioro Młyńskie] do jeziora Krebssee [Trzebińskie], a osady rosyjskie od Fröhlicha, Platza przez las do Ramma i dalej do Schuttberga [15].
W Człopie przebywaliśmy do 2 czerwca 1946 roku. Musieliśmy stawić się do ósmej rano na rynku, a potem poszliśmy do Wałcza. Tam trafiliśmy do obozu. Następnego ranka, w poniedziałek 3 czerwca, poszliśmy na stację kolejową [gdzie wsiedliśmy] do wagonów i jechaliśmy przez całą noc, aż do następnego przedpołudnia, 4 czerwca, do Stettin-Frauendorf [Szczecin Golęcino]. Tam do 5 czerwca przebywaliśmy w obozie.
W piątek, 6 czerwca, wsiedliśmy na statek „Iser” i wypłynęliśmy w południe, docierając następnego dnia do Travemünde (Lubeka). Tam wyładowano nas i samochodami przewieziono do obozu przejściowego Pöppendorf, gdzie pozostaliśmy do 9 czerwca. Następnie samochodem przewieziono nas na stację kolejową i pojechaliśmy do Westerland/Dikjen-Deel, gdzie dotarliśmy w poniedziałek 10 czerwca 1946 roku.
A teraz kończę.
Pozdrowienia od Wolfganga, Wernera, Mamy, Klausa, Dietricha i Very. Do zobaczenia!
[1] Około 17 kilometrów na południe od Demmin w Meklemburgii-Pomorze Przednie; przypomnijmy, że powiat Demmin był wskazany jako docelowy rejon ewakuacji mieszkańców powiatu wałeckiego.
[2] Zapewne chodzi o ostatni nocleg przed przybyciem do Człopy, więc może tu być mowa o Barnimiu w gminie Drawno; około 23 kilometrów w linii prostej na północny zachód od Człopy.
[3] Wedle planu B. Seide nazwisko brzmiało „Hohenhorst” – w dalszej części tekstu odstępstw od nazwisk umieszczonych na planie już nie zaznaczano, gdyż zwykle różniły się nieznacznie.
[4] Czy chodzi o Schmidta zamieszkałego przy ulicy Fernsicht / obecnie ulica Warszawska?
[5] Mowa o fabryce mebli Franza Linkego; teren Stolbudu / EcoWood / Iliko.
[6] Tu można się zastanawiać czy chodzi o nazwisko czy o bibliotekę (jako instytucję)? Na planie B. Seide nie ma takiego nazwiska.
[7] Nie mylmy tego obiektu z domkiem na strzelnicy (domkiem myśliwskim). Dom strzelecki mieścił się na rogu obecnych ulic Strzeleckiej i Paderewskiego, dziś mniej więcej w tym miejscu stoi remiza Ochotniczej Straży Pożarnej w Człopie.
[8] To ciekawostka – czy były to „baraki” jakiegoś obozu szkoleniowego czy miejsce rekonwalescencji personelu lotniczego? Bo w regularne lotnisko lub jednostkę obrony przeciwlotniczej w Człopie trudno mi uwierzyć. Sprawa do wyjaśnienia. Nieco światła może rzucić na tę zagadkę anons z gazety „Wiener Kurier” („Kurier Wiedeński”) z 23 października 1945 roku (zbiory cyfrowe Österreichische Nationalbibliothek; dostęp 14 czerwca 2023 roku): Marianne Kobald poszukiwała wiadomości o swoim mężu Heinrichu, którego znanym jej ostatnim miejscem stacjonowania była Człopa, gdzie służył w „Arbeitskommando d[er] Nachschub-Komp[anie] d[er] Luftwaffe 2/XIII”, czyli w oddziale roboczym kompanii zaopatrzenia Luftwaffe.
[9] Obstawiam, że mowa tu o niemieckim domku na strzelnicy (domku myśliwskim). Rzeczownik „Schießhalle” obecnie odnosi się raczej do krytych strzelnic o sporej długości, jednak na widokówkach z XIX/XX wieku tak samo określane są niewielkie budynki znajdujące się przy odkrytych strzelnicach – być może chodzi tu o kryte stanowiska strzeleckie lub schronienie przy strzelnicy, okazjonalnie mogące służyć do strzelań na krótkie dystanse i spotkania związkowe; zapewne podobne do funkcjonującego na dawnej człopskiej strzelnicy obiektu zawiadywanego przez myśliwych z koła łowieckiego „Żuraw” (a który może powstał na fundamentach poniemieckiej „hali”).
[10] Kwartały między ulicami Warszawską a Sobieskiego i wzdłuż ulicy Południowej.
[11] Kościół pw. św. Wojciecha, który stał mniej więcej w miejscu dużego bloku przy ulicy Moniuszki, naprzeciw obecnego targowiska.
[12] Dawna szkoła ewangelicka, budynek obecnie przy ulicy A. Mickiewicza; tak zwana czerwona kamienica przy cmentarzu.
[13] Zapewne chodzi o skwer na zboczu wzniesienia przy ulicy Strzeleckiej, naprzeciwko kościoła; do 1945 roku stał tam pomnik ku czci poległych – Kriegerdenkmal.
[14] Zapewne chodzi o pochówki w pojedynczych mogiłach rozrzuconych po mieście i okolicy.
[15] Akapit dla mnie niezrozumiały – czy chodzi tu o rozróżnienie, które z pojedynczych gospodarstw (posesji) wokół Człopy po powrocie nadal zamieszkiwali Niemcy, a które były zajęte przez czerwonoarmistów? Co do „osad rosyjskich”, to bez przyporządkowania podanych nazwisk do konkretnych gospodarstw (posesji) trudno określić, o jaką część okolic Człopy chodziło autorowi. Obraz dodatkowo zaciemnia fakt użycia rzeczownika „Siedlung”, który może oznaczać: osiedle, osadę, kolonię, niewielką grupę domów.
Relacja z „Heimatbrief der evangelischen Parochie Schloppe”
Relacja panny Brandt, pani Schaler i pana Eltera opublikowana w czasopiśmie byłej parafii ewangelickiej w Człopie „Heimatbrief der evangelischen Parochie Schloppe“ na Wielkanoc 1947 roku; przytoczona w pracy Maxa Kroeniga i Hansgeorga Kroeninga „Die Stadt Schloppe, ihre näherer Umgebung und deren Bewohner“, b.m.w. 1984 (1994), strony 105-106. Wśród pasjonatów historii Człopy krążył już przekład tej relacji na język polski, jednak poniższe tłumaczenie zostało dokonane całkowicie na nowo.
Das Tützer Chausseehaus [1] ist ausgebrannt. Von der Gärtnerei Scheinert ist nur die Wellblechgarage erhalten geblieben. Die Siedlung an der Tützer Chaussee ist vernichtet. An der Karlstr[asse] stehen außer dem Pfarrhaus nur die Häuser von Becker, Kumm und Kaeding und das kleine Häuschen auf dem Schreiberschen Grundstück.
Die innere Altstadt ist ein Schutt- und Trümmerhaufen. Es blieben erhalten die Fleischereien von König und Lüdke, die Grundstücke Manns und Feistner, die Häuser von der alten Kath[olische] Schule [2] bis zu Schöpper, die zum Teil beschädigte neue Schule und die Häuser bis zur Bäckerei Bettig. Bei Photo-Behnke ist das Stallgebäude und bei Jakobs die Tischlerei erhalten geblieben, ebenso das Haus von Frase und die Kröningstraβe.
Der Bahnhof ist zerstört.
Das Rathaus und die Kreissparkasse sind erhalten geblieben, dort regieren polnische Milizen. Das Milchgeschäft Blaesing wurde polnische Kommandantur [3].
In der Werkstatt von Neumann wurde gearbeitet.
Die Probstei wird vom polnischen Geistlichen bewohnt.
Die beiden Schützenhäuser [4] sind zerstört, und das Amtsgericht [5] ist stark beschädigt.
Die kath[olische] Kirche blieb unversehrt.
Vom Kriegerdenkmal wurden die deutschen Namen entfernt.
Die Häuser von Ranft und Haase stehen, ebenso einige Häuser in der Gartenstr[asse].
Auf der Wilhelmstr[asse] (Hinterstr[asse]) blieben die Gebäude von Hohenhaus und Lange, auf dem Markt das Nachbarhaus von Stiller, Hartwig, Radke und die Herberge [6] erhalten.
Auf dem Ritterberg stehen Weiguny, Hartwig und das alte Krankenhaus.
Die Sägewerke Lenz und Fröhlich sind in Betrieb.
Die Friedrichstraβe ist freigeräumt und in den Nebenstraβen weideten die Kühe, so hoch stand dort das Gras.
Auch unser Friedhof hat gelitten. Bäume und Grabsteine waren umgeworfen, das Erbbegräbnis von Grams erbrochen und die Urnen zerschlagen. Vom Leichenwagen waren die Räder entfernt.
Die Stadt brannte nach Augenzeugenberichten drei Tage und Nächte. Nach Zeugenberichten haben polnische Zivilarbeiter [7] den Brand gelegt.
Unser ev[angelisches] Gotteshaus wurde zum Teil beschädigt, die Orgel zerstört und die Orgelpfeifen von Kindern verschleppt. Bibel, Gesang- und Choralbücher lagen auf dem Marktplatz. Rechts im Kirchengarten neben dem Eingang liegen zwei Soldatengräber. Das Altarbild ist mehrfach durchlöchert und die Kronleuchter sind zerschlagen. Aus dem Turm wurden zwei Glocken entfernt und in die kath[olische] Kirche gebracht.
Bald nach den Kampfhandlungen begann die Stadt sich wieder zu bevölkern. Eine Reihe von Rückwanderern lieβ die Zahl auf ungefähr 600 anwachsen.
Herr Buntebarth wurde von der russ[ische] Besatzungstruppe als Bürgermeister eingesetzt und jeder Deutsche zur Pflichtarbeit gezwungen, die von den Herren Raske und Klump eingeteilt werden mußte.
Frau Schönknecht leistete Geburtshilfe und Fr[äu]l[ein] Brandt half in Krankheitsfällen, übernahm Beerdigungen und hielt am Totensonntag 1945 [8] auf dem Friedhof heimlich eine kurze Andacht. Ostern 1946 hatte sie dafür die Genehmigung des polnischen Stadtrates und des polnischen kath[olischen] Geistlichen. Auch die Glocken konnten hin und wieder zum letzten Gang geläutet werden. Ein Ackerwagen brachte den aus rohen Brettern zusammengenagelten Sarg zum Friedhof. Lied und Gebet waren der letzte Gruβ an den Heimgegangenen. Das Leben unter der polnischen Regierung war sehr schwer. Pflichtarbeit muβte auch an Feiertagen geleistet werden.
In den Bäckereien von Feistner, Bettig und Müller wurde gearbeitet.
In der Fleischerei König, bei Hauβ und bei Bölter waren Lebensmittelgeschäfte.
In der Nacht zum zweiten Juni 1946 muβten die Deutschen in 10 Minuten die Häuser räumen und wurden in flottem Fuβmarsch nach D[eu]t[sch] Krone getrieben, von wo sie in Sammeltransporten nach Westdeutschland gebracht wurden. Nur wenige sind zurückgehalten worden und führen dort ein jammervolles Leben.
In Schloppe die Frau von Maler Meyer und die Kinder der Frau Luise Meyer, in Krumpohl die alten Langes aus Schloppe, der alte Fritz Voigt, seine Schwiegertochter nebst drei Kindern, Frau Fischer, Frau Fleischer, Fuhrmann Vötzke mit Frau, in Birkholz Frau Hallmann mit Sohn.
Das Land liegt zum groβen Teil brach und versteppt.
Das Schwinningsche Gut in Prellwitz wird teilweise bearbeitet.
Gramsthal und Friedrichsmühl sind unbewirtschaftet.
Das Gut Annaberg steht mit Wohnhaus, Leutehäusern und Viehställen. In Salm ist das Oberdorf von der Schule ab zerstört. Trebbin ist zu 80 % ein Trümmerhaufen.
Dom dróżnika szosowego przy szosie do Tuczna spłonął [1]. Z ogrodnictwa Scheinerta pozostał tylko garaż z blachy falistej. Osiedle przy drodze wylotowej do Tuczna jest zniszczone. Przy Karlstrasse [obecnie ulica A. Mickiewicza], oprócz probostwa [ewangelickiego], zachowały się tylko domy Beckera, Kumma i Kaedinga oraz domek na posesji Schreibera.
Ścisłe centrum starego miasta to kupa gruzów. Pozostały sklepy mięsne Königa i Lüdkego, posesje Mannsa i Feistnera, domy od starej szkoły katolickiej [2] do Schöppera, częściowo zniszczona nowa szkoła i domy aż do piekarni Bettiga. Zachował się budynek stajni przy Photo-Behnke i stolarnia u Jakobsów, a także dom Frasego i [te na] Kröningstraβe [obecnie ulica T. Kościuszki].
Dworzec kolejowy jest zniszczony.
Zachował się ratusz i Powiatowa Kasa Oszczędnościowa, tu urzęduje polska milicja. Sklep z nabiałem Blaesinga stał się siedzibą polskiej komendantury [3].
W warsztacie Neumanna prowadzona jest działalność.
W probostwie [katolickim] mieszkają polscy duchowni.
Zniszczone zostały oba domy strzeleckie [4], a sąd obwodowy [5] został poważnie uszkodzony.
Kościół katolicki pozostał nienaruszony.
Z pomnika ku czci poległych usunięto niemieckie nazwiska.
Zachowały się domy Ranfta i Haasego, a także kilka domów przy Gartenstrasse [obecnie ulica S. Żeromskiego].
Przy Wilhelmstrasse (Hinterstrasse) [obecnie ulica M. Kopernika] pozostały budynki Hohenhausa i Langego, przy rynku sąsiadujące domy Stillera, Hartwiga, Radkego i schronisko [6].
Przy Ritterberg [obecnie ulica Podgórna] stoją Weiguny, Hartwig i stary szpital.
Działają tartaki Lenza i Fröhlicha.
Friedrichstrasse [obecnie ulica S. Moniuszki] odgruzowano, a w bocznych ulicach pasły się krowy, tak wysoka rosła tam trawa.
Ucierpiał również nasz cmentarz. Drzewa i nagrobki zostały poprzewracane, grobowiec rodziny Grams naruszono, a urny porozbijano. Z karawanu zdjęto koła.
Według naocznych świadków miasto płonęło przez trzy dni i noce. Wedle relacji świadków ogień podłożyli polscy robotnicy cywilni [7].
Nasz ewangelicki Dom Boży został częściowo uszkodzony, organy zniszczone, a piszczałki organowe rozwłóczone przez dzieci. Na rynku leżały [porozrzucane tomy] Biblii, śpiewników i choralników. Po prawej stronie przykościelnego ogrodu, obok wejścia, znajdują się dwie mogiły żołnierskie. Obraz na ołtarzu jest wielokrotnie podziurawiony, a żyrandole zostały rozbite. Z wieży zostały zdjęte dwa dzwony i zabrane do kościoła katolickiego.
Wkrótce po zakończeniu walk miasto zaczęło się ponownie zaludniać. Po powrocie uciekinierów liczba [mieszkańców] wzrosła do około 600 osób.
Pan Buntebarth został mianowany przez rosyjskie siły okupacyjne burmistrzem, a każdy Niemiec był zmuszony do wykonywania obowiązkowych prac, rozdzielanych przez panów Raskego i Klumpa.
Pani Schönknecht asystowała przy porodach, a panna Brandt pomagała w przypadku choroby, zajmowała się pogrzebami i potajemnie odprawiła krótkie nabożeństwo na cmentarzu w Niedzielę Zmarłych w 1945 roku [8]. Na Wielkanoc 1946 roku miała na to pozwolenie polskiej rady miejskiej i polskiego duchownego katolickiego. Można też było niekiedy bić w dzwony podczas ostatniej drogi [zmarłego]. Trumnę, zbitą z surowych desek, na cmentarz wiózł wóz gospodarski. Pieśń i modlitwa były ostatnim pozdrowieniem dla zmarłego. Życie pod polskimi rządami było bardzo ciężkie. Prace obowiązkowe trzeba było wykonywać nawet w święta.
Działały piekarnie Feistnera, Bettiga i Müllera.
Sklepy spożywcze znajdowały się u rzeźnika Königa, u Hauβa i u Böltera.
W nocy na 2 czerwca 1946 roku Niemcy musieli w ciągu 10 minut opuścić swoje domy i zostali popędzeni pieszo do Wałcza, skąd w zbiorowych transportach wywieziono ich do Niemiec Zachodnich. Tylko nieliczni zostali zatrzymani i wiodą tam nędzne życie.
W Człopie: żona malarza Meyera i dzieci pani Luise Meyer, w Krąpielu: starzy Langesowie z Człopy, stary Fritz Voigt, jego synowa wraz z trójką dzieci, pani Fischer, pani Fleischer, wozak Vötzke z żoną, w Brzeźniaku pani Hallmann z synem.
Większość gruntów leży odłogiem i stepowieje.
Majątek Schwinninga w Przelewicach częściowo jest obrabiany.
[Majątki] Czaplice i Zalesie są nieuprawiane.
W majątku Podgórze stoją: [główny] budynek mieszkalny, domy mieszkalne dla robotników oraz obory dla bydła.
W Załomie część wioski powyżej szkoły jest zniszczona. Trzebin jest zrujnowany w 80 procentach.
[1] Znajdował się przy skrzyżowaniu szosy Człopa – Tuczno z drogą prowadzącą bezpośrednio do Golina; w pewnym okresie czasu budynek funkcjonował jako leśniczówka.
[2] Dla wielu mieszkańców Człopy w wieku od 35 lat wzwyż to już „stare przedszkole” przy kościele.
[3] Mowa o kompleksie budynków naprzeciwko budynku szkoły.
[4] We wspomnianym (w tekście wprowadzającym do tej relacji) tłumaczeniu rzeczownik „Schützenhäuser” został przetłumaczony jako „domy starców”; jednak w tym przypadku litera „ü” (zamiast „u”) powoduje, że należy go tłumaczyć jako „domy strzeleckie” – czyli zapewne chodzi o ten na rogu ulic Strzeleckiej i Paderewskiego i domek na strzelnicy.
[5] Rzeczownik „Amtsgericht” jest moją zmorą, bo nie wiem jak go jednoznacznie tłumaczyć – obstawiam „sąd obwodowy”, ale w słownikach jest też „sąd rejonowy”, „sąd grodzki” czy „sąd okręgowy”; na poparcie mojej wersji napomknę, iż na stronie 113 pracy Alfreda Wielopolskiego Ustrój polityczny Pomorza Zachodniego w XIX wieku, Poznań 1965, „Amtsgerichten” są przetłumaczone jako „sądy obwodowe”.
[6] Zobacz pierwszą relację w tym wpisie: „List Wolfganga Matza”, gdzie jako właściciela schroniska (zajazdu) wskazano Hartwiga.
[7] Zapewne „polnische Zivilarbeiter” to tak naprawdę polscy robotnicy przymusowi.
[8] Święto przypadające w ostatnią niedzielę protestanckiego roku liturgicznego.
Z listu z 1959 roku
Redakcja miesięcznika „Deutsch Kroner und Schneidemühler Heimatbrief” na stronie szóstej numeru z lutego 1960 roku zamieściła fragment listu niemieckiego mieszkańca (choć wahałem się, czy nie mieszkanki) Człopy. Ma on zdecydowanie negatywny wydźwięk wobec polskiego sposobu gospodarowania tymi ziemiami (co ówcześnie dobrze wyglądało, bo udowadniać miało, że Polacy otrzymali te tereny na zmarnowanie), jednak pojawiają się w nim ciekawostki z życia miasta. Uwaga edytorska – poprawiono niektóre literówki występujące w tekście oryginalnym.
Wie es heute in Schloppe aussieht
Einen Brief aus Schloppe erhielt zum Jahreswechsel ein Heimatfreund im Bundesgebiet. Der in der alten Heimat noch wohnende Bekannte schreibt unter anderem:
Hier in Schloppe hat sich das Bild etwas verändert. Die Ruinen hat man beseitigt. Es wird auf mehreren Stellen gebaut, baufällige Häuser hat man ausgebessert oder abgerissen. Der Wasserspiegel der Seen und des Desselfließes ist auf 80 cm [1] gesenkt worden. Dadurch sind Wiesen und alle anliegenden Grundstücke trocken geworden. Die Wassermühle von Witt [2] hat keine Turbine [3] mehr, sie läuft auf Strom. In den Dörfern und auf den Gütern können die heutigen Landwirte die Erträge nicht herausholen wie zu früherer Zeit. Es müßte ein Wunder geschehen, wenn sie sich in dieser Hinsicht bessern würden.
Hier und auch in anderen Bezirken herrscht zeitweise eine Hühnerkrankheit. Uns sind schon dreimal alle Hühner eingegangen. Man versuchte durch Impfen zu helfen. Die Hühner laufen nach dem Impfen ganz blöd umher und verlieren die Legekraft. Öffnet man ein totgegangenes Huhn, so ist die Leber ganz gelb. Die Leute nennen die Krankheit Pumor [4], das heißt auf Deutsch Typhus. Dieses wurde vom Tierarzt bestätigt; damit war seine Weisheit zu Ende. Liebe Frau X! Sie haben doch in den langen Jahren sehr viel Erfahrungen gesammelt. Vielleicht können Sie uns einen Rat geben?! Anfang Dezember war hier 5 Tage lang furchtbares Werter. Sturm und Schnee beschädigten viele Dächer und anders Sachen. Eisenbahn und Autoverkehr waren stark behindert und fast lahmgelegt. Wir hatten bis 20 Grad Kälte und haben noch in der geheizten Stube gefroren. Solch ein Wetter habe ich noch nie erlebt.
Jak dziś wygląda w Człopie
Na przełomie roku [1959 i 1960] nasz krajan mieszkający na terenie Niemiec otrzymał list z Człopy. Wciąż mieszkający w starej ojczyźnie znajomy pisze między innymi:
Tutaj w Człopie obraz ten nieco się zmienił. Ruiny zostały usunięte. Buduje się w kilku miejscach, walące się domy naprawiono lub rozebrano. Poziom wody w jeziorach i Cieszynce obniżono do 80 centymetrów [1]. Przez to łąki i przyległe działki stały się suche. Młyn wodny Witta [2] nie ma już turbiny [3], napędzany jest prądem [elektrycznym]. We wsiach i w majątkach obecni rolnicy nie są w stanie uzyskać takich plonów jak dawniej. Musiałby zdarzyć się cud, aby poprawili się pod tym względem.
Tutaj, a także w innych gminach, czasami występuje choroba drobiu. Nam już trzy razy wybiła wszystkie kury. Próbowano pomóc szczepieniem. Po szczepieniu kury biegają wkoło zupełnie ogłupiałe i przestają się nieść. Jeśli rozciąć martwego kurczaka, to wątroba jest całkiem żółta. Ludzie nazywają tę chorobę „pumor” [4], co po niemiecku znaczy tyfus [też „dur”]. To zostało potwierdzone przez weterynarza; na tym jego wiedza skończyła się. Droga pani X! Wszak w ciągu swojego życia zdobyła pani duże doświadczenie. Może jest pani w stanie coś nam poradzić?!
Na początku grudnia przez pięć dni panowała tutaj okropna pogoda. Wichura i śnieg uszkodziły wiele dachów i innych rzeczy. Ruch kolejowy i samochodowy był poważnie utrudniony i niemal sparaliżowany. Mróz dochodził do 20 stopni i marzliśmy nawet w ogrzewanej izbie. Jeszcze nigdy nie przeżyłem takiej pogody.
[1] Podana głębokość dotyczy raczej wyłącznie Cieszynki.
[2] Mieścił się przy ulicy Młyńskiej, w miejscu gdzie Cieszynka wypływa z Jeziora Młyńskiego.
[3] Być może chodzi o koło wodne.
[4] To określenie bardziej wygląda na zniekształconą wersję rzeczownika „pomór”, ale może też być nieformalnym określeniem na przykład choroby drobiu o nazwie puloroza (choć to nie to samo, co tyfus kur).
Wiadomości o mieście zebrane z listów
Tym razem redakcja „Deutsch Kroner und Schneidemühler Heimatbrief” nie zacytowała jednego listu, a dokonała zestawienia wiadomości o Człopie, o których poinformowali w swoich listach wciąż tam mieszkający Niemcy. Taka relacja ukazała się w numerze kwietniowym z 1964 roku, na trzeciej stronie. Bez podparcia się materiałami źródłowymi (sprawozdania instytucji, prasa lokalna), trudno jednoznacznie określić ramy czasowe, wobec tego przyjmijmy, że podane fakty odnosiły się do 1963 lub 1964 roku.
Wie es heute in der Stadt Schloppe aussieht
Aus Briefen von Heimatfreunden, die nach 1945 dort verblieben sindDie Stadt Schloppe ist 1945 bei den schweren Abwehrkämpfen zum größten Teil zerstört worden. Unter der polnischen Verwaltung wurden leicht beschädigte Häuser niedergerissen, und sogar heile Häuser hat man nicht verschont, da sie unbewohnt waren. Man war auf dem Wege, Schloppe das Stadtrecht abzuerkennen und aus ihm ein Dorf zu machen.
Seit 1959 etwa haben sich die Verhältnisse gebessert. Man versucht seitdem Schloppe wieder aufzubauen. Das bedeutete zunächst Aufräumung und Enttrümmerung vernichteter Grundstücke, dann Rettung beschädigter Häuser und etliche Neubauten, so am Sägewerk und am Forstamt. Es wurden dort auch Grünanlagen geschaffen und Vorgärten erneuert. In der Friedrichstraße [1] am Markt und in der Berliner Vorstadt [2] entstehen die ersten größeren mehrstöckigen Wohnblocks mit Geschäften. An Betrieben sind vorhanden: zwei Baubetriebe, ein Sägewerk, ein verstaatlichtes Gut [3], Speicher [4], Magazine, Gemeindegenossenschaft [5], Oberförsterei, Wittsche Mühle mit elektrischem Betrieb [6], Molkerei [7], Maschinen-Reparaturwerkstatt [8]. Die Ziegelei [9] liegt still. Die Bahn von Kreuz über Schloppe nach Deutsch Krone verkehrt täglich dreimal hin und zurück.
Fleischereien, Lebensmittel- und Textilwarengeschäfte sind schon vorhanden.
Seit 8 Jahren gibt es in Schloppe ein Gesundheitsamt [10], jedoch keinen Arzt. In den vielen Jahren mußte ein Feldscher und Sanitäter die Stadt und die umliegenden Dörfer betreuen. Jetzt endlich ist es gelungen, eine Ärztin nach hier zu verpflichten. Der Gesundheitszustand der Bewohner, besonders aber der Kinder, ist schlecht. Es gibt wohl allerhand Heilmittel, aber deren Qualität ist mangelhalt. Medikamente aus dem Westen sind sehr gefragt und werden nicht hoch verzollt, dagegen aber Wollstoffe und Fertigkleidung.
Beide Kirchen sind gut überholt. Hier finden jetzt die polnischen Gottesdienste statt. Die Kirchhöfe sind in keinem guten Zustand. Die Gräber sind überwuchert. Denkmäler und Umfassungssteine sind entfernt worden.
An der wiederhergestellten „Schwindelbrücke“ hat man einen Park angelegt [11]. Auf dem Desselfließ sieht man Schwäne und Enten. Das Birkenwäldchen ist gepflegt [12]. Die Gärten und Wiesen hinter der Eisenbahnbrücke sind unbewirtschaftet. Das Gebiet ist weithin zu Moor und Sumpf geworden. Der Schloßberg steht unter Naturschutz, d. h. kein Baum darf dort gefällt werden. Auf dem Kemmin- und Dyper See fehlen die Schwäne. Die Wälder bei Schloppe sind durch Kahlschläge stark gelichtet. Seit 1961 begann man mit der Wiederaufforstung. Die Polen haben die Stadt in „Czlopa“ umbenannt. Die Einwohnerzahl beträgt jetzt etwa 1900 durchweg polnischer Herkunft. Vor der Vertreibung [13] war Schloppe die drittgrößte Stadt im Kreise Deutsch Krone; sie besaß bereits um das Jahr 1300 das Stadtrecht. Es lebten hier über 3000 Landsleute.
Jak dziś wygląda w mieście Człopa
Z listów krajan, którzy tam pozostali po 1945 roku
Miasto Człopa w znacznej części zostało zniszczone podczas walk obronnych w 1945 roku. Pod polskim zarządem nieznacznie uszkodzone domy zostały wyburzone, nie oszczędzano nawet nienaruszonych domów, bo nie były zamieszkane. Człopa była na prostej drodze do utraty praw miejskich i stania się wsią.
Od 1959 roku sytuacja uległa poprawie. Od tego czasu podejmowano próby odbudowy Człopy. Najpierw oznaczało to uprzątnięcie i odgruzowanie zniszczonych posesji, potem ratowanie uszkodzonych domów i [postawienie] kilku nowych budynków, na przykład przy tartaku i nadleśnictwie. Stworzono tam również tereny zielone i odnowiono ogródki przed domami. Przy ulicy Friedrichstrasse [1], na rynku i na Berlińskim Przedmieściu [2] powstają pierwsze większe wielopiętrowe bloki mieszkalne ze sklepami. Działają przedsiębiorstwa: dwa przedsiębiorstwa budowlane, tartak, upaństwowiony majątek [3], spichrz [4], magazyny, spółdzielnia gminna [5], nadleśnictwo, młyn Witta z napędem elektrycznym [6], mleczarnia [7], warsztat naprawy maszyn [8]. Cegielnia nie pracuje [9]. Kolej z Krzyża przez Człopę do Wałcza kursuje trzy razy dziennie tam i z powrotem.
Funkcjonują już sklepy mięsne, spożywcze i tekstylne.
Od ośmiu lat w Człopie jest urząd zdrowia [10], ale nie ma lekarza. Przez wiele lat miastem i okolicznymi wioskami zajmowali się felczer i sanitariusz. W końcu udało się ściągnąć tutaj lekarkę. Stan zdrowia mieszkańców, zwłaszcza dzieci, jest zły. Dostępne są wszelkiego rodzaju lekarstwa, ale ich jakość jest niedostateczna. Leki z Zachodu cieszą się dużym popytem i nie podlegają wysokim cłom, w przeciwieństwie do materiałów wełnianych i gotowych ubrań.
Oba kościoły są dobrze wyremontowane. Obecnie odbywają się tu polskie nabożeństwa. Cmentarze nie są w dobrym stanie. Groby są zarośnięte. Pomniki i kamienie z ogrodzenia zostały usunięte.
Przy odnowionym „Moście Przemytników” zrobiono park [11]. Na Cieszynce widać łabędzie i kaczki. Lasek brzozowy jest zadbany [12]. Ogrody i łąki za mostem kolejowym są nieuprawiane. Teren ten w znacznej mierze stał się bagnem i mokradłem. Grodzisko jest rezerwatem przyrody, to znaczy, że nie wolno tam wycinać drzew. Na jeziorach Kamień i Dubie brakuje łabędzi. Lasy w okolicach Człopy zostały mocno przetrzebione przez całkowite wyręby. Ponowne zalesianie rozpoczęto w 1961 roku.
Polacy zmienili nazwę miasta na „Człopa”. Liczba mieszkańców wynosi obecnie około 1900, na ogół [są] pochodzenia polskiego. Przed wysiedleniem [Niemców] [13], Człopa była trzecim co do wielkości miastem powiatu wałeckiego, prawa miejskie posiadała już około 1300 roku. Mieszkało tu ponad 3000 [naszych] rodaków.
[1] Obecnie ulica Stanisława Moniuszki.
[2] Tereny przy obecnych ulicach Stefana Żeromskiego i początkowym odcinku Młyńskiej.
[3] Może chodzi o Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR)?
[4] Zapewne chodzi o magazyny zbożowe (PZZ-y) przy ulicy Kolejowej.
[5] Zapewne chodzi o Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”.
[6] Mieścił się przy ulicy Młyńskiej, w miejscu gdzie Cieszynka wypływa z Jeziora Młyńskiego.
[7] Mieściła się przy skrzyżowaniu ulic Wincentego Witosa i Kolejowej.
[8] Zapewne mowa o warsztatach zlokalizowanych przy skrzyżowaniu drogi krajowej i dorgi do Czaplic.
[9] Zapewne mowa o zakładzie mieszczącym się przy ulicy Kolejowej, w pobliżu PZZ-ów i „Glinianek”.
[10] Zapewne chodzi o przychodnię lekarską, a nie dosłownie o urząd zdrowia, będący czymś w rodzaju wydziału zdrowia przy lokalnych władzach.
[11] Być może chodzi o fragment północnego brzegu Cieszynki między mostem a rzeczoną kładką – „Mostem Przemytników”, do 1945 roku zabudowany budynkami posesji tam ulokowanej.
[12] Być może chodzi o skwer, mały park przy skrzyżowaniu ulic Zwycięstwa Wojska Polskiego i Strzeleckiej, gdzie do 1945 roku stał Kriegerdenkmal – pomnik ku czci mieszkańcom miasta poległym w pierwszej wojnie światowej.
[13] W zasadzie polskie tłumaczenie rzeczownika „die Vertreibung” to „wypędzenie, wygnanie”, ale świadomie wybrałem określenie „wysiedlenie”, jako bardziej odpowiadające rzeczywistości (przedwojenni mieszkańcy Człopy w większości w styczniu 1945 roku zostali ewakuowani / uciekli na tereny dzisiejszych Niemiec, część niedługo później została zmuszona przez Rosjan do powrotu do Człopy, po czym w późniejszym okresie faktycznie została wysiedlona). Więcej o kontrowersjach dotyczących tych spraw – definicja „wypędzeni” w internetowej Encyklopedii PWN.
Podróż do Człopy w lipcu 1970 roku
Relacja Elisabeth Heydeck (z domu Seide) z podróży do Człopy, którą przedsięwzięła wspólnie z Hermannem i Rolfem Paul w lipcu 1970 roku (publikacja w DKuSHB, numer 2 z 1972 roku, strony 8-9). Na pierwszy rzut oka to kolejny opis miejsc, w których do 1945 roku stały budynki, a po ich zniszczeniu nie zostały odbudowane. Znów przewijają się nazwiska dawnych niemieckich właścicieli. Ale pojawiają się też wzmianki o ówczesnej teraźniejszości Człopy – i to interesuje nas najbardziej.
Eine Reise nach Schloppe im Juli 1970. Mit Hermann Paul und Sohn Rolf im „Trabant”
Nun wollt Ihr also einen großen Heimatbericht von mir haben. Und gern will ich Euch diesen Wunsch erfüllen:
Hermann holte mich am 9. Juli von hier ab, wie verabredet. Ich hatte viel Gepäck: Decken, Bettwäsche, 1 Koffer mit eigenen Sachen und Geschenken für alle Fälle. Proviant und 1 Karton mit getragenen Kleidungsstücken, die, wie wir hörten, gern angenommen werden. So war das Auto doch das beste Beförderungsmittel. In Lübbenau (Spreewald) [1] blieb ich dann noch eine Nacht, und am Freitag, dem 10. Juli fuhren wir los.
Die Fahrt ging über Lübben, Fürstenwalde, Frankfurt (Oder). Natürlich hatte auch Hermann viel eingepackt. 2 Res[erve]-Reifen, 2 Kanister Reserve-Benzin, Proviant in Dosen, 2 Brote, 2 große Sandkuchen, die nachher nach Benzin schmeckten, Brennspiritus und Kocher, Kartoffeln und Kochtopf, Teller und Bestecke.
In Frankfurt war die Grenzkontrolle, sie verlief schnell und ohne Schwierigkeiten. Dort konnten wir noch pro Person 32 DM in Zloty umtauschen – c[irc]a 20 DM = 100 Zloty. Und dann gings über die Grenze. Und das sollte nun Polen sein! Aber ich kann Euch sagen, ich habe keinen Augenblick empfunden, daß ich in Polen war. An der Landschaft merkte man das ja nicht, allerdings aber an den Städten, Hausern und Fenstern. Wie sauber und gepflegt sahen dagegen unsere Ortschaften in der DDR aus [2]! Aber sonst ist in Küstrin und Landsberg (Warthe) reges Leben und Verkehr. Es gibt Geschäfte, es gibt auch zu kaufen, aber alles ist sehr teuer und der Verdienst gering, an den Preisen gemessen. Während der ganzen Fahrt begegnete uns kaum ein Auto, ab und zu mal ein Lastwagen oder Wagen aus der DDR, ebenfalls Besucher, die uns zum Gruß immer zublinkten. Mit Freuden begrüßten wir Langholz- und Ackerwagen, mit Pferden bespannt. Auch begegneten wir auf der Chaussee vielen Beerensammlern die am Gürtel ihre Sammelgefäße befestigt hatten. Bilder aus glücklichen vergangenen Zeiten! So war es vor 50 Jahren zu Hause. Nur die Menschen sind andere, haben ein anderes Gesicht und sprechen eine fremde Sprache. Die Luft ist rein und die Straße, noch die alte, ist gut und in bester Ordnung. So ging es durch herrlichen Laub- und Mischwald mit Seen hier und da – wunderbare Seen mit schönem Strand und bunten Wochenendhäuschen, so bei Friedeberg. Diese Stadt hat wie Woldenberg sehr gelitten. Man sieht, daß viele Häuser fehlen, an deren Stelle sich nun Grünplätze befinden. Überall stehen Kioske. Das Friedeberger Tor ist noch vorhanden, ebenso die Kirchen. An der Straße von Woldenberg [3] Richtung Züzter stehen noch hübsche villenartige Häuser. Dann der herrliche See bei Woldenberg und der Zützer See! Von Zützer selbst war nicht viel zu sehen, aber Schwinnings Gutsgebäude und Wohnhaus waren noch vorhanden und belegt, wenn auch nicht im besten Zustand. An der Brücke in Hochzeit waren wir ausgestiegen und sahen uns ein wenig um. An manchen Orten versuchte Hermann die alten Dachrinnen und Leitungen zu Transformatoren-Häusern zu erkennen die er einst angebracht hatte. Er fand seine Arbeit wirklich wieder und zeigte sie seinem Sohn und freute sich, daß alles noch so gut erhalten war. So näherten wir uns unserer engeren Heimat und wurden immer stiller denn keinen Blick wollten wir nun verlieren und alles voll Andacht in uns aufnehmen. Schönow erschien auch verändert, ich glaube aber das Haus von Bast erkannt zu haben. Der Kochlinsee wird jetzt der „weiße See” genannt. Lenz- Königstal [4] macht den besten Eindruck.
Und nun befanden wir uns dicht vor unserem Ziel. Sehr, sehr langsam, fast feierlich fuhr der Wagen in unser liebes, gutes Schloppe ein. Das war nun die Heimat, die wir nach 26 Jahren wiedersehen sollten! Ein leiser Schauer überlief mich, und was so in mir vorging, das kann ich nicht beschreiben. Man kann es nur erleben.
Der Anfang der Stadt war unverändert. Alle Häuser stehen noch. Bei Fritz Lenz (Sägewerk) war sehr viel Holz auf dem Platz. Das Sägewerk ist in Betrieb [5]. Auch Klingbeils Haus steht wie einst. Die „Sudetenfreiheit” ist unverändert und alle Häuser vorhanden.
Bettins Haus ist auch in Ordnung, selbst die kleine Holztreppe an der Chaussee ist noch da. Alle Scheunen sind vorhanden. Zum Bahnhof hin das alte Bild: Die Kleinbahn Kreuz-Schloppe-Deutsch Krone, unser altes Dampfbimmelbähnchen verkehrt wie einst, aber jetzt viermal am Tage, Ein neues, großes Bahnhofsgebäude ist im Bau. Matthias Haus ist fort, aber Ein- und Verkaufsgenossenschaft ist noch da. Das Chauseehaus [6], wo Kants wohnten, ist fort. Dafür steht ein neues Haus. Die Probst-villa [7] und Kastners Haus [8] stehen. Jänsch ist fort, Walter Meyer steht. Es ist ein Glas- und Porzellanwarengeschäft darin. Das Achtfamilienhaus [9] steht. Bei Sabinski ist die Post [10]. Das Amtsgericht nebst Wohnhaus stehen. Bei D[okto]r. Kutz ist ein neues kleines Kino, davor ist ein Kiosk. Die kath[olische] Kirche ist innen sehr sauber und gepflegt, genau wie früher. Sie war am Sonntag fast überfüllt. Die ganze Bevölkerung ist katholisch, wir waren alle mit zum Gottesdienst. Die Bahnhofstraße ist fast unverändert. In der Kreissparkasse ist ein Café. Kelms, Behnkes und Kubischs Haus sind fort. Bei Bettig ist eine Bäckerei, bei Bölter ein Restaurant. Starzinskis Haus [11] steht. Neumanns Wohnhaus ist fort. Die Molkerei steht noch und Gebrüder Jacobs Fabrik ist als Möbeltischlerei in vollem Betrieb. Das Wohnhaus ist fort. Auf Kubischs Grundstück wird ein großes Hotel gebaut. Die Häuser Michalski [12], Tarun stehen auch noch, und Jacobs früheres Haus am Bahnhof leuchtet in hellem neuen Kleid [13]. Diese Straße war sehr belebt, denn sie ist ja jetzt die Geschäftsstraße.
Fenskes Haus und Feistner stehen, auch die daneben stehenden, wie die alte kath[olische] Schule. Lüdtke und Bäcker Werth [14] stehen, darin eine gute Backerei. Karl Behnke und fast die ganze Berliner Vorstadt [15] sind fort. Beyer, Fleischer König (Spirituosengeschäft) und die gesamte Gartenstraße sind noch da. Hugo Meyer ist fort, dafür ein flaches Haus mit 2 Schaufenstern, Textilwaren. Das Transformatorenhaus steht; die Brücke über das Desselfließ ist in Ordnung. Der Blick nach beiden Seiten bietet dasselbe naturschöne Bild von einst. Bei Engelbrecht ist noch die Spülbank [16] am Fließ, der Grauchen-Baum im Garten [17]. Auch Meyers Seite ist sich ähnlich geblieben: die Gärten sind alle vorhanden, nur die Häuser fort. Bei Martens ist eine Tankstelle. Gegenüber ist ein neues Hochhaus entstanden. Es geht etwa von der Gassenecke [18] über die Grundstücke Böthin, Seide, Stelter, Grams bis Vigohl. Ich habe die Grenzen feststellen können an den gepflasterten Auffahrten. Ich habe viel davor gestanden, um die Abgrenzungen genau zu finden. Auf den ehemaligen Höfen sieht man nur einfache Holzställe Fr[äu]l[ein] Krauses kleines Haus in der Gasse ist unverändert und bewohnt. Die Bölegasse [19] wie einst, nur rechts um den Probstzaun [20] ist alles Sumpf, kein Weg. Der Marktplatz ist der alte geblieben. Ich sah die Herberge von Radtkes und das Krollsche [21] Haus. Bei Dumke befindet sich ein neues Haus [22]. Stiller und Seide (ehemals Lehmann) sind fort. Ein Staketenzaun ist dort gezogen. Kropps Haus steht.
Und nun unser Häuserkomplex, der einstmals zum Hauptteil der Altstadt gehörte – nichts! Aber ein Bild des Friedens! Ein Dorfanger, wie er es wohl vor 200 Jahren gewesen sein kann! Unser Viereck [23], von Bleske bis Ernst Stelter, um die Ecke bis Mittelstraße und Markt, eine große grüne Fläche, von einer niedrigen Hecke umgeben. Ach, wie gern bin ich auf dieser grünen Fläche hin- und hergegangen, habe besonders unser Grundstück genau erkennen können. Es waren noch einige Fundamente festzustellen, auch die kleine Fläche der Laube. Der Stadtgraben ist verschwunden [24]. Von der Bölegasse an bis zu Utkes Haus, welches noch steht [25], ist auch alles grün und sieht so friedlich aus, wenn die Gänse dort grasen, die Hühner picken und gackern, auch mal eine Kuh und ein paar Schafe auf der Bildfläche erscheinen. Von Neumanns Ecke bis zur Königsberger Straße ebenfalls Grünfläche. In den Gärten hinter der Post [26] usw. hingen die Obstbäume voller Früchte, und das Gemüse stand prächtig. Hier auf den Grünflächen war mein liebster Aufenthalt. Alles war meine liebe Heimat geblieben. Und sie ist nicht gestorben, sie atmet noch!
Die Königsberger Straße hat kaum ein Haus aufzuweisen. Man sicht aber die Stufen, die hinter den Häusern den Berg hinauf in die Gärten führten (bei Vandreys, Schmitz u[nd] s[o] w[eiter]) Auch Dodenhöfts Haus ist verschwunden. Sehr groß sind Bäume und Sträucher geworden. Ein neues Wohnhaus ist bei Vandreys entstanden [27]. Der Ritterberg erscheint fast unverändert. Die Tützer Chaussee, Forsthaus Schloppe [28], der Kleine Teich, die Oberförsterei, die schönen Bäume lassen die alte Heimat genau wiedererkennen. Auf allen Wegen könnten wir sofort wieder spazieren gehen.
Mein erster Weg sollte zum Friedhof an die Gräber meiner Lieben führen. So fuhren wir durch die Stadt, die Karlsstraße hinauf. Am hinteren Weg zum Friedhof stiegen wir aus dem Auto. Ich nahm einen großen Beutel mit acht grünen Sträußen und ging den Weg zu unserer großen Linde. Hier fand ich sogleich die leichten Wölbungen der Hügel meiner lieben Eltern und unserer guten Gertrud und stand mit dankbarem Herzen davor, weil ich sie doch noch einmal besuchen durfte. Auch andere bekannte Gräber suchte ich noch auf und fand alle, wenn auch die Steine umgelegt waren.
Wir halten Glück eine Unterkunft zu finden für einige Tage, und zwar bei einem deutsch sprechenden Polen, der mit seiner Familie in der alten ev[angelischen] Schule wohnt [29]. Er erwies uns während unseres Aufenthaltes vorbildliche Gastfreundschaft. Auch alle Menschen im Ort waren freundlich und höflich. Eine Polin schenkte mir eine Schlopper Wappenvase, welche sie im Schutt gefunden hatte, als Andenken.
Wir haben auch eine kleine Spazierfahrt nach Gollin auf tadelloser Teerchaussee gemacht. Wedells Hof steht ansehnlich da, aber das Wohnhaus ist fort. Zimmermanns Wirtschaft ist unversehrt [30], ebenso das Dorf. Am Eingang des Dorfes werden schöne, neue Häuser gebaut. Wir fuhren um den Dorfteich herum und wieder nach Schloppe zurück. Die Tützer Chaussee und die Eisenbahnstrecke bieten noch den gleichen Anblick von einst. Ich besuchte auch die Försterei Wepner [31], wo ich mit Rückerts Kindern fröhliche Stunden in meiner Kindheit verlebte. Sie war in gutem Zustand. So ging ich dann nach freundlichem Abschied durch den zweiten Weg, von vielen Erinnerungen aus der Jugendzeit begleitet, die liebe Tütz-Chaussee zurück, um noch überall ein wenig umherzustreifen. Allen lieben Schloppern, die diese Zeilen lesen, bringe ich ganz echte Heimatgrüße mit und möchte ihnen zum Trost sagen: „Unsere Heimat lebt auch für uns noch. Sie ist nicht tot.”
Seid alle von ganzem Herzen gegrüßt
von Eurer
Elisabeth Heydeck geb[oren] Seide
Podróż do Człopy w lipcu 1970 roku. Z Hermannem Paulem i jego synem Rolfem w „Trabancie”
Więc chcecie mojej obszernej relacji o stronach rodzinnych. A ja z przyjemnością spełnię wasze życzenie:
Hermann odebrał mnie zgodnie z ustaleniami 9 lipca. Miałam dużo bagażu: koce, pościel, jedną walizkę z moimi rzeczami i upominkami na każdą okazję. Prowiant i jedno pudło z używaną odzieżą, która – jak słyszeliśmy – jest chętnie przyjmowana. Zatem samochód był najlepszym środkiem transportu. W Lübbenau (Spreewald) [1] zostałam na kolejną noc i w piątek 10 lipca wyruszyliśmy.
Podróż przebiegała przez Lübben, Fürstenwalde, Frankfurt nad Odrą. Oczywiście Hermann również dużo spakował. Dwie zapasowe opony, dwa kanistry zapasowej benzyny, prowiant w puszkach, dwa bochenki chleba, dwie duże babki piaskowe, które później smakowały benzyną, spirytus metylowy i kuchenkę, ziemniaki i garnek do gotowania, talerze i sztućce.
We Frankfurcie kontrola graniczna, która przebiegła szybko i bez żadnych trudności. Tam udało nam się wymienić na złotówki po 32 marki na osobę – około 20 marek równa się 100 złotym. A potem przekroczyliśmy granicę. I to miała być Polska! Ale mogę wam powiedzieć, że ani przez chwilę nie czułam, że byłam w Polsce. Nie można tego stwierdzić po krajobrazie, ale po miastach, domach i oknach. Jakże czyste i zadbane są nasze miejscowości w NRD [2]! Ale poza tym Kostrzyn i Gorzów Wielkopolski (nad Wartą) tętnią życiem i ruchem ulicznym. Są sklepy, jest też co kupić, ale wszystko jest bardzo drogie, a zarobki niskie, sądząc po cenach. Podczas całej drogi niemal nie spotkaliśmy żadnego auta, od czasu do czasu [mijaliśmy] ciężarówkę lub samochód z NRD, również z [Niemcami] odwiedzającymi [Polskę], którzy zawsze pozdrawiali nas mruganiem [reflektorów]. Z radością pozdrawialiśmy wozy do wywózki dłużycy z lasów i wozy rolnicze zaprzężone w konie. Widzieliśmy też przy drodze wielu zbieraczy jagód, którzy swoje pojemniki do zbierania mieli przyczepione do pasków. Obrazy z minionych, szczęśliwych czasów! Tak było w domu przed pięćdziesięciu laty. Tylko ludzie są inni, mają inne twarze i mówią w obcym języku. Powietrze jest czyste, a droga, wciąż stara, jest dobra i w najlepszym porządku. Tak więc jechaliśmy przez piękne lasy liściaste i mieszane, z jeziorami tu i tam – wspaniałymi jeziorami z pięknymi plażami i kolorowymi domkami weekendowymi, jak w pobliżu Strzelec Krajeńskich. Podobnie jak Dobiegniew, i to miasto bardzo ucierpiało. Widać że brakuje wielu domów, a na ich miejscu znajdują się tereny zielone. Wszędzie stoją kioski. Brama w Strzelcach Krajeńskich nadal istnieje, podobnie jak kościoły. Przy drodze z Dobiegniewa w kierunku Szczuczarza wciąż stoją śliczne domy przypominające wille. Potem wspaniałe jezioro koło Dobiegniewa [3] i jezioro Szczuczarz! W samym Szczuczarzu nie było zbyt wiele do zobaczenia, ale budynki majątku i dom Schwinninga wciąż użytkowano i zamieszkiwano, nawet jeśli nie były w najlepszym stanie. Na moście w Starym Osiecznie wysiedliśmy i rozejrzeliśmy się trochę. W niektórych miejscach Hermann próbował rozpoznać stare rynny i przewody [prowadzące] do transformatorów, które kiedyś montował. Faktycznie wypatrzył swoje dzieła i pokazał je swojemu synowi, ciesząc się, że wszystko jest nadal w tak dobrym stanie. Zbliżaliśmy się więc do naszej najbliższej rodzinnej okolicy i stawaliśmy się coraz bardziej milczący, ponieważ nie chcieliśmy stracić ani jednego widoku i w skupieniu chłonąć to wszystko. Dzwonowo również wydawało się zmienione, ale wydaje mi się, że rozpoznałam dom Basta. „Kochlinsee” jest teraz nazywane „Jeziorem Białym”. Königstal [4] Lenza robi jak najlepsze wrażenie.
A teraz byliśmy już blisko celu. Bardzo, bardzo powoli, niemal uroczyście, samochód wjechał do naszej kochanej, dobrej Człopy. To była ojczyzna, którą mieliśmy ponownie zobaczyć po 26 latach! Przeszedł mnie cichy dreszcz, a tego, co działo się w moim wnętrzu, nie potrafię opisać. Można to tylko przeżyć.
Początek miasta był niezmieniony. Wszystkie domy wciąż stoją. U Fritza Lenza (tartak) na placu było dużo drewna. Tartak funkcjonuje [5]. Również dom Klingbeila stoi tak jak kiedyś. „Sudetenfreiheit” [obecnie ulica Gospodarska] jest niezmieniona i zachowały się wszystkie domy.
Dom Bettina również jest w porządku, nawet małe drewniane schody [wychodzące] na szosę wciąż tam są. Wszystkie stodoły zachowały się. [Patrząc] w kierunku stacji, stary obraz: Kolej Krzyż-Człopa-Wałcz, nasza stara ciuchcia kursuje jak kiedyś, ale teraz cztery razy dziennie. W budowie jest nowy wielki budynek dworca. Dom Matthiasa zniknął, ale [budynek] spółdzielni skupu i sprzedaży nadal stoi. Dom dróżnika szosowego [6], w którym mieszkali Kantowie, zniknął. Zamiast niego stoi nowy dom. Willa proboszcza [7] i dom Kastnera [8] stoją. [Dom] Jänscha zniknął, [dom] Waltera Meyera stoi. Mieści się w nim sklep ze szkłem i porcelaną. Ośmiorodzinny dom stoi [9]. U Sabinskiego jest poczta [10]. Sąd obwodowy wraz z budynkiem mieszkalnym stoją. [Na posesji] doktora Kutza jest nowe małe kino, a przed nim kiosk. Kościół katolicki wewnątrz jest bardzo czysty i zadbany, tak jak kiedyś. W niedzielę był prawie przepełniony. Wszyscy mieszkańcy są katolikami, byliśmy na nabożeństwie. Bahnhofstraße [obecnie ulica W. Witosa] jest prawie niezmieniona. W [budynku] kasy oszczędnościowej znajduje się kawiarnia. Domy Kelmsa, Behnkego i Kubischa zniknęły. [W domu] Bettiga jest piekarnia, a Böltera restauracja. Dom Starzinskiego stoi [11]. Budynku mieszkalnego u Neumanna nie ma. Mleczarnia nadal stoi, a fabryka braci Jacobs działa jako zakład meblarski. Budynku mieszkalnego nie ma. Na posesji Kubischa budowany jest duży hotel. Domy Michalskiego [12] i Taruna również jeszcze stoją, a dawny dom [braci] Jacobs przy dworcu kolejowym lśni nowym blaskiem [13]. Ta ulica była bardzo ruchliwa, ponieważ jest teraz ulicą handlową.
Dom Fenskego i Feistnera stoją, także te obok, jak stara szkoła katolicka. Lüdtke i piekarz Werth [14] stoją, w środku dobra piekarnia. Karl Behnke i prawie całe Berlińskie Przedmieście [15] zniknęły. Beyer, rzeźnik König (sklep monopolowy) i cała Gartenstraße [obecnie ulica S. Żeromskiego] wciąż tam są. Hugo Meyer zniknął, a w tym miejscu stoi budynek z płaskim dachem i dwoma witrynami sklepowymi, [w którym sprzedają] tekstylia. Transformator stoi; most nad Cieszynką jest w porządku. Widok [z niego] w obie strony oferuje ten sam naturalnie piękny obraz jak dawniej. U Engelbrechta nad rzeką nadal jest „ławka do opłukiwania” [16], „Grauchen-Baum” [wciąż jest] w ogrodzie [17]. Również [brzeg] po stronie Meyera również pozostał podobny: zachowano wszystkie ogrody, tylko domów już nie ma. Przy Marten(ie) znajduje się stacja paliw. Naprzeciwko powstał nowy wysoki blok. Sięga mniej więcej od narożnika ścieżki [18] przez posesje Böthina, Seidego, Steltera, Gramsa do Vigohla. Granice udało mi się ustalić na podstawie wybrukowanych podjazdów. Długo stałam przed nimi, aby dokładnie umiejscowić granice. Na dawnych podwórzach można zobaczyć tylko proste, drewniane stajnie. Domek panny Krause przy ścieżce jest niezmieniony i zamieszkany. Bölegasse [19] jest taka jak kiedyś, tylko po prawej stronie wokół ogrodzenia probostwa [20] jest samo błoto, brak przejścia. Rynek pozostał taki sam. Widziałam zajazd Radtkego i dom Krolla [21]. W pobliżu Dumkego stoi nowy dom [22]. Stiller i Seide (dawniej Lehmann) zniknęli. Postawiono tam płot. Dom Kroppa stoi.
A teraz nasz kompleks domów, który kiedyś należał do głównej części starego miasta – nic! Ale obraz spokoju! Pastwisko, jakie mogło być dwieście lat temu! Nasz czworobok [23], od Bleskego do Ernsta Steltera, za rogiem do Mittelstraße [obecnie ulica Targowa] i rynku, to wielka zielona powierzchnia otoczona niskim żywopłotem. Ach, z jaką przyjemnością chodziłam po niej tam i z powrotem, byłam w stanie rozpoznać szczególnie naszą nieruchomość. Wciąż można było dostrzec niektóre fundamenty, a także niewielki obszar altany. Rów miejski zniknął [24]. Od Bölegasse do domu Utkego – który wciąż stoi [25] – wszystko jest zielone i wygląda tak spokojnie, kiedy pasą się tam gęsi, kury dziobią i gdaczą, a czasami w tym obrazie pojawi się krowa i kilka owiec. Od narożnika koło Neumanna do Königsberger Straße [obecnie ulica Bydgoska] również zielona przestrzeń. W ogrodach za pocztą [26] i w sąsiedztwie drzewa owocowe obwieszone mnóstwem owoców, a warzywa wspaniale obrodziły. Na tych terenach zielonych było moje ulubione miejsce pobytu. Wszystko, co było moją ukochaną ziemią rodzinną, pozostało. I nie umarło, wciąż oddycha!
Przy Königsberger Straße [ulica Bydgoska] nie ma prawie żadnych domów. Ale można zobaczyć schody, które za domami prowadziły pod górę do ogrodów (u Vandreya, Schmitza, i tak dalej) Dom Dodenhöfta również zniknął. Drzewa i krzewy bardzo wyrosły. Na posesji Vandreya wybudowano nowy dom [27]. Ritterberg [obecnie ulica Podgórna] wydaje się prawie niezmieniona. Tützer Chaussee [obecnie ulica A. Mickiewicza, część od okolicy wiaduktu kolejowego, dalej tłumaczona jako „szosa tuczeńska”], leśniczówka Człopa [28], Jezioro Miejskie, nadleśnictwo, piękne drzewa pozwalają na nowo rozpoznać naszą starą ziemię ojczystą. Od razu mogliśmy znów pójść na spacer każdą z dróg.
W moim przypadku pierwsza droga winna prowadzić na cmentarz na groby moich bliskich. Pojechaliśmy więc przez miasto, w górę Karlsstraße [obecnie ulica Mickiewicza]. Przy tylnej drodze na cmentarz [ewangelicki] wysiedliśmy z samochodu. Wzięłam dużą torbę z ośmioma zielonymi bukietami i poszłam ścieżką do naszej wielkiej lipy. Tutaj od razu znalazłam niewielkie wypukłości kopczyków [grobów] moich kochanych rodziców i naszej dobrej Gertrud, i stanęłam przed nimi z wdzięcznym sercem, ponieważ dane mi było odwiedzić ich jeszcze raz. Szukałam też innych znajomych grobów i znalazłam je wszystkie, nawet jeśli kamienie [nagrobne] były przesunięte.
Mieliśmy szczęście znaleźć zakwaterowanie na kilka dni u mówiącego po niemiecku Polaka, który mieszkał z rodziną w starej szkole ewangelickiej [29]. Podczas naszego pobytu okazał nam wzorową gościnność. Także wszyscy mieszkańcy miejscowości byli przyjaźni i uprzejmi. Pewna Polka podarowała mi na pamiątkę, znaleziony w gruzach, wazon z herbem Człopy.
Wybraliśmy się również na krótką przejażdżkę do Golina po nienagannej smołowanej drodze. Majątek Wedella wciąż stoi, ale domu mieszkalnego już nie ma. Gospodarstwo Zimmermanna jest nienaruszone [30], podobnie jak wioska. Przy wjeździe do niej budowane są piękne nowe domy. Objechaliśmy staw i wróciliśmy do Człopy. Szosa tuczeńska i linia kolejowa wciąż oferują ten sam widok jak w przeszłości. Odwiedziłam również leśniczówkę Wepner [31], w której w dzieciństwie spędziłam szczęśliwe godziny z dziećmi Rückerta. Była w dobrym stanie. A po przyjaznym pożegnaniu, poszłam drugą drogą, związaną z wieloma wspomnieniami z czasów młodości, z powrotem szosą tuczeńską, by jeszcze trochę powłóczyć się po okolicy. Wszystkim drogim człopianom czytającym te słowa, przekazuję szczere pozdrowienia z ziemi rodzinnej i chciałabym im powiedzieć na pocieszenie: „Nasza ojczyzna wciąż żyje także dla nas. Nie jest martwa”.
Pozdrawiam wszystkich z głębi serca
od Waszej
Elisabeth Heydeck z domu Seide
[1] Około 100 kilometrów na południe od Berlina.
[2] Niemiecka Republika Demokratyczna (Deutsche Demokratische Republik), z tego wynika, że autorka mieszkała właśnie tam, ale relacja ukazała się w czasopiśmie wydawanym w Republice Federalnej Niemiec.
[3] Zapewne mowa o jeziorze Wielgie.
[4] Dziś Bogdanki, tak zwany „Dołek”.
[5] Dzisiejszy Kador przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 27.
[6] Lokalizacja nieustalona; dróżnik szosowy odpowiadał za kontrolę i bieżące utrzymanie dróg w swoim rewirze.
[7] Zapewne chodzi o dzisiejszą plebanię katolicką przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 4.
[8] Lokalizacja nieustalona, możliwe że chodzi o dawną leśniczówkę Schutzwald, obecnie ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 6.
[9] Zapewne chodzi o dom przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 7-9; w innych źródłach określany jako 10- lub 12-rodzinny.
[10] W sensie – w mieszkaniu Sabinskiego – w dawnym budynku Loechela, obecnie to Zwycięstwa Wojska Polskiego 5.
[11] Lokalizacja nieustalona; z kontekstu wynika, że chodzi o okolicę skrzyżowania dzisiejszych ulic Wincentego Witosa i Jana III Sobieskiego.
[12] Być może chodzi o dom przy ulicy Wincentego Witosa 9.
[13] Zapewne chodzi o dom przy ulicy Wincentego Witosa 6.
[14] Zapewne obecnie budynek przy ulicy Stanisława Moniuszki 5, gdzie przez wiele lat działała prywatna piekarnia pana Hoffmanna.
[15] Tym mianem do 1945 roku określano budynki na południowym brzegu Cieszynki – w przybliżeniu obecne ulice Stefana Żeromskiego i początkowy odcinek Młyńskiej.
[16] Zastanawiam się czy nie chodzi o tę betonową płytę wystającą z południowego brzegu Cieszynki tuż przy moście – sęk w tym, że to był brzeg po stronie Meyera, a nie Engelbrechta.
[17] „Das Grauchen” wedle słownika to osiołek, a wedle Wikisłownika w kolokwialnym znaczeniu również osioł, ktoś głupi. „Der Baum” to drzewo. Wychodzi na to, że może chodzić o „Ośle drzewo”. Jednak bez kontekstu trudno właściwie przetłumaczyć to określenie.
[18] Zapewne mowa o Ścieżce Szkolnej – Schulgasse.
[19] Pierwszy raz spotkałem się z tą nazwą – z dalszej części tekstu wynika, że może to być inna nazwa Ścieżki Szkolnej. Ewentualnie może chodzić o ścieżkę odchodzącą od Ścieżki Szkolnej w kierunku rzeczki „Młynówki” lub o samą ścieżkę nad „Młynówką”. Nie potrafię ustalić znaczenia części „Böle~” – jeżeli ma coś wspólnego ze słowem „Bole” („die Bohle”), to mogło oznaczać grubą deskę, bal, dyl; w starszych źródłach słowo „Bole” oznaczało też byka. Skoro dalej w tekście jest mowa o podtopionym gruncie, to może faktycznie ta ścieżka była na jakimś odcinku wyłożona deskami, aby się na niej nie zapadać w błoto?
[20] Starego probostwa katolickiego, ulokowanego w pobliżu nieistniejącego od 1945 roku kościoła świętego Wojciecha.
[21] Zapewne chodzi o budynek przy ulicy Targowej 7.
[22] Zapewne chodzi o budynek przy ulicy Rynkowej 4.
[23] Zapewne określenie „nasz czworobok” użyte zostało w kontekście wskazania konkretnego kwartału, a nie wykazania własności wszystkich posesji zawierających się w nim. Dziś w tym miejscu stoją market Dino i sklep motoryzacyjny z paczkomatem Inpost.
[24] Przyznaję, że nie wiem o czym mowa. Rzeczownik „der Stadtgraben“ najczęściej tłumaczy się jako fosa, czasami jako podwale (miejsce przed wałami, murami miejskimi, czyli w miejscu fosy), jednak w tym przypadku trudno mi uwierzyć, że chodziłoby o pozostałość autentycznej fosy – rozumianej jako fragment dawnych umocnień miejskich. Osobiście obstawiam – opierając się o plan Człopy z 1931 roku – że chodzi o jakiś rów czy kanał (może kryty), doprowadzający wodę ze strumienia wypływającego z Jeziora Miejskiego, na wysokości dzisiejszej ulicy Targowej, na obszar „starego miasta”. Ale to tylko przypuszczenie.
[25] Obecnie przy ulicy Stanisława Moniuszki 17.
[26] Za obecnymi blokami przy ulicy Stanisława Moniuszki 25 i 26.
[27] Zapewne chodzi o budynek przy ulicy Bydgoskiej 14.
[28] Najpewniej chodzi o dawną leśniczówkę Zwierz.
[29] Czyli w tak zwanej „czerwonej kamienicy” koło cmentarza.
[30] Zapewne chodzi o gospodarstwa położone przed Golinem (numery 3 i 45).
[31] Polska nazwa i lokalizacja nieustalone, ale z kontekstu wynika, że znów może chodzić o dawną leśniczówkę Zwierz; może „Wepner” to nazwisko?
Relacja z wizyty w Człopie w Wielką Sobotę 1971 roku
Na dziewiątej stronie wrześniowego numeru miesięcznika „Deutsch Kroner und Schneidemühler Heimatbrief” z 1971 roku opublikowano relację byłej mieszkanki Człopy, Inge Dubut (z domu Östreich), z jej kilkugodzinnej wizyty w mieście rodzinnym podczas sentymentalno-krajoznawczej wyprawy do Polski. Pogrubienia niektórych wyrazów zastosowane w oryginalnym tekście miały zwrócić uwagę czytelników na ważniejsze rzeczy i miejsca lub ułatwić znalezienie konkretnych informacji.
Wie heute in der Stadt Schloppe aussieht
Liebe Heimatfreunde! Sicher seid Ihr schon neugierig, etwas aus der alten Heimat zu erfahren, aus dem Land, in dem man seine Kindheit verbracht hat. Also, nachdem wir das Visum erhalten hatten, fuhren wir am Karfreitag [1], morgens um 4 Uhr, los über Frankfurt, Kassel, Hannover, Berlin, Frankfurt (Oder) und erreichten am Abend die polnische Grenze. Ganz erstaunt waren wir an der Grenze. Kein Soldat mit Gewehr begrüßte uns, man meinte, dort schlief alles. Für Paß- und Zollkontrolle gingen wir ins Gebäude. Dort machte man uns einen Stempel in den Paß, und nachdem wir Geld umgetauscht (5 Dollar pro Tag und pro Person ist Pflicht) und die Autoversicherung abgeschlossen hatten, konnten wir passieren — ohne Koffer- und Autokontrolle. 5 km von der Grenze, „Slubice“ heißt der Ort, tankten und übernachteten wir. (Das Benzin ist gut.) Das Hotel war einfach, doch sauber. Das Doppelzimmer kostete ungefähr 22,— DM und hatte Warm- und Kaltwasser.
Das Auto stand auf einem bewachten Parkplatz des Hotels. Am nächsten Morgen ging es dann weiter über Küstrin Richtung Schloppe. Die Straßen sind in einem guten Zustand, man kann zügig fahren, alles ist gut beschildert.
Weite Felder und Kiefernwälder begrüßten uns links und rechts der Straßen; auch Birken sah man am Wege. Und ich mußte gleich an Hermann Löns [2] und sein Lied „Alle Birken grünen in Moor und Haid“ denken, welches wir so oft gesungen haben. In den Städten herrschte reges Leben. Die Dörfer dagegen machten einen verschlafenen Eindruck. Man meinte, die Zeit sei dort stehengeblieben. — Alles so öde, trostlos, obwohl doch die Sonne schien. Wir sind vor Schloppe. Zützer war erreicht. Hier begannen dann schon die heimatlichen Erinnerungen; wohnte doch eine Tante von mir dort. Zützer steht nach wie vor.
Ja, und dann kamen die ersten Häuser von Schloppe in Sicht. Mein Herzel pochte, denn niemals spürt man so die Veränderung, die das Leben in einem vollbringt, als wenn man an einen Ort wiederkehrt, als man noch sehr jung war. Es bleibt immer ein leises Wehgefühl zurück. —
Das Sägewerk Lenz ist in Betrieb [3]. Das Wohnhaus steht, ebenso die Häuser an der Woldenberger Straße. Auch die Häuser in der Sudetenfreiheit stehen noch. Dann bogen wir ab Richtung Bahnhof. Der Bahnhof ist im Bau, bekommt aber ein anderes Gesicht. Ganz langsam ging es dann durchs Städtchen — das, was einmal Schloppe war, heute Slopa (sprich Schwohpa) — zum Friedhof. Dort überkam es mich. Dicke Tränen rollten über mein Gesicht. Nicht ein Grab ist mehr zu finden. Der ganze Friedhof ist wild mit Efeu und den blauen Leberblümchen überwuchert [4]. In stillem Gebet verharrte ich an der Stelle, wo sich das Grab meiner Mutter befinden mußte. Es lag ein Stein mit dem Namen Stelter darauf. Der kath[olische] Friedhof ist gepflegt.
Scheinerts Gärtnerei machte einen verwahrlosten Eindruck [5]. Das Wohnhaus steht nicht mehr. An der Tützer Straße stehen noch 2 Häuser. Die Oberförsterei und die alte Schule am Friedhof stehen, ebenso einige gegenüber liegende Häuser. Die Häuser, die noch verblieben sind, sehen grau in grau aus. Von der Altstadt ist nicht mehr viel übrig geblieben. Vom Marktplatz mit ev[angelischer] Kirche bis zu Rektor [6] Dodenhöft (auch sein Häuschen steht nicht mehr, und der Garten ist verwildert) [7] ist alles vom Erdboden verschwunden. Auf dem Marktplatz steht ein Kiosk [8]. Dann wollten wir zur Badeanstalt [9], kamen aber nicht durch, da bei Witts Mühle [10] gesperrt war. Das Anwesen Witt steht. Hinter einem Pfahl lugte ein Wachposten hervor. Schnell machten wir kehrt. Still lag der See, und von weitem sah man noch den weißen Sand, in dem wir uns als Kinder nach einem erfrischenden Bad tummelten. Von der Badeanstalt selbst sah man nichts. Dann fuhren wir wieder zurück durch die Königsberger Straße. Kaum zu glauben, daß dies einst eine bewohnte Straße war. Wie gesagt, die Häuser sind alle weg — nur Gras! Vor dem Desselfließ, wo einmal die Geschäfte von Grams, Stelter u[nd] s[o] w[eiter] waren, steht heute der erste Wohnblock mit 3 Stockwerken. Die Häuser in der Gartenstraße stehen. Im oberen Teil der Stadt steht ganz majestätisch unsere Schule. Gegenüber der Komplex Polizei, Dr. Wilm, Sparkasse [11]. Davor Rosenbeete. Dann die kath[olische] Kirche, der Kindergarten [12], Bäckerei Feistner und einige an grenzende Häuser. Ferner das Amtsgericht. Dort pflastert man jetzt eine Straße und legt einen breiten Stufenweg (Bürgersteig) an, er sieht sehr hübsch aus. Wo der Rechtsanwalt Kutz wohnte, steht heute eine Baracke [13], davor ein Kiosk. Dann stehen noch die Häuser, wo Ziskes, Starzinskis, Kaufmann Hauß, Bölter u[nd] s[o] w[eiter] wohnten. Das Haus von Töpfermeister Klegin, in dem wir wohnten, steht nicht mehr. Darauf steht heute eine Betonbaracke [14]. Es ist wohl ein Laden drin. Die Kroeningstraße ist erhalten, ebenso die Villa des kath[olisches] Pfarrers, Kants Haus, Loechels Haus, in dem Lehrer Sabinski wohnte.
Loechels Haus an der Trebbiner Straße steht nicht mehr, aber die Siedlung am Wald steht [15]. Das Zementwerk ist in Betrieb [16].
Dann fuhren wir weiter in Richtung Deutsch Krone, Schneidemühl, Bromberg, Graudenz, aber nicht ohne vorher noch ein paar Aufnahmen gemacht zu haben. Getraut haben wir uns nicht so recht. Zweimal erschien Polizei. Die Leute starrten uns alle an, als kämen wir von einem anderen Stern [17]. Danzig, Zoppet, Gdingen und Posen bekamen wir auch noch zu sehen. Denn ohne vorgeschriebene Route konnten wir kreuz und quer durchs Land fahren. An der Ostsee ist es sehr schön. Die Städte machten einen gepflegten Eindruck, auch die Menschen. Die kleine Stippvisite „alte Heimat“ neigte sich dem Ende zu. Ich habe die Heimat noch einmal zu sehen bekommen. Gott segne sie, wenn auch jetzt andere Menschen dort wohnen, die dieses schöne Land auch ihre Heimat nennen.
Inge Dubut, geb[oren] Ӧstreich
Jak dziś wygląda w mieście Człopa
Drodzy Krajanie! Na pewno już jesteście ciekawi, by dowiedzieć się czegoś ze starej ojczyzny, z kraju, w którym spędziło się dzieciństwo. Tak więc, po tym jak otrzymaliśmy wizę, w Wielki Piątek [1] wyruszyliśmy, o godzinie czwartej rano, przez Frankfurt, Kassel, Hanower, Berlin, Frankfurt nad Odrą i wieczorem dotarliśmy do polskiej granicy. Na granicy byliśmy zaskoczeni. Nie przywitał nas żaden żołnierz z karabinem; można było pomyśleć, że wszystko tam posnęło. Weszliśmy do budynku na kontrolę paszportową i celną. Tam podstemplowali nasze paszporty i po wymianie pieniędzy (pięć dolarów na dzień na osobę jest obowiązkowe) i wykupieniu ubezpieczenia pojazdu, mogliśmy przejechać – bez kontroli walizek i samochodu. Pięć kilometrów od granicy, miejscowość nazywa się „Słubice”, zatankowaliśmy i przenocowaliśmy (benzyna jest dobra). Hotel był skromny, ale czysty. Pokój dwuosobowy kosztował około dwudziestu dwóch marek i miał ciepłą i zimną wodę.
Samochód stał na strzeżonym parkingu hotelowym. Następnego dnia rano ruszyliśmy dalej przez Kostrzyn w kierunku Człopy. Drogi są w dobrym stanie, można jechać szybko, wszystko jest dobrze oznakowane.
Rozległe pola i lasy sosnowe pozdrawiały nas z lewej i prawej strony dróg; po drodze widzieliśmy też brzozy. I od razu przyszedł mi na myśl Hermann Löns [2] i jego piosenka „Alle Birken grünen in Moor und Haid” („Wszystkie brzozy zielenią się na trzęsawisku i wrzosowisku”), którą tak często śpiewaliśmy. Miasta tętniły życiem. Wsie natomiast sprawiały senne wrażenie. Wydawało się, że czas stanął tam w miejscu. — Wszystko było takie opustoszałe, ponure, pomimo że świeciło słońce. Byliśmy przed Człopą. Dotarliśmy do Szczuczarza. Tu zaczęły się wspomnienia rodzinne; przecież mieszkała tam moja ciotka. Szczuczarz jest taki jak dawniej.
Tak, i wtedy pojawiły się pierwsze domy Człopy. Serce mi waliło, bo nigdy nie czuje się zmiany, która zachodzi w życiu, jak wtedy, gdy wraca się do miejsca, w którym było się bardzo młodym. Zawsze pozostaje po nim słabe, bolesne uczucie. —
Tartak Lenza funkcjonuje [3]. Budynek mieszkalny [na jego terenie] stoi, podobnie jak domy przy Woldenberger Straße [obecnie ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego]. Również domy przy Sudetenfreiheit [obecnie ulica Gospodarska] jeszcze stoją. Następnie skręciliśmy w kierunku dworca kolejowego. Dworzec jest w budowie, ale nabiera innego wyglądu. Bardzo powoli przejechaliśmy przez miasteczko — te, które kiedyś było Schloppe, a teraz [jest] Slopa (wymawiaj Schwohpa) — na cmentarz. Tam mną wstrząsnęło. Grube łzy potoczyły się po mojej twarzy. Nie można już znaleźć ani jednego grobu. Cały cmentarz jest zapuszczony, porośnięty bluszczem i niebieskimi przylaszczkami [4]. W cichej modlitwie stałam w miejscu, gdzie powinien znajdować się grób mojej matki. Był tam kamień, na którym widniało nazwisko Stelter. Cmentarz katolicki jest zadbany.
Ogrodnictwo Scheinerta robiło wrażenie opuszczonego [5]. Domu mieszkalnego już nie ma. Przy Tützer Straße [obecnie ulica A. Mickiewicza] stoją jeszcze dwa domy. Nadleśnictwo i stara szkoła przy cmentarzu stoją, podobnie jak kilka domów naprzeciwko. Domy, które jeszcze pozostały, wyglądają buro i ponuro. Ze starego miasta niewiele pozostało. Od rynku z kościołem ewangelickim aż do [posesji] rektora [6] Dodenhöfta (jego domku też już nie ma, a ogród jest zarośnięty) [7] zniknęło wszystko z powierzchni ziemi. Na rynku znajduje się kiosk [8]. Potem chcieliśmy dostać się do kąpieliska [9], ale nie udało się, bo młyn Witta [10] był zamknięty. Posiadłość Wittów stoi. Zza słupa wyjrzał strażnik. Szybko zawróciliśmy. Jezioro było spokojne, a z daleka widać było jeszcze biały piasek, na którym jako dzieci buszowaliśmy po orzeźwiającej kąpieli. Samego kąpieliska nie można było dostrzec. Następnie pojechaliśmy z powrotem przez Königsberger Straße [obecnie ulica Bydgoska]. Trudno uwierzyć, że była to kiedyś zamieszkana ulica. Jak wspomniałam, domów już nie ma — tylko trawa! Przed Cieszynką, gdzie kiedyś znajdowały się sklepy Gramsa, Steltera i tak dalej, dziś stoi pierwszy blok mieszkalny z trzema piętrami. Domy przy Gartenstraße [obecnie ulica S. Żeromskiego] stoją. W górnej części miasta stoi zupełnie majestatycznie nasza szkoła. Naprzeciwko znajduje się kompleks policji, doktora Wilma i kasy oszczędnościowej [11]. Przed nim grządki różane. Następnie kościół katolicki, przedszkole [12], piekarnia Feistnera i kilka sąsiednich domów. Dalej sąd obwodowy. Tam teraz utwardzana jest ulica i układane są szerokie schodki (chodnik), wygląda to bardzo ładnie. Gdzie mieszkał adwokat Kutz, stoi dziś barak [13], a przed nim [postawiono] kiosk. Jeszcze stoją domy, w których mieszkali [rodziny] Ziske, Starzinski, kupiec Hauß, Bölter i tak dalej. Domu zduna Klegina, w którym mieszkaliśmy, już nie ma. Dziś stoi tam betonowy barak [14]. Prawdopodobnie znajduje się w nim sklep. Kroeningstraße [obecnie ulica T. Kościuszki] zachowała się, podobnie jak willa katolickiego księdza, dom Kanta i dom Loechela, w którym mieszkał nauczyciel Sabinski.
Domu Loechela przy Trebbiner Straße [obecnie ulica Kolejowa] już nie ma, ale osiedle przy lesie stoi [15]. Cementownia funkcjonuje [16].
Potem pojechaliśmy dalej w kierunku Wałcza, Piły, Bydgoszczy, Grudziądza, ale nie bez zrobienia najpierw kilku zdjęć. Nie budziliśmy całkowitego zaufania. Dwukrotnie pojawiła się policja [wówczas milicja]. Ludzie gapili się na nas, jakbyśmy byli z innej planety [17]. Zobaczyliśmy też Gdańsk, Sopot, Gdynię i Poznań. Wobec braku zaplanowanej trasy, mogliśmy krążyć po kraju. Nad Bałtykiem jest bardzo ładnie. Miasta robiły wrażenie zadbanych, podobnie ludzie. Krótkie odwiedziny „starej ojczyzny” dobiegły końca. Po raz kolejny udało mi się zobaczyć kraj rodzinny. Niech Bóg go błogosławi, nawet jeśli teraz mieszkają tam inni ludzie, którzy ten piękny kraj również nazywają swoją ojczyzną.
Inge Dubut, urodzona Ӧstreich
[1] Jeżeli ten wyjazd faktycznie miał miejsce w 1971 roku, to Wielki Piątek wypadał wtedy 9 kwietnia.
[2] Pisarz, poeta, w młodości mieszkający między innymi w Wałczu; szerzej o nim w Wikipedii.
[3] Mowa o dzisiejszym tartaku przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego.
[4] Mowa o cmentarzu ewangelickim, znajdującym się bliżej ulicy Adama Mickiewicza niż cmentarz katolicki.
[5] Obecnie teren posesji i ogródków działkowych przy ulicy Adama Mickiewicza, na północ od cmentarzy.
[6] Zapewne chodzi o stanowisko kierownika szkoły (lub instytucji kościelnej).
[7] Przy skrzyżowaniu obecnych ulic Bydgoskiej i Młyńskiej.
[8] Mowa o kiosku spożywczym ustawionym na fundamentach, rozebranego w 1967 roku, kościoła ewangelickiego.
[9] Mowa o człopskiej „Plaży” nad Jeziorem Młyńskim (ośrodek wypoczynkowy „Sosenka”).
[10] Młyn przy ulicy Młyńskiej, stojący w miejscu gdzie Cieszynka wypływa z Jeziora Młyńskiego.
[11] Mowa o najważniejszych budynkach przy dzisiejszym Placu Zwycięstwa.
[12] Dzisiejsze „stare przedszkole”.
[13] Tak zwana „remiza”, w tym miejscu stanął niedługo później człopski Dom Kultury.
[14] Mowa o sklepie „po schodkach” przy skrzyżowaniu ulic Wincentego Witosa i Tadeusza Kościuszki.
[15] Zapewne mowa o tak zwanych „Gliniankach”.
[16] Zapewne chodzi o nieistniejącą już wytwórnię cegły wapienno-piaskowej zlokalizowanej koło magazynów Państwowych Zakładów Zbożowych przy ulicy Kolejowej.
[17] Sądzę, że te uwagi dotyczą całego pobytu w Polsce, a nie tylko kilkugodzinnej wizyty w Człopie.
Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację
Przejdź na profil strony na Facebooku
