Punktem wyjścia będzie zestaw legend opublikowany w książce Sławomira Łozowskiego „Człopa. Okruchy dziejów, okolice, legendy”. Pan Sławomir nie podał dokładnego źródła, z których je zaczerpnął. Możliwe, że były to tłumaczenia z języka niemieckiego tekstów umieszczonych w pracy Karla Freitaga „Schlopper Sagen” („Człopskie podania”) z 1927 roku, wskazanej w bibliografii do książki (a do której nie udało nam się dotrzeć).
Spis legend
Zbójcy z Zamkowej Góry (Skąd wzięła się nazwa jeziora Kamień)
Przekleństwo czeladnika, czyli dlaczego w Człopie pada deszcz w dni targowe?
Jak Pieta trafiła do Skrzatusza
Jak powstała wyspa na jeziorze koło Szczuczarza
Sprzedana młynarzowa ze Szczuczarza
Baron i dziewczyna ze Szczuczarza
O księciu Dzierżykraju
Tysiąc lat temu tu, gdzie teraz leży Człopa, rozciągała się nieprzebyta puszcza. Wiódł przez nią szlak z południa na północ, którym podążali kupcy i wędrowcy, kierujący się od ziem Wiślan i Polan na wybrzeże Bałtyku. W grodzie na tym szlaku żył książę Dzierżykraj, zwany też Dzierżkiem, mądry władca panujący nad tymi ziemiami, dbający o ich bezpieczeństwo. Nie mógł on doczekać się męskiego potomka, na nic zdały się modły kierowane do pogańskich bożków. Aż któregoś dnia na świat przyszła jego córka, co zawiodło oczekiwania ojca, ale mimo to pokochał ją ponad wszystko. Pewnego dnia dziecko zachorowało i nikt nie potrafił go uleczyć. Kiedy już zdawało się, że umrze, pod bramą grodu zjawili się wędrowcy, a dowiedziawszy się o trosce władcy, zaoferowali swoją pomoc. Dziewczynce podano wywar z ziół, po czym po kilku dniach wróciła do pełni sił. Szczęśliwy Dzierżykraj w podzięce chciał ofiarować przybyszom bogate dary, ale ci odmówili, oświadczając, że to nie ich zasługa, a Boga, którego wyznają. Tak zdumiało to księcia, że zapragnął dowiedzieć się o nim więcej i w rezultacie przyjął chrzest wraz z córką. Następnie wysłał posłów na dwór Bolesława w Gnieźnie, a cała sprawa tak ujęła polskiego władcę, że uczynił Dzierżykraja swoim wojewodą na tych ziemiach. Dodatkowo na pamiątkę chrztu nadał mu herb „Nałęcz”, co miało symbolizować przepaskę biodrową Chrystusa umęczonego na krzyżu.
[za S. Łozowskim]
W innej wersji tej legendy jej fabuła nieco się różni. To sam Dzierżykraj miał zaniemóc po tym, jak podczas kolejnej potyczki z Niemcami trafiła go zatruta strzała. Kiedy wydawało się, że nie ma dla niego ratunku, o gościnę w grodzie poprosił samotny wędrowiec. Gdy dowiedział się o stanie zdrowia księcia, zgodził się mu pomóc. Po tym jak został sam na sam z chorym, posmarował jego rany maścią, a na piersi położył krzyż i zmówił modlitwę. Uczyniwszy to, opuścił gród, a poddani Dzierżykraja widzieli, że z dnia na dzień księciu przybywa sił. Kiedy już wydobrzał, to spotkał się z nimi, by wysłuchać nowin, ale i aby przekazać, że ów wędrowiec oznajmił, że uleczenie zawdzięcza Bogu – a ten Bóg nie chce w podzięce ofiar jak pogańskie bożki, a najlepiej ochrzczenia ludu Dzierżykraja. Wtedy dowiedział się, że nadarza się ku temu okazja, bo w okolicy przebywa gnieźnieński książę Bolko, a wraz z nim biskup. Doszło więc do chrztu, a Dzierżykrajowi oficjalnie została nadana godność książęca.
[za Ziemia wałecka i Legendy ziemi wałeckiej]
Zbójcy z Zamkowej Góry
W dawnych czasach zamek-gródek na szczycie Zamkowej Góry, przy ujściu Cieszynki do jeziora Kamieńskiego (Kamińskiego, Kamień), był siedzibą rycerzy-rozbójników (z niemiecka zwanych raubritterami). Łupili oni kupców i miejscową ludność, a przewodził tej bandzie niejaki Kamieński (lub Kamiński). Tak dalece posuwali się w swych uczynkach, aż przebrała się miarka. Człopianie, w porozumieniu z właścicielami dóbr z okolicy, w sekrecie uszykowali najazd na zamek. Jednak nim do tego doszło, Kamieński jakoś dowiedział się o tym i wysłał swoich ludzi wraz ze skradzionym majątkiem w leśne ostępy nad Drawą. Sam jeszcze pozostał w zamku, by ukryć w sobie tylko znanej kryjówce w lochach najcenniejsze skarby. O ile ukryć je zdołał, to gdy już chciał opuścić wzgórze, spostrzegł zbrojnych podchodzących pod zamek. Jedynie droga przez pobliskie jezioro nie była jeszcze odcięta. Jego koń nie bał się wejść w toń jeziora z jeźdźcem na grzbiecie, bo wcześniej już to robili. Dotarli do przeciwległego brzegu, ale już i tam z lasu wybiegali uzbrojeni ludzie. Kamieński zawrócił konia i jeszcze raz rzucili się w wody jeziora. Ale tym razem nie udało się – czy koń osłabł, czy któryś z nich został trafiony strzałą wypuszczoną z łuku – nie wiadomo. Kamieńskiego już nikt nigdy w tych okolicach nie widział ani o nim nie usłyszał, widać utonął. A od tego czasu jezioro zaczęto nazywać Kamieńskim (Kamińskim).
Nadal też wśród miejscowej ludności pamiętano o skarbach, jakie w zamkowych podziemiach miał ukryć ten rycerz-zbójca. Próbowano ich szukać, ale podobno jakaś siła w tym przeszkadzała. Czarny byk lub pies nocami przepędzał intruzów. Widywano na wzgórzu jakieś poruszające się światełka, które nagle ginęły, jakby zapadając się pod ziemię. Poszukiwania nie powiodły się również w przypadku jednego z właścicieli dóbr w Załomie, który ściągnął ze Śląska ówczesnych górników. Wydrążony tunel, choć solidnie oszalowany, co i rusz był przez noc zasypywany. Zresztą i tak sam inicjator wkrótce stracił życie, skręcając kark po upadku z konia na polowaniu. Skarbów nikomu nie udało się odnaleźć, została tylko legenda.
[za S. Łozowskim]
A w poniższej wersji tej legendy brakuje ukrytych skarbów i prób ich wydobycia.
W sto lat po śmierci Dzierżykraja, na jego zamku panował rycerz zwany Kamińskim. Wraz z podobną sobie grupą zbrojnych łupił przejeżdżających kupców i okoliczną ludność. W końcu przebrała się miarka i ofiary postanowiły rozprawić się ze swoimi ciemiężycielami. Otoczyli zamek, podczas gdy jego mieszkańcy odsypiali nocną pijatykę. Kiedy rozgorzała walka i Kamiński pojął swoje tragiczne położenie, nałożył zbroję, a zgromadzone kosztowności nakazał ładować na wozy. Jednak było już za późno – wzgórze zamkowe było otoczone, a jedyna droga wiodła przez przyległe jezioro. Wraz z koniem pogalopował w tamtym kierunku, ale już po kilku krokach wciągnęło ich muliste dno. Od tego czasu mieszkańcy zaczęli nazywać to jezioro „Kamień”.
[za Ziemia wałecka]
Jarosław Leszczełowski w swoim zbiorze legend z ziemi wałeckiej o rycerzu-rozbójniku Kamińskim napisał dwukrotnie, opierając się na niemieckich tekstach dwóch różnych autorów: „Jak powstała nazwa jeziora koło Człopy” (Fritz Bambam, Der Kemminsee erhält seinen Namen [w:] Deutsch Krone – Stadt und Kreis) i „Raubritterzy znad jeziora Kamień koło Człopy” (Harry Damerau, Der Kemminsee [w:] Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone). Ten pierwszy odpowiada krótszej wersji legendy, a ten drugi wersji z poszukiwaniem skarbów. A chyba najwcześniej tekst tej legendy opublikował wzmiankowany powyżej Karl Freitag, na przykład w „Grenzmark Posen-Westpreuβen. Ein Heimatbuch“ z 1927 roku:
Der Kamminsee
Zuletzt wohnten nur Raubritter auf dem Schloßberge und trieben ihr Unwesen mit den durchziehenden Kaufleuten, belästigten auch die Schlopper Bürger. Da beschloß der Grundherr von Schloppe, den schlimmsten von ihnen, Kaminski, unschädlich zu machen. Er belagerte die Burg, umstellte auch teilweise den angrenzenden See. Kaminski sah sich verloren. Er vergrub seine Gold- und Silberschätze in einem unterirdischen Gang, sattelte sein feurigstes Roß und versuchte so den See zu durchschwimmen. Als er aber auf dem jenseitigen Ufer auch Soldaten postiert sah, stürzte er sich in die Fluten. Noch heute trägt der See seinen Namen.
Später hat ein Besitzer von Wedell aus Salm versucht, den Schloßberg umzugraben. Er ist aber dabei Bankerott geworden. Jedesmal waren seine Arbeiten, die er am Tage ausführen ließ, über Nacht von unsichtbaren Mächten eingeebnet worden. Daher wagt sich jetzt auch niemand mehr an solche unheimlichen Ausgrabungen.
Jezioro Kamień
W końcu na Górze Zamkowej mieszkali tylko rycerze-rozbójnicy, którzy łupili przejeżdżających kupców, a także nękali człopskich mieszczan. Dziedzic Człopy postanowił rozprawić się z najgorszym z nich, Kamińskim. Obległ zamek, a także częściowo otoczył przyległe jezioro. Kamiński pojął, że jest zgubiony. Zakopał swoje skarby ze złota i srebra w podziemnym chodniku, osiodłał najmocniejszego konia i spróbował przepłynąć jezioro. Gdy jednak na tamtym brzegu zobaczył rozstawionych zbrojnych, [z powrotem] rzucił się do wody. Jezioro do dziś nosi jego imię.
Później dziedzic von Wedell z Załomu próbował przekopać Górę Zamkową. Ale przez to zbankrutował. Za każdym razem jego praca wykonana za dnia, przez noc była niweczona przez niewidzialne siły. Dlatego już nikt nie ośmiela się podejmować prób takich budzących grozę wykopalisk.
Źródło księżniczki
Dawno temu dwaj pasterze paśli swoje owce na łąkach przy Cieszynce. Na drugim brzegu rzeki wznosiła się Góra Zamkowa, którą dziś nazywamy Grodziskiem. Dzień był gorący, dlatego jeden z pasterzy zaczął zaganiać swoje stado bliżej lasu i cienia. Zdziwił się wielce, gdy ukazała mu się piękna dziewczyna w bogatych szatach. Wyjaśniła mu, że jest księżniczką uciekającą przed złym czarnoksiężnikiem i chciałaby schronić się w podziemiach dawnego zamku. Następnie poprosiła młodzieńca, by przeniósł ją przez rzekę, ale pod żadnym pozorem nie odzywając się ani nie oglądając za siebie. Pasterz w końcu zgodził się i wziął księżniczkę na ręce, zostawiając owce pod lasem. Rzeka była płytka w tym miejscu, więc rychło dotarli do drugiego brzegu. Do podnóża góry było już niedaleko, gdy do uszu pasterza doleciał krzyk jego kompana: „Wilk! Wilk porwał twoją owcę!”. Nie pamiętając o tym, przed czym ostrzegała go księżniczka, natychmiast odwrócił głowę i faktycznie ujrzał wilka wlokącego owcę z jego stada. Wtedy usłyszał wyrzut z ust dziewczyny: „Cóżeś zrobił, nieszczęsny?! Zgubiłeś mnie na wieki!”. I nim się zorientował, księżniczka zniknęła, a u jego stóp wytrysnęło źródło. Wypływała z niego krystalicznie czysta woda, a jej szmer brzmiał zupełnie jak słowa: „Uwolnij mnie! Uwolnij…”.
Z biegiem czasu źródło zniknęło wśród zarośli, ale podobno jeden raz w roku, na świętego Jana, znów zaczyna bić i w jego szmerze można usłyszeć błagalne „Uwolnij mnie!” wypowiadane dziewczęcym głosem.
[za S. Łozowskim]
Nieco mniej magiczna jest inna wersja tej legendy.
W odwiedziny do mieszkających w pobliżu Człopy krewnych przybyła cudnej urody księżniczka. Bardzo spodobała się jej okolica, całe godziny spędzała na samotnej wędrówce, podziwiając okazy zwierząt i roślin. Któregoś dnia jej spacer bardzo się przedłużył, a nie chcąc spóźnić się na – zawsze wspólnie spożywany o stałej godzinie – obiad, w pośpiechu zgubiła drogę. W końcu wyszła na skraj bagna, a za nim widać było zamek, w którym ją goszczono. Wiedziała, że miejscowi znają ścieżkę przez mokradła, dlatego ucieszyła się, kiedy na łące opodal ujrzała stado owiec i dwóch pasterzy. Udało się jej nakłonić jednego z nich, przystojnego młodzieńca, by przeniósł ją przez bagno. Zastrzegła jednak, by nic nie mówił i nie oglądał się za siebie.
Gdy byli już pośród trzęsawiska, drugi z pasterzy – zazdrosny o księżniczkę – krzyknął: „Wojtek! Na twoje owce wilki napadły!” Chłopak odwrócił się na te słowa, a w tej samej chwili z jego ramion wysunęła się dziewczyna i utonęła w bagnie. Niedługo potem z wielkiej żałości umarł i sam Wojtek. A w miejscu, gdzie utonęła księżniczka, wytrysnęło źródełko, dające początek strumieniowi. Ponoć woda z niego uzdrawiała, ale wyłącznie urodziwych kawalerów.
[za Ziemia wałecka]
Jarosław Leszczełowski – podobnie jak w przypadku legendy o rycerzu Kamińskim – przytoczył dwie wersje różniące się szczegółami, ale treścią nawiązujące do źródła wypływającego gdzieś u podnóży Góry Zamkowej: „Źródło Księżniczki koło Człopy” (w oparciu o: Fritz Bambam, Die wunderwirkende Quelle i Der Prinzessinenspring) i „Nad Cieszynką koło Człopy” (w oparciu o: Harry Damerau, Der Prinzessinspring).
W „Źródle Księżniczki…” czytamy o pięknej księżniczce mieszkającej w zamku stojącym na Zamkowej Górze. Wielu zacnych kandydatów ubiegało się o jej rękę, ale ona kochała giermka swojego ojca. Odmowa, której udzieliła jednemu z rycerzy, sprowadziła na nią nieszczęście. Człowiek ten zajmował się też czarami i zamienił ją w żabę, po czym wrzucił do zamkowej studni. Księżniczka pod nową postacią przedostała się do jeziora, dalej do Cieszynki, aż wreszcie dotarła do źródełka opodal zamku. Miała tu oczekiwać na kawalera, który zdejmie z niej zaklęcie. Szansa na to zdarzała się raz do roku – w samo południe w dniu świętego Jana. Wtedy było słychać dźwięk dzwoneczka.
Ukochany księżniczki zmartwił się zniknięciem księżniczki. W kolejnych latach został pasowany na rycerza, odbył wyprawę wojenną, a po powrocie dowiedział się, co się tak naprawdę wydarzyło i jak może uwolnić swoją wybrankę. W dniu świętego Jana wybrał się przed południem nad rzekę, by odnaleźć źródełko. Przy brodzie spotkał starca, który poprosił go o przeniesienie na drugą stronę, tłumacząc to słabością nóg. Młodzieniec przystał i wziął go na plecy. W połowie drogi obejrzał się i przeraził – zamiast człowieka, niósł na plecach wilka. Strącił go precz, a kiedy wilk dotarł na brzeg, zmienił swą postać. Starcem i wilkiem był tak naprawdę ów zły rycerz, który rzucił zaklęcie na księżniczkę. Teraz zaśmiał się tryumfalnie, bo oto minęła pora, kiedy księżniczka mogła zostać odczarowana.
Od tamtej chwili ludzie urodzeni w niedzielę mogą usłyszeć dźwięk dzwoneczka dochodzący ze źródła, zwanym Źródłem Księżniczki, z którego bierze początek strumyk wpadający do Cieszynki.
A legenda „Nad Cieszynką koło Człopy” rozpoczyna się od znanych nam już dwóch pasterzy. Oto stanęła przed nimi przepiękna dziewczyna i zwróciła się do jednego z nich z prośbą o pomoc w przekroczeniu Cieszynki, aby mogła dostać się do pobliskiego zamku. Chłopak domyślił się, że jest to zaklęta księżniczka, o której opowiadano w tych stronach. Zgodził się, a wtedy otrzymał od niej napomnienie, by nie próbował w trakcie przeprawy odezwać się lub spojrzeć za siebie. Inaczej stanie się nieszczęście.
Pasterz wziął dziewczynę na barki i sprawnie przeszedł przez rzekę. Kiedy byli już na drugim brzegu, usłyszał wołanie swojego kompana: „Wielki wilk wpadł między twoje owce!”. Odruchowo odwrócił się w tamtą stronę, a w tej samej chwili księżniczka zsunęła się i zniknęła pod powierzchnią ziemi. Po chwili z tego miejsca wytrysnęło źródło o wodzie przejrzystej jak kryształ.
Później łąka została zmeliorowana – wykopano dwa rowy – co spowodowało, że Źródło Księżniczki stało się ledwie widoczne. A księżniczka pojawia się w samo południe w dniu świętego Jana przed osobami urodzonymi w niedzielę i prosi: „Uwolnij mnie, uwolnij mnie”.
Ludzie opowiadają, że woda z tego źródła ma cudowną moc. Gdy młoda i skromna panna w Poniedziałek Wielkanocny wstanie przed świtem i zjawi się przy źródle, to o wschodzie słońca ujrzy na jego powierzchni obraz przyszłego męża. A gdy nabierze wody w naczynie i wróci do domu, nie rozmawiając po drodze z kimkolwiek, to przez cały kolejny rok postrzegać ją będą jako niezwyczajnie piękną. Również w Lany Poniedziałek zjawa księżniczki ma schodzić z Zamkowej Góry i nabierać wielkanocnej wody do dzbana.
[za J. Leszczełowskim, a ten za: Fritz Bambam, Die wunderwirkende Quelle i Der Prinzessinenspring [w:] Deutsch Krone – Stadt und Kreis oraz Harry Damerau, Der Prinzessinspring [w:] Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone]
Również i tę legendę Karl Freitag opublikował w „Grenzmark Posen-Westpreuβen. Ein Heimatbuch“ z 1927 roku:
Der Prinzessinspring
Wie die meisten kleinen Städtchen der Grenzmark so hat auch Schloppe einige jener Burgberge, deren Entstehungsgeschichte in die graueste Vorzeit hineinreicht. Möglich, daß schon die Burgunden sie als Verteidigungswälle gegen die anstürmenden Slawen benutzten. Naturgemäß knüpfen sich auch viele Sagen an solche Erdaufschüttungen. Schloppe besaß zwei solcher Schloßberge. Der eine lag in dem jetzigen Propstgarten und ist schon längst eingeebnet, der andere befindet sich in der Nähe des Kamminer Sees am Desselfließ. Letzterer wird gerne von den Schlopper Jungens aufgesucht, zumal dort eine geheimnisvolle Quelle, der sogenannte Prinzessinspring, die Gemüter gefangen nimmt. Das ist auch eine eigene Geschichte damit. Hüten da einmal vor vielen Jahren die Schäfer der beiden angrenzenden Grundherren ihre Schafe, als dem einen hüben in der Mittagszeit eine wundervolle Prinzessin erschien und ihn bat, sie doch über den Fluß nach dem Schlosse zu tragen. Er solle sich aber um Gotteswillen unterwegs weder umsehen noch sprechen. Gehorsam folgte der Schäfer dieser Aufforderung. Als er bereits auf der andern Seite den Wiesengrund betrat, rief ihm der Schäfer von diesseits zu: Der Wolf ist zwischen deinen Schafen. Erschreckt blickte er sich um, doch in demselben Augenblick war die Prinzessin im Wiesengrunde verschwunden. Aus dieser Stelle sprudelte silberhelles Quellwasser hervor. Der Ackerbürger Quast, dem der Schloßberg gehört und der mir auch diese Sage erzählte, hat zur Verbesserung der Wiese ein paar Gräben gezogen. Daher ist der Prinzessinspring kaum noch zu erkennen. Jedoch soll die Prinzessin Sonntagskindern am Johannistage in der Mittagszeit erscheinen und klagend bitten: Erlöse mich, erlöse mich.
Źródło księżniczki
Jak większość miasteczek w Marchii Granicznej, również Człopa posiada kilka tych wzgórz zamkowych, których początki sięgają najdawniejszych czasów. Możliwe, że już Burgundowie używali ich jako wałów obronnych przed atakującymi Słowianami. Oczywiście z takimi kopcami wiąże się wiele legend. Człopa posiadała dwa takie wzgórza zamkowe. Jedno znajdowało się w dzisiejszym ogrodzie probostwa [przy kościele świętego Wojciecha – przypis tłumacza] i zostało już dawno zniwelowane, drugie znajduje się w pobliżu jeziora Kamień nad Cieszynką. To ostatnie jest chętnie odwiedzane przez człopską młodzież, zwłaszcza że jest tam tajemnicze źródło, zwane Źródłem Księżniczki, które oddziałuje na ich wyobraźnię. Ma również swoją własną historię. Przed wielu laty pasterze obu sąsiadujących ze sobą dziedziców paśli tam swoje owce, gdy w południe jednemu z nich ukazała się przecudna księżniczka i poprosiła, czy by nie przeniósł jej przez rzekę do zamku. Ale zaklinała go, że po drodze nie może oglądać się ani mówić. Pasterz posłusznie spełnił tę prośbę. Gdy dotarł na łąkę po drugiej stronie, zawołał do niego pasterz z tamtej strony: „Wilk jest między twoimi owcami!”. Zaskoczony obejrzał się, ale w tym samym momencie księżniczka zapadła się w ziemię. Z tego miejsca trysnęła jasnosrebrna woda źródlana. Gospodarz Quast, który jest właścicielem Góry Zamkowej, i który również opowiedział mi tę legendę, dla poprawy stanu łąki wykopał kilka rowów. Dlatego też Źródło Księżniczki jest prawie nie do rozpoznania. Jednak księżniczka ma podobno ukazywać się urodzonym w niedzielę w południe w dzień świętego Jana i błagać: „Uwolnij mnie, uwolnij mnie”.
Kaukaski strzelec
Podczas odwrotu armii Napoleona spod Moskwy, zimą na przełomie 1812 i 1813 roku, w Człopie stanął wycofujący się francuski oddział. Żołnierze ci wieźli ze sobą pułkową kasę – skrzynię wypełnioną pieniędzmi i zrabowanymi kosztownościami, którą umieścili pod wzmocnioną strażą w którymś z budynków. O tym skarbie dowiedział się jeden z konnych Kozaków, myśliwy z Kaukazu, którego oddział postępował za Francuzami. Pewnej nocy wywołał pożar na skraju miasta, czym odciągnął uwagę straży strzegącej skrzyni. Udało mu się ją zabrać, lecz nie ujechał za daleko, bo była za ciężka. W tej sytuacji postanowił zakopać łup na tyłach jednej z posesji przy drodze wiodącej z miasta do Tuczna. Niebawem jego oddział ruszył za uciekającymi Francuzami dalej na zachód, co uniemożliwiło mu wydostanie go ze schowka. W „bitwie narodów” pod Lipskiem strzelec poniósł śmierć, ale jego duch nie zaznał spokoju. Od tego czasu w Człopie w bezksiężycowe noce miało pojawiać się widmo – ubrane w egzotyczny strój, przemykało na tyłach zabudowań, w pobliżu miejsca, w którym schowana została skrzynia.
[za S. Łozowskim]
Woli dół
W latach 1807-1814 właścicielem Człopy był napoleoński marszałek Louis-Alexandre Berthier. W mieście stacjonowały wojska francuskie, domagające się od mieszkańców utrzymywania siebie i swoich koni. Pewien rolnik, zmuszony oddać w tym celu swojego ostatniego wołu, postanowił schronić się wraz ze zwierzęciem w lesie za Cieszynką. Jednak gdy zbliżał się do rzeki, został dostrzeżony przez francuskie straże, które natychmiast zaczęły strzelać w jego kierunku. To spowodowało, że nie szukał płycizny, a rzucił się w nurt wraz z wołu. Niestety, trafił na głębię i wir, do tego dosięgła go wystrzelona kula. Utonął i wół, i jego właściciel. Stało się to gdzieś na skraju miasta, później to miejsce nazwano „wolim dołem” i jeszcze przez wiele lat omijano je podczas kąpieli czy przeprawiania się wpław przez Cieszynkę.
[za S. Łozowskim]
Przekleństwo czeladnika, czyli dlaczego w Człopie pada deszcz w dni targowe?
Przed wiekami w warsztacie kowalskim mieszczącym się w Człopie przy wyjeździe w stronę Wałcza, pracował młody, urodziwy, silny i bystry czeladnik. Ludzie go lubili, a panny oglądały się za nim – szczególnie córka jednego z kowalskich sąsiadów. Ale chłopakowi ożenek nie był w głowie, ponieważ chciał wędrować po świecie i u kolejnych majstrów doskonalić swój fach. W dniu, w którym opuszczał Człopę, zakochana w nim dziewczyna – w gniewie za jej odtrącenie – podrzuciła mu do torby kilka srebrnych monet. Niedługo potem oskarżyła chłopaka o ich kradzież. Czeladnika pojmali strażnicy miejscy i wrócili z nim do miasta. Sędziowie nie dali wiary wyjaśnieniom i błaganiom oskarżonego, tym bardziej, że dziewczyna podtrzymała swoje zarzuty. Za kradzież skazali go na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano na „szubienicznej górze” („Galgenberg”), wznoszącej się przy drodze do Wałcza, bo to na niej stała szubienica. Gdy kat zarzucił chłopakowi postronek na szyję, ten jeszcze zakrzyknął w kierunku licznie zgromadzonych: „Ludzie! Jestem naprawdę niewinny! Jeśli teraz umrę, na znak mojej niewinności, niebo zapłacze nad waszym miastem w każdy dzień, gdy podążycie na targ!”. Wyrok wykonano, a od tego czasu niemal w każdy dzień targowy w Człopie padał deszcz…
[za S. Łozowskim]
Również w przypadku tej legendy istnieje nieco inna wersja.
Do człopskiego mistrza krawieckiego przybył czeladnik w tym fachu z pytaniem o możliwość zatrudnienia. Wobec niewielkiej liczby zamówień, majster musiał odmówić młodzieńcowi, jednak wręczył mu dziesięciogroszową monetę na dalszą drogę i wyjaśnił gdzie w mieście znajdzie schronienie na noc. W chwili gdy czeladnik opuszczał izbę, weszli do niej dwaj znajomi krawca z tego samego cechu i od razu wdali się w dyskusję o jakości i cenach materiałów, którą kontynuowali w składzie, pakując bele tkanin. Krawiec nie zauważył, że wciąż trzymał w ręku sakiewkę, z której wyjął monetę dla chłopaka, ani tego jak ta wysunęła się i upadła między bele do zapakowania i zabrania. Zorientował się dopiero podczas wspólnego biesiadowania ze swoimi rozmówcami. Poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Jeden z braci cechowych zarzekał się, że widział jak wychodzący chłopak chował coś za pazuchą. Majster złożył skargę u sędziego, a woźny sądowy doprowadził czeladnika przed oblicze sądu. Mimo zapewnień obwinionego o jego niewinności, nie dano mu wiary. Koniec tej historii jest podobny: wydanie wyroku, egzekucja przez powieszenie i ostatnie słowa niesłusznie osądzonego skierowane do przyglądających się ludzi: „Na dowód mej niewinności, w tym mieście w dni targowe zawsze będzie padał deszcz!”. I tak się składa, że w te dni w Człopie padało nader często…
[za J. Leszczełowskim, a ten za: Fritz Bambam, Marktregen [w:] Deutsch Krone – Stadt und Kreis oraz Harry Damerau, Marktregen [w:] Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone – na marginesie – oba niemieckojęzyczne teksty w tych publikacjach brzmią identyczne]
Czarne cielę
Około północy, podczas nowiu księżyca, z Dzwonowa do Człopy konnym zaprzęgiem wracali – po wizycie u znajomych – ojciec z synem. Od strony jeziora widać było mgłę, gdzieś w oddali słyszalne były burzowe grzmoty, a niebo rozjaśniały błyskawice. Ojciec powoził, przysypiając nieco, a syn siedział obok niego i z trwogą rozglądał się wokół. Oprócz grzmotów słychać było jedynie odgłosy końskich kopyt i skrzypienie wozu. W pewnej chwili chłopak obejrzał się za siebie. W odległości kilkudziesięciu kroków ujrzał, podążające za nimi, czarne cielę z błyszczącymi oczami. Przerażony spróbował obudzić ojca, co nie było łatwe, ale w końcu udało się. Mężczyzna początkowo pomyślał, że to jakieś zabłąkane zwierzę, ale nagle zdał sobie sprawę, że nie oddala się od nich, mimo raźnego biegu koni, a do tego nie słychać uderzeń jego kopyt. Spanikował zupełnie, gdy stwór, którego oczy żarzyły się zielonkawym blaskiem, nagle przyspieszył. Wtedy zaciął konie i w pełnym pędzie minął rogatki Człopy. Tam dopiero zwolnił i obejrzał się trwożliwie. Nie zobaczył jednakże nic poza opadającym na drogę kurzem, wzbitym w powietrze uderzeniami końskich kopyt.
[za S. Łozowskim]
Upiorna wierzba
Przy polnej drodze wiodącej z Bukowa do Człopy, rosła szkaradna i pokraczna wierzba, w której gałęziach ptactwo nigdy nie chciało wić gniazd. Podczas burz pioruny nieraz w nią uderzały, nie czyniły jej jednak żadnej szkody. Z licznych dziupli i spękań w jej pniu dochodziły jakieś chroboty i pohukiwania. Nocami wystrzeliwały z niej ognie i snopy iskier. Nic dziwnego, że ludzie nie tylko w nocy, ale i za dnia unikali przechodzenia koło niej, choć wiodła tędy najkrótsza droga między obiema miejscowościami.
Zdarzyło się jednak któregoś październikowego wieczora, że zdecydowali się tędy przejść majster krawiecki w towarzystwie terminującego u niego ucznia. Szli z Bukowa, a gdy zbliżyli się do tej przeklętej wierzby, krawiec ujrzał coś leżące w poprzek drogi, a czego uczeń dojrzeć nie mógł. Wedle słów krawca to „coś” zamieniło się w kłąb pyłu i pognało ku wierzbie. Uczeń za to zobaczył języki ognia wydostające się z wierzby i, uformowany przez zrywającą się wichurę, lej z piachu i pyłu, który pomknął koło wierzby w kierunku lasu. Obaj wędrowcy puścili się biegiem w kierunku Człopy, uspokajając się dopiero na widok świateł w dolinie i na dźwięk kościelnego dzwonu, wzywającego na nabożeństwo. Poprzysięgli sobie już nigdy nie pojawiać się w tamtej okolicy, nawet jeśli trzeba byłoby nadłożyć szmat drogi.
[za S. Łozowskim]
Drwal i czarny kot
Mieszkający wraz z matką w Bukowie drwal, po całodziennej pracy w lesie, wracał do domu na wieczerzę. Na drodze, opodal miejsca gdzie pracował, ujrzał wielkiego, czarnego kota z błyszczącymi ślepiami. Drwal chciał wyminąć zwierzę, ale to wchodziło mu wprost pod nogi. Zmęczony mężczyzna zaklął i kopnął je. Wtedy buchnął płomień, po czym kot zniknął gdzieś przy drodze. Przestraszony drwal ruszył dalej, ale natychmiast poczuł przygniatający go wielki ciężar. Ledwie zdołał dotrzeć do chaty, w której wyczekiwała go matka. Wielce osłabiony zdołał tylko wyszeptać: „Kot. Czarny kot!”.
Wezwano do niego, uchodzącą za znachorkę, kobietę z sąsiedztwa. Przyniosła ona ze sobą zioła oraz własnego czarnego kota. Mężczyzna musiał wypić pół dzbana wywaru z zaparzonych ziół oraz trzy razy pogłaskać z włosem kota, mówiąc przy tym: „Idź, kocie, swoją drogą, ja ci nie przeszkodzę! Weź moją chorobę ze sobą!”. Po tym wszystkim zaczął odzyskiwać siły, tak że po kilku dniach powrócił do swojego zajęcia. Ale już zawsze schodził z drogi wszystkim czarnym kotom.
[za S. Łozowskim]
Złowróżbne znaki
Któregoś marcowego wieczoru 1870 roku w domu człopskiego krawca zebrało się kilkanaście kobiet z sąsiedztwa. Wspólnie przędły wełnę wśród rozmów i śpiewu. Czas mijał szybko, nim się obejrzały, zegar wybił godzinę dwudziestą trzecią i pora była się zbierać. Wesoły nastrój nagle prysł, gdy do izby wpadła z powrotem kobieta, która wyszła jako pierwsza, i krzyknęła: „Pali się! Niebo płonie!”. Wszyscy obecni wybiegli na zewnątrz, przekonani, że gdzieś w mieście wybuchł pożar. Jednak domy w większości stały już ciche i ciemne, a ich mieszkańcy pokładli się do snu. Za to na bezchmurnym niebie, od zachodu na wschód, rozciągał się szeroki pas ognistej czerwieni. Pulsował, migotał, to rozjaśnił się, to przygasł, a wszystko w kompletniej ciszy. Po dłuższej chwili zjawisko zniknęło. Oglądający jeszcze czekali, ale chłód dawał się we znaki. W końcu jedna z kobiet wydusiła z siebie: „Wojna! Będzie wojna!”. Krawiec tylko ofuknął ją, ale i on czuł się niepewnie.
Widać coś było na rzeczy, bo już w czerwcu wybuchła wojna francusko-pruska, w której udział wzięli również mężczyźni z Człopy. Walczyli, a czasami ginęli, na polach Francji. Ci, którzy powrócili, prócz ran i wspomnień, przywieźli ze sobą medale za udział w wojnie, odlane ze spiżu ze zdobycznych francuskich armat.
[za S. Łozowskim]
Wzgórze wisielców
Wzniesienie górujące nad Człopą, przy drodze do Wałcza, nazywane było niegdyś „wzgórzem wisielców”, bo to tam miała znajdować się szubienica. Opodal znajdowało się domostwo miejskiego kata. Pewnego razu właśnie kat, w napadzie gniewu i właściwie bez powodu, zabił kilkunastoletniego chłopca. Za ten okrutny czyn został skazany na ścięcie. Wyrok wykonano, ale kat nie zaznał spokoju również po śmierci. Na nieokreślony czas musiał pełnić nocną straż przy szubienicy, by w ten sposób wciąż i wciąż przeżywać swoją mękę i hańbę. Podobno ci, którzy późną nocą musieli podążać drogą do Wałcza prowadzącą, widywali na szczycie wzgórza, pod szubienicą, widmo bez głowy, przyobleczone w czarną opończę.
[za S. Łozowskim]
Diabelski młyn
Przed ponad czterystoma laty, w chłodny, listopadowy dzień, piątka studentów z Królewca podążała w kierunku Odry drogą wiodącą z Wałcza do Człopy. Za Wałczem napotkali wracającego do domu bogatego gospodarza z Bukowa, który zlitował się nad nimi i wziął na swój wyładowany wóz. Namówił ich na pomoc przy rozładunku, za co nakarmił ich, a nawet zaoferował nocleg. Studenci jednak podziękowali, bo spieszyli się, by przed zmrokiem znaleźć się w Człopie. W tej sytuacji gospodarz objaśnił im jak pójść na skróty, ale przestrzegł też, by pod żadnym pozorem – gdy już dotrą do mokradeł – nie zbaczali z grobli i nie ufali jakimkolwiek światełkom. Młodzieńcy ruszyli w drogę, ale wkrótce pożałowali, bo pogoda zepsuła się. Nadciągnęły chmury, poszarzało, zaczął zacinać deszcz, a kałuże na drodze robiły się coraz większe.
Ciemno już było, kiedy ujrzeli niedaleko światło. Ruszyli w tym kierunku i stanęli przed osobliwym młynem. Jego koła obracały się, ale nie wydawały żadnego dźwięku. Mimo to weszli do środka, a tam ujrzeli ubranych na czarno młynarczyków, którymi komenderował – też ubrany na czarno – młynarz w czarnym kołpaku z czerwonymi piórami na głowie. Gdy młynarczykowie bez ustanku wybierali spod młyńskich kamieni nie zmieloną mąkę, a złote monety, ów młynarz podszedł do piątki przybyszów, pytając co ich tu sprowadza. Kiedy ci wyjaśnili, że pobłądzili, stwierdził, że wskaże im drogę, a nawet udzieli gościny na noc. Co więcej – może nawet każdemu z nich ofiarować po jednej sakwie wypełnionej samymi szczerozłotymi monetami, takimi jakie widać było wokół. Pod jednym wszakże warunkiem – podpisanie kontraktu na oddanie duszy po śmierci, po długim życiu bez trosk i w dostatku. Najstarszy ze studentów po chwili zastanowienia przemówił w imieniu pozostałych, że zgadzają się, ale najpierw poproszą o ustawienie miarki złota na pomoście nad wodą, by mogli nasycić nimi swe oczy. W tym czasie młynarz-czart – poznali wszak, że to sam diabeł – miał udać się do komory i wyszykować tam pergamin z umową. Diabeł zrobił jak mu powiedziano, a kiedy zniknął w sąsiedniej izbie, student zaczerpnął ręką wody ze stawu i kreśląc dłonią znak krzyża, chlusnął na złoto przed nim stojące. Buchnęła para, jakby rozżarzone węgle polać wodą. To, co zdawało się być monetami, teraz było tylko czarnymi kamieniami. Diabeł pojął, że został wystrychnięty na dudka. Ryknął, aż echo poszło nad mokradłami, po czym huknęło, błysnęło i cały młyn zniknął. Oszołomieni studenci spostrzegli, że oto znów stoją na grobli, która ich prosto do celu poprowadzić miała.
[za S. Łozowskim]
Kłusownik i leśniczy
Mieszkał dawno temu w pobliżu Golina leśniczy, w którego rewirze zaczął grasować kłusownik nazwiskiem Wolf. Choć tak naprawdę nikt nie wiedział skąd się tu wziął, gdzie mieszka i czy to rzeczywiście jego prawdziwe nazwisko. Wiadomo za to było, że jest bystry, przebiegły i skuteczny w swym kłusowniczym fachu. Co niektórzy podejrzewali go o konszachty z samym diabłem. Nie pomagały przemyślne zasadzki i podchody leśniczego – nie udawało mu się ująć Wolfa na gorącym uczynku. Do czasu… Któregoś czerwcowego wieczoru, podczas obchodu, leśniczy ujrzał Wolfa patroszącego sarnę. Opodal, oparta o pień dębu, stała jego dubeltówka. Leśniczy wycelował swoją broń w kierunku kłusownika i zakrzyknął: „Mam cię! Już mi nie ujdziesz!”. Lecz ten nic sobie z tego nie robił i nadal oprawiał sarnę. Na kolejne wezwanie lekceważąco wzruszył ramionami i odrzekł: „Dobrze, ale musisz wziąć także moją strzelbę!”. Leśniczy, nie spuszczając oczu z Wolfa, sięgnął po jego dubeltówkę. Ale ledwie jej dotknął, oto nieoczekiwanie cały zesztywniał, nie mógł wykonać ruchu, ani czegokolwiek powiedzieć. Kłusownik zadrwił: „Cóż to? Czyżby strzelba była za ciężka dla ciebie?”. Po czym swoją broń zarzucił na ramię, broń leśniczego oparł o pień dębu, zabrał upolowaną sarnę i odszedł. Nim zniknął między drzewami, rzucił jeszcze: „Gdy wrócisz do domu, spójrz w lustro! Zobaczysz, jak ładnie wyglądasz!”.
Dziwne odrętwienie wkrótce ustąpiło i wielce rozdrażniony leśniczy mógł wrócić do chaty. Tam spojrzał w lustro i przeraził się – cała jego twarz była czarna jak sadza, a z niej błyskały białka oczu. Rzucił się na łózko i zasnął, a gdy przebudził się w środku nocy, przypomniał sobie, co się wydarzyło. Z obawą ponownie stanął przed lustrem, ale jego twarz wyglądała już normalnie, choć była opuchnięta. A może to wszystko tylko mu się przyśniło? W każdym razie nie próbował już ścigać Wolfa. Zresztą kłusownik i tak przestał się pojawiać. Może powędrował głębiej w puszczę nad Drawą? A może diabeł upomniał się o niego i porwał w swoje rewiry?
[za S. Łozowskim]
Niedźwiedź i diabeł
Ponoć któryś z dawnych oberżystów w Szczuczarzu wdał się w układy z diabłem i w rezultacie co wieczór musiał ofiarować czartowi dzban piwa. Aż zdarzyło się pod koniec lipcowego, upalnego dnia, że do karczmy zawitał Cygan z niedźwiedziem na łańcuchu. Poprosił o nocleg, po czym przypiął niedźwiedzia na zewnątrz do pnia drzewa. Po powrocie do izby ujrzał stojący na stole dzban piwa. Niewiele myśląc, bo dokuczało mu pragnienie, opróżnił go duszkiem. Nie upłynęło za wiele czasu, gdy w kominie zrobił się rumor i przed Cyganem stanął diabeł. Kiedy zorientował się, co się stało z jego piwem, zakrzyknął: „Wypiłeś, więc teraz jesteś mój! Pójdziesz do mnie na służbę!”. Niedźwiednik przeraził się, ale zachował zimną krew i poprosił biesa o możliwość wyjścia na dwór za potrzebą. Ten zgodził się i zasiadł do stołu, sięgając po dzban z piwem, który zdążył już napełnić oberżysta.
A sprytny Cygan odwiązał swojego niedźwiedzia i wpuścił do izby, samemu zostając na zewnątrz. Zaparł drzwi kołkiem i stanął pod oknem. Obejrzał niesamowite przedstawienie – miś z furią zaatakował diabła, który uciekał w popłochu, rzucając za siebie czym popadnie. W końcu z podrapaną twarzą i porwanym odzieniem uciekł przez komin.
Wczesnym rankiem oberżysta spotkał go skulonego, siedzącego wysoko na wierzbie. Na czartowskie pytanie, czy bestia już poszła precz, odpowiedział: „A skąd! Tobie udało się uciec, ale niedźwiedź potem zgryzł jeszcze Cygana, a teraz siedzi w karczmie jak u siebie. Co mam robić? Może ty byś coś poradził, skoro co wieczór u mnie piwo żłopiesz?”. Diabeł tylko odburknął: „Nie ma głupich! Radź sobie sam i na mnie nie licz!” i zniknął w pniu wierzby. W ten sposób oberżysta wreszcie pozbył się biesa. Za to ugościł niedźwiedzia i jego właściciela, którzy najedzeni i wypoczęci, wkrótce wyruszyli na jarmark do Człopy.
[za S. Łozowskim]
Stary woźnica i jego siwek
Mieszkał kiedyś w Człopie, w domku przy szosie do Wielenia, woźnica. Jego żona zmarła przed wieloma laty, synowie rozjechali się po świece. Za towarzysza miał tylko konia, chyba tak samo wiekowego jak on sam. Bardzo dbał o tego siwka. Ludzie gadali, że rozmawia z nim jak z człowiekiem, a koń wszystko zdaje się rozumieć. Na życie zarabiali wożąc powierzone towary lub pracując przy wywózce drewna z lasu. Nigdy nie odmawiali pomocy w potrzebie. I zdarzyło się, że na leśnej drodze, gdzieś za Szczuczarzem, utknął wóz wyładowany bukowiną. Cztery konie nie dawały rady wyszarpnąć koła, które wpadło do przydrożnego dołu, a wóz przechylał się coraz bardziej. Wozacy klęli i okładali batami biedne zwierzęta, ale nic to nie dawało. Zrezygnowani przysiedli na poboczu, a wtedy zza zakrętu wyłonił się siwek zaprzęgnięty do wozu, którym powoził stary woźnica. Ludzie rzucili się do niego z prośbą o pomoc – może piąty koń w zaprzęgu coś zmieni? Stary jednak pokręcił głową i sam zabrał się do działania. Odpiął cztery zmęczone konie, a w ich miejsce zaprzągł swojego siwka. Potem powiedział coś do niego i wspólnie poczęli ciągnąć. Wozacy przetarli oczy ze zdumienia – załadowany wóz drgnął, a potem powoli wytoczył się z rozpadliny i stanął na równej drodze. Jeszcze długo o tym dyskutowali, ale nie znaleźli żadnego innego wyjaśnienia, że to ani chybi jakieś czary były.
[za S. Łozowskim]
Niewinna „czarownica”
Gdzieś w drugiej połowie niespokojnego XVII wieku żyła w Trzebinie samotna kobieta. Jej mąż zaginął w wojennej zawierusze, syna też już utraciła. Mieszkała w chacie na uboczu wraz z wiernymi zwierzętami, z którymi wędrowała po łąkach i lasach, gdzie zbierała różnorodne zioła. Znała się na nich i często pomagała przy ich pomocy i ludziom, i zwierzętom przez nich hodowanym. Bez ogródek wytykała złe postępowanie, czym budziła niechęć tych, których napominała. Niektórzy oskarżali ja potem o konszachty z siłami nieczystymi lub o wywołanie pomoru bydła. Ale ludzie wiedzieli, dlaczego akurat ci byli na nią tacy zawzięci, a i z samą „czarownicą” woleli nie zadzierać.
Pewnie żyłaby spokojnie, gdyby nie nieszczęśliwe zdarzenie. Otóż siedmioletni syn jej bogatego sąsiada – mimo ojcowskiego zakazu – całymi godzinami u niej przesiadywał, by słuchać starych baśni i poznawać tajemnice ziół. Któregoś wieczoru chłopak nagle zaniemógł. Ojciec przemógł się i rano posłano po kobietę. Przyrządziła napar z ziół, ale nic to nie pomogło – z końcem dnia dziecko zmarło. I jak to bywa, wkrótce pojawiły się głosy, że to „wiedźma” malcowi śmierć zadała. Kiedy pojawiła się na pogrzebie, w jej stronę poleciały kamienie. Ci wszyscy, którzy byli przez nią napominani, teraz mogli się na niej zemścić. Mimo ostrzeżeń, nie zdecydowała się uciekać z Trzebina – poprosiła tylko życzliwe osoby, aby po jej śmierci zaopiekowali się jej zwierzętami.
I rzeczywiście doprowadzono do tego, że stanęła przed sądem, oskarżona o uprawianie czarów na szkodę ludzi, o związki z diabłem, a wreszcie o spowodowanie śmierci syna sąsiada. Nikt jej nie bronił, bo sprzyjających jej ludzi strach opanował, by i oni nie zostali oskarżeni. Sąd podjął decyzję, że o winie zadecyduje próba wody – związaną kobietę miano wrzucić do Jeziora Trzebińskiego. Jeżeli przez trzy zdrowaśki utrzyma się na powierzchni, to będzie dowodzić jej winy i pójdzie na stos. Jeśli utonie – była niewinna…
W dniu próby, nim wniesioną ją do łodzi, przemówiła jeszcze do zebranych nad brzegiem jeziora: „Jestem niewinna, bo nikomu nie wyrządziłam żadnej krzywdy ani mową, ani uczynkiem! Jeśli zginę, to tam, gdzie zostanę pogrzebana, za rok krzew głogu wyrośnie, a w jego gałęziach ptaki gniazda wić będą! Na świadectwo mej niewinności, a waszej hańby!”. Jak było do przewidzenia, kobieta utonęła, a wśród ludzi szeptano, że niewinną życia pozbawiono. Ciało kobiety pochowano na wzgórku, w niepoświęconej ziemi – i rzeczywiście po roku na jej grobie głóg wyrósł. Przez lata pokazywano sobie to miejsce, aż osłoniły je kolczaste krzewy, które jedynie ptakom dawały przystępu do ich gniazd na głogu.
[za S. Łozowskim]
Masońskie tajemnice
W pierwszej połowie XIX wieku Szczuczarz wraz z Dzwonowem, Przelewicami i Pieczyskami należały do rodziny von Beville, spowinowaconej z rodem von der Golz. Jeden z von Beville’ów po ojcu – majorze w pruskiej armii – odziedziczył te dobra, ale wcale nie dbał o ich pomnażanie. Chętniej oddawał się rozrywkom, jak choćby szybka jazda czarnym powozem zaprzęgniętym w parę czarnych koni. Miejscowa ludność widziała w nim kogoś, kto ma kontakty z siłami nieczystymi, a w swoim szczuczarskim pałacu organizuje spotkania masońskie. Miała tam istnieć sekretna komnata, w której kandydaci do przyjęcia do loży składali przysięgę, że gdyby wyjawili jej tajemnice, to stracą życie. Ponadto von Beville miał posiadać umiejętność jednoczesnego przebywania w dwóch różnych miejscach. Opowiadała jego służba, że w dniu, w którym wyjechał do Człopy w interesach i wrócić miał późnym wieczorem, nagle zjawił się w pałacu przed czasem. Zastał ich na leniuchowaniu, po czym srogo zrugał, zapędził do obowiązków i zniknął. Ale lokaj, który przez cały czas towarzyszył mu w trakcie wyjazdu, upierał się, że von Beville nie ruszył się z miasteczka choćby na moment.
Nie miała służba lekko ze swoim panem, wciąż musiała być gotowa spełniać jego wszelkie żądania. Jeden z lokajów miał zostać dotkliwie pobity przez swego chlebodawcę – niby za swoją opieszałość. Traf chciał, że był to człowiek, który orientował się w sztuczkach von Beville’a i znał metody przeciwstawienia się im. Kiedy więc jego pan – choć miał być w Tucznie – nieoczekiwanie stanął przed nim i zaczął go łajać, lokaj zasłonił się lustrem stojącym w kącie pomieszczenia. Dwaj inni służący twierdzili potem, że sylwetka von Beville’a widziana w lustrze rozjarzyła się zielonym blaskiem, po czym tafla szkła zaszła mgłą, a ich pan zniknął bez śladu. Właściciel majątku nie wrócił do pałacu na noc. Następnego dnia do Szczuczarza dotarła wiadomość o śmierci von Beville’a – podczas obiadu wznosił toast, gdy nieoczekiwanie zasłabł i niebawem zmarł.
[za S. Łozowskim]
Jak Pieta trafiła do Skrzatusza
W roku 1575 zamieszki na tle religijnym dotarły również do Mielęcina. Luteranie wtargnęli do tamtejszego kościoła katolickiego i zabrali z niego wota wraz z figurą Matki Boskiej. Figurę włożyli do worka obciążonego kamieniami i wrzucili do pobliskiego stawu. Ta jednak wypłynęła – taka sytuacja powtarzała się kilkukrotnie. Świadkiem tych prób był, przechodzący przez wioskę, garncarz z Piły. Poprosił o odsprzedanie tej figury, by mógł ją dać swym dzieciom do zabawy. Po tej transakcji udał się w dalszą drogę. W Skrzatuszu zatrzymał się na nocleg i opowiedział o tym, czego był świadkiem. Poruszona tym jedna z mieszkających tam kobiet, namówiła go na sprzedanie jej tej figury. Garncarz zgodził się, a kobieta trzymała figurę w domu. Do czasu aż nie miała snu, w którym nakazano jej umieścić figurę w skrzatuskim kościele. Tak uczyniła, a od tego czasu Matka Boska odwzajemniła się za gościnność wieloma cudami.
[za Ziemia wałecka]
Jarosław Leszczełowicz przytoczył wersję legendy w oparciu o opis z 1777 roku sporządzony przez księdza Andrzeja Delerdta, wikariusza w Skrzatuszu (porównaj na przykład krytyczne wydanie rękopisu: Ks. Andrzej Józef Delerdt, Źródło łask Boskich nieprzebrane. Matka Boska Bolesna ze Skrzatusza i Jej historia, wydanie III poprawione i uzupełnione, redakcja Agnieszka Borysowska, Tadeusz Ceynowa, Szczecin 2020).
Reformacja w okolicach Tuczna zyskiwała coraz większe poparcie, co przekładało się na wzrost wrogości wobec kościoła katolickiego. Jej ofiarą padł kościółek w Mielęcinie, w którym znajdowała się rzeźba Matki Boskiej Bolesnej, słynąca od 190 lat jako cudowna. Wielu ludzi powróciło dzięki niej do zdrowia, wiele ofiar złożono w podzięce. Kiedy protestancka ludność z okolic (ale i z Marchii Brandenburskiej) wdarła się do kościoła, pozrywała wiszące tam święte obrazy oraz zrabowała ofiary wotywne i cenniejsze sprzęty. Nie oszczędzono też figury Matki Boskiej. Wrzucono ją do stawu, ale jako że wykonana była z drewna, wypłynęła na powierzchnię. Przywalono ją wtedy drągami i kamieniami. Lecz aniołowie unieśli ją z dna i utrzymywali w powietrzu ponad lustrem wody. Mimo to napastnicy wciąż starali się zatopić rzeźbę.
Traf chciał, że w tym dniu przebywał w Mielęcinie garncarz z Piły. Namówił protestantów na sprzedaż Piety, okłamując ich, że da ją dzieciom do zabawy. Wieczorem dotarł do Skrzatusza, gdzie opowiedział o całym zajściu między innymi szlachciance Katarzynie Kadujskiej. Ta poprosiła go, by pozostawił jej rzeźbę, a ona ofiaruje ją miejscowemu kościołowi. Garncarz zgodził się i figura Maski Boskiej trafiła do domu kobiety. Ta jednak zwlekała z przekazaniem jej do kościoła. Uczyniła to dopiero po tym, jak z Piety zaczęło emanować jasne światło, a we śnie otrzymała nakaz dopełnienia tego, co obiecała.
[za J. Leszczełowskim]
W wersji podanej w zbiorze Legendy ziemi wałeckiej, pojawiają się jeszcze informacje, że cudowną figurę protestanci próbowali utopić w kilku jeziorach, a na koniec wrzucili w ognisko. To dopiero wtedy miał ją ujrzeć garncarz z Piły.
Jak powstała wyspa na jeziorze koło Szczuczarza
Nad jeziorem Piasecznik Wielki, leżącym między Szczuczarzem i Żelichowem, mieszkał wieki temu rybak z żoną i dziećmi. Co dzień zarzucał sieci, a złowione ryby sprzedawał i w ten sposób utrzymywał rodzinę. Ale ryb w jeziorze zaczęło brakować, sieć była już stara i rwała się coraz częściej. Coraz trudniej było rybakowi złowić cokolwiek. W akcie desperacji któregoś dnia zakrzyknął: „Jak Bóg może pozwolić na to, by moja rodzina głodowała, choć ja tak ciężko pracuję!”. Niemal natychmiast pojawił się przy nim nieznajomy ubrany cały na czarno i grzecznie zapytał o przyczynę trosk rybaka. Gdy ten wyjaśnił, jego rozmówca stwierdził, że jest w stanie dostarczyć nową sieć i przez noc usypać groblę na jeziorze, a potem do tak powstałej zatoczki zapędzi wszystkie ryby z jeziora. Rybak wyraził wątpliwość, że nawet sam diabeł by tego nie dokonał. Obcy uśmiechnął się i odrzekł: „Nie masz więc nic do stracenia. Podpisz tylko tę umowę, a gdy kur zapieje, grobla będzie gotowa. Sieć już leży w twej łodzi”. Zanim rybak postawił krzyżyk w oznaczonym miejscu, zastrzegł jeszcze: „W moim kurniku są trzy koguty – biały, czerwony i czarny. Robota musi być skończona, nim zapieje ten ostatni”. Uzyskał zapewnienie, że tak właśnie będzie. Nieznajomy zniknął, a rybak z papierem w ręce udał się do swej żony i opowiedział jej o wszystkim. W przeciwieństwie do niego, ona umiała czytać i po lekturze umowy załamała ręce: „Coś uczynił?! Sprzedałeś duszę diabłu!”.
Kiedy zapadł już zmrok, posłyszeli świst nad chałupą. Wyszli z niej i na niebie ujrzeli jak diabeł leci nad jezioro. Dźwigał przy tym tyle ziemi i kamieni, że wypełniłyby ze trzy chłopskie wozy. Blady strach padł na rybaka. Za to jego żona jak najszybciej pobiegła do kurnika i – naśladując koguta – głośno zapiała. Usłyszał to diabeł i zrozumiał, że czas nagli. Następnym razem zabrał więc ze sobą prawie dwa razy tyle ziemi, co poprzednio. Mimo to wciąż wiele brakowało, by grobla była gotowa. Za to żona rybaka zapiała po raz drugi. Diabeł spanikował i z pobliskiej Lisiej Góry zerwał cały jej wierzchołek, po czym wrzucił go do jeziora. Ale i to nie wystarczyło – zamiast grobli powstała mała wyspa. Najgorsze dla niego jednak było to, że w tej chwili żona rybaka zapiała po raz trzeci. Czart zrozumiał, że przegrał i odleciał daleko stąd.
[za J. Leszczełowskim, a ten za: Willibald Neumann, De Damm im grota Peitzichsee [w:] Deutsch Krone – Stadt und Kreis oraz Der Damm im groβen Petznicksee [w:] Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone]
Sprzedana młynarzowa ze Szczuczarza
Dawno temu w okolicy Szczuczarza stał młyn, który był własnością bardzo skąpego młynarza. Dla pomnożenia majątku był gotów na wszystko. Któregoś wieczoru, gdy wracał przez las do domu, drogę zastąpiło mu trzech mężczyzn, którzy zaoferowali mu za jego żonę – kobietę znaną z urody i pracowitości – pokaźną sumę w złotych monetach. Młynarz nie wahał się ani chwili i dobił targu. Gdy tylko przybył do chałupy, pod zmyślonym pretekstem nakazał żonie udać się do lasu. Tam pojmali ją ci trzej zbójcy, jednak nie wiadomo do końca, co dalej się wydarzyło. Jedni mówili, że z opresji uratował młynarzową jej własny brat, który – będąc myśliwym – przypadkiem znalazł się w tym miejscu. Inni opowiadali, że biedną kobietę zamordowano. Cała sprawa ujrzała jednak światło dzienne. Właściciel dóbr szczuczarskich nakazał uwięzić młynarza i poddać torturom. W ten sposób ustalono jego wspólników i wszyscy wkrótce zostali połamani kołem przez kata na Górze Szubienicznej.
[za J. Leszczełowskim, a ten za: Erich Bleich, Alte deutsche Volksballaden auf grenzmärkischen Boden, Grenzmärkischen Heimatsblätter, 1927; legenda w oryginale w formie pieśni ludowej]
Baron i dziewczyna ze Szczuczarza
Przed wiekami właścicielem dóbr szczuczarskich był rycerz z tytułem barona. Zakochał się w swojej służącej, a kiedy zaszła z nim w ciążę, starał się zmusić ją do zamążpójścia za jednego ze sług ze swego pocztu, by w ten sposób ukryć mezalians. Dziewczyna odmówiła, nie przyjęła również oferowanych jej pieniędzy i powróciła do domu matki. Tam zmarła w czasie porodu. Baron, ujrzawszy we śnie śmierć dziewczyny, wyruszył rankiem na jej poszukiwanie, by się upewnić, że nic jej nie jest. Kiedy dowiedział się, co się stało, z żalu wbił sobie sztylet w serce, by choć w zaświatach połączyć się z ukochaną. W alternatywnym zakończeniu, zapłakał, gdy ujrzał kondukt pogrzebowy zmierzający na cmentarz.
[za J. Leszczełowskim, a ten za: Erich Bleich, Alte deutsche Volksballaden auf grenzmärkischen Boden, Grenzmärkischen Heimatsblätter, 1927; legenda w oryginale w formie pieśni ludowej]
Trzęsawisko Daniela
Na jednym ze wzgórz otaczających Szczuczarz, zanim wzniesiono na nim wiatrak, przed wielu laty stała szubienica, na której wieszano winnych czarów i kontaktów z czarownicami. W tamtym czasie mieszkali po sąsiedzku we wiosce dobroduszny szewc Daniel i gwałtowny, srogi kowal. Ów kowal zaprzysiągł sobie, że nie spocznie nim nie doprowadzi do powieszenia Daniela. Uznał, że najlepszym sposobem na skazanie szewca będzie oskarżenie go o obcowanie z czarownicami. Na nic zdało się zarzekanie Daniela o swej niewinności. Skazano go na śmierć i powiedziono na szczyt wzgórza, pod szubienicę, gdzie czekał już kat. Wyrok wykonano, ale pętla ze sznura zacisnęła się tak bardzo, że przecięła szyję skazańca, a głowa potoczyła się po zboczu, wywołując przerażenie zgromadzonych ludzi. Nagle z nieba lunęły strugi deszczu i woda poczęła wypełniać kotlinę na wzgórzu, zamieniając ją w trzęsawisko, do dziś zwane Trzęsawiskiem Daniela (Danielbruch). A kowala, jak każdego przestępcę, ciągnęło do miejsca zbrodni. Kiedy wpatrywał się w ciemne wody trzęsawiska, nagle zdało mu się, że dostrzegł w niej unoszącą się głowę Dawida. Ze strachu rzucił się w toń, a woda pociągnęła go jakby mackami w głębiny, mszcząc się za jego zbrodnię.
[za: Runge, Dorfsagen aus Zützer, Heimat-Kalender für den Kreis Deutsch Krone, 1921]
Cygański Rów
Przy północno-zachodnim brzegu jeziora Szczuczarz znajduje się głęboki wąwóz ze zboczami porośniętymi starymi bukami, znany jako Cygański Rów (Zigeunergraben). Związana z nim jest historia, której początki sięgają wojen napoleońskich. W czasie wojny z lat 1806-1807 do wsi Szczuczarz dotarły oddziały francuskie i rozpoczęły plądrowanie domostw, a nawet kościoła, z którego miano zrabować dzwon i zegar wieżowy. Obładowany oddział ruszył dalej, decydując się na przebycie jeziora po starym moście. Jednak jego konstrukcja nie wytrzymała ciężaru maszerującej po nim kolumny wojskowej i zawaliła się. Żołnierze i ich łupy utonęły w głębinach jeziora…
Po jakimś czasie do Szczuczarza zawitali Cyganie i usłyszeli o tym zdarzeniu. Postanowili potajemnie spuścić wody jeziora wykopem do pobliskiej rzeki Płociczna, by tak dostać się do zatopionych skarbów. Nocą zabrali się do pracy, lecz zostali zaskoczeni przez miejscowych rybaków. Wywiązała się okrutna walka, w której wielu Cyganów zginęło krwawą śmiercią, a reszta szukała ratunku w ucieczce. Śmierć poniosło również wielu z rybaków. A duchy zabitych po dziś dzień mają wędrować w jasne księżycowe noce po Cygańskim Rowie.
[za: Runge, Dorfsagen aus Zützer, Heimat-Kalender für den Kreis Deutsch Krone, 1921]
Informacje do artykułu zaczerpnięto z:
Jarosław Leszczełowski, W kręgu regionalnych baśni. 102 legendy staropolskiego powiatu wałeckiego, Stawno-Lubno 2022 (strony 81-92)
Sławomir Łozowski, Człopa. Okruchy dziejów, okolice, legendy, Piła 1998 (strony 70-102)
Legendy ziemi wałeckiej, opracowała Beata Stankiewicz, Inowrocław 2003 (strony 31-33 i 61-64)
Ziemia wałecka, redakcja Edmund Wolski, Wałcz 1988 (strony 26-28)
Deutsch Krone – Stadt und Kreis, opracował Karl Ruprecht, Bad Essen 1981 (strony 116-118)
Grenzmark Posen-Westpreuβen. Ein Heimatbuch, wydał Franz Lüdtke, Lipsk 1927 (strona 271-272); książka dostępna w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej
Heimatstadt – Heimatkreis Deutsch Krone, opracował Hans-Georg Schmeling, Bad Essen 1996 (strony 361-363)
Heimat-Kalender für den Kreis Deutsch Krone, 1921
Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację
Przejdź na profil strony na Facebooku
