Wspomnienia pana Henryka Michalskiego o Człopie

(na podstawie rozmowy przeprowadzonej 14 października 2022 roku)

Uwaga: podane numery posesji odzwierciedlają stan z listopada 2022 roku (źródło: https://sip.gison.pl/czlopa).

Mój ojciec, Czesław Michalski, urodził się 14 lipca 1913 roku w miejscowości Cykowo w powiecie inowrocławskim. W dwa miesiące po przejściu frontu, w marcu 1945 roku, wystarał się o zatrudnienie na poczcie, a już 13 kwietnia roku został skierowany do pracy w urzędzie pocztowo-telekomunikacyjnym w Człopie na stanowisku doręczyciela (listonosza). Z Kruszwicy dostał się pociągiem do Krzyża Wielkopolskiego (prócz niego jechali jeszcze Kazimierz Smętkiewicz i pan Wiland) i stąd drezyną pojechali do Człopy. Tory tu i tam były zniszczone i musieli przenosić drezynę przez uszkodzone miejsca, a potem ponownie ustawiać na szynach. Po dotarciu do Człopy mógł wybrać dom do zamieszkania – zasiedlił budynek przy ulicy Słonecznej 4. Polaków w mieście nie było wielu, część z tych, którzy byli tu na robotach przymusowych, zdążyła już wyjechać. Pierwszym jakby komendantem był pan Kuriata, który tu przywędrował z obozu. Moja mama, Marianna, dotarła do ojca po niedługim czasie, jakoś w maju–czerwcu. Z ich wspomnień pamiętam, że tata na tę okazję udekorował dom kwiatami bzu. Rodzice starali się urządzić w nowym miejscu. Domy stały puste, więc trzeba było zdobyć meble. Wynajdywało się je po całym mieście. Przy drodze na Golin, przed wiaduktem, stały stodoły – ojciec przywiózł stamtąd koryta i kosze do siana dla koni. Skądś przyprowadził krowę. Po dwóch latach, w 1947 roku, ojciec uiścił opłatę w związku z przejęciem mienia poniemieckiego. Po wojnie też kupił konia.

Przedwojenny budynek poczty był zniszczony, więc Polacy umieścili urząd pocztowy w tym samym budynku, w którym funkcjonuje do dziś [1]. Jej naczelnikiem był pan Frendel. Przesyłki docierały do Człopy koleją. O godzinie piątej rano wyznaczeni pracownicy jechali wózkiem na stację kolejową i z ambulansu odbierali pocztę. Po powrocie do urzędu następowało sortowanie korespondencji. Najmniej lubianą czynnością było dostarczenie telegramu (awizo) do odbiorcy. Obojętnie jaka była pogoda, to trzeba było go dostarczyć i to jak najszybciej. W ten sposób adresat dowiadywał się, że – na przykład – za trzy dni musi być na poczcie, bo będzie telefon do niego. A w urzędzie były trzy kabiny telefoniczne i personel wywoływał, że taka a taka osoba ma iść do budki numer ten i ten. Tacie przydzielono rejon, który obsługiwał dwa razy w tygodniu – obejmował miejscowości na północ i wschód od Człopy. Za środek transportu miał służbowy rower, do obrony dano mu służbowy karabin, a na przesyłki służbową torbę listonosza. W domu pojawiał się pod wieczór, około szóstej, siódmej godziny. W późniejszych latach rower, wtedy już poniemiecka Mifa, był zawsze czyszczony, aby był gotowy na piątą rano przed kolejnym dniem pracy. Kiedyś na pocztę przyszedł list, który był zaadresowany dość specyficznie: do pana mieszkającego na zakręcie, gdzie naprzeciwko jest studnia. Okazało się, że chodzi o pana Józefowicza, zwanego „Serdeńko”, mieszkającego przy drodze prowadzącej do Golina i Załomu (skrzyżowanie dzisiejszych ulic Mickiewicza i Wiejskiej), a studnia (pompa) do dziś stoi opodal skrzyżowania. W połowie 1953 roku ojciec zrezygnował z pracy na poczcie z powodów finansowych – zarobki były niewystarczające. Przeszedł do pracy w lesie. Budował też między innymi nowy dworzec kolejowy w Człopie.  

Na dzisiejszym stadionie miejskim stacjonowali żołnierze Armii Czerwonej. Od rzeki były poprowadzone rury. Do nich mieli podłączony hydrofor na silnik spalinowy i tak pompowali wodę wykorzystywaną do kąpieli. Żołnierze często jeździli do Załomu do gorzelni po spirytus – przywozili go w dwudziestolitrowej kance. A jak nie mieli co jeść, to kilku jechało bryczką po wsiach i stamtąd przywozili jakieś mięsiwo. Na kwaterze u rodziców, na piętrze, zamieszkał lejtnant, którymi nimi dowodził (na marginesie: z tych stodół przy drodze na Golin ten lejtnant sprowadził sobie konia, który przez jakiś czas trzymany był w jednym z pokoi w domu). Taki młody chłopak, kawaler, miał dziewczynę. Rano zawsze wołał ojca, by napił się z nim po sznapsie, „bo wychodzą do roboty”. Kawałek dalej, na terenie strzelnicy, znajdował się szpital polowy z białej cegły. Będąc dziećmi chodziliśmy tam i szukaliśmy pozostałości. Znajdowaliśmy talerze z porcelany oraz łyżeczki. To było normalne, że dzieciaki szperały w ruinach i coś znajdywały.

Pamiętam psa należącego wcześniej do niemieckich mieszkańców, a którego przygarnęli rodzice. Z wyglądu po prostu lis. Nigdy nie chciał dać się pogłaskać i był nieufny. Z tym psem wiąże się anegdota. W pewnym momencie wspomniany lejtnant postanowił poślubić swoją rosyjską narzeczoną. Wesele odbywało się w domu rodziców, a podlegli mu żołnierze bawili się wokół budynku. Jednemu z nich nie spodobało się zachowanie psa – bo ten denerwował się przy obcych i wciąż szczekał – groził, że go zabije. Mama poszła na skargę do dowódcy i za chwilę ów żołnierz pojechał do Wałcza jako aresztant. Inna przykra sytuacja związana ze stacjonowaniem Rosjan w mieście, to podpalenie pomieszczenia w szkole. Ojciec wraz z resztą przytomnych osób zdołali ugasić rozprzestrzeniający się pożar. Ogień zaprószyli pijani radzieccy żołnierze, którzy spali w szkolnej sali – na podłodze drewniany parkiet, a na tym była rozłożona słoma. Oni w ogóle to pili, bawili się, niszczyli, dla rozrywki wrzucali granaty do pustych domów, „bo to germańskie”. W Człopie mogli stacjonować jeszcze tak z pół roku od zakończenia działań wojennych.

W tamtych czasach dochodziło do makabrycznych odkryć ciał pomordowanych osób. Kiedyś rodzice wybrali się do pozostawionego ogrodnictwa przy obecnej ulicy Mickiewicza, gdzie na pobliskim polu rosły truskawki. W którymś miejscu tego pola, pod kołdrami, znaleźli zamordowaną rodzinę – dwie dorosłe osoby i dwoje dzieci. Ojciec również wspominał, że kolejne zwłoki napotkał idąc od stadionu w dół, w stronę mostu kolejowego nad Cieszynką, gdzieś przy tamtym nasypie. O pochówkach takich przypadkowo znalezionych ciał czy szczątków mógłby pewnie więcej powiedzieć mój – już nieżyjący – wujek, Faligowski – był strażakiem i grabarzem. Pochował pół Człopy. Jest taki grobowiec, na którym napisano, że spoczywają tam mieszkańcy Golina, ale czuję, że tam mogą być różne ciała.

Rodzicie mieli nas troje: byłem ja, moja siostra Genia i brat Kazimierz. Urodziłem się w 1949 roku w Człopie na porodówce w przychodni [2]. Z późniejszych lat pamiętam lekarza, pana Czarneckiego i pielęgniarkę Wandę Kowalską. Był dentysta, przyjmujący od podwórza, była izba porodowa na sześć łóżek. W szkole też był dentysta i pielęgniarka. Aptekę w Człopie prowadziło małżeństwo Lewandowskich (później przeprowadzili się do Mirosławca), w tym samym miejscu, gdzie dziś jest apteka przy przychodni [3]. Obecnie prowadzi ją pani Kawalec.

Chodziłem do przedszkola – tego naprzeciwko kościoła, potem – od 1957 roku – do szkoły podstawowej. W szkole były dwie klasy: A i B. Moją wychowawczynią była pani Cebulowa. Uczyła mnie jako panna, a następnie wyszła za pana Józefa Kamińskiego. Dyrektorem był pan Mospinek (przed nim była pani Rohozińska). Biologii uczyła pani Smolowa, pani Piotrowicz uczyła matematyki, a pan Gajewski uczył prac ręcznych (technicznych). Nauczycieli było sporo i każdy uczył swojego przedmiotu. W tamtym czasie klasy nie były tak liczne. Były szkoły filialne, na przykład w Załomie czy w Wołowych Lasach. Lekcje wychowania fizycznego odbywały się za szkołą. Było tam bardzo duże boisko z bramkami, wysypane piaskiem, takim jak nad morzem. Na stadionie było miejsce do gry w siatkówkę, w piłkę ręczną, do skoku w dal i wzwyż. Zabieraliśmy ze szkoły potrzebne przyrządy i chodziliśmy tam ćwiczyć. Na skwerze przed szkołą znajdował się wielki orzeł ułożony z porcelanowych izolatorów energetycznych. Wkoło były ławeczki. Po drugiej stronie był w ten sam sposób ułożony krzyż harcerski. W tamtym okresie działało harcerstwo i prowadziła je pani Kasicka. Bardzo prężnie to działało. Tak samo prężnie działało koło taneczne, które prowadziła pani Mospinek. W szkole urządzano też zabawę sylwestrową. Stołówka była na dole budynku i tam przygotowywano dania na tę okazję. Wszystko było organizowane z sercem i każdy się do tego przykładał. Było biednie, ale atmosfera była naprawdę serdeczna.

Do zdjęcia mojej klasy z podstawówki przed budynkiem szkolnym pozowali, oprócz mnie, między innymi: Zosia Furman, Jadzia Michalacka, Ciesielska, Tadzio Ostrowski, Grażyna Józefowicz, Podwysocki (bardzo ładnie malował), Zdzichu Mysłowiecki, Stachu Rakowski, Przemek Tarka, Ola Andrzejewska, Irka Pietkun.

Po ukończeniu szkoły podstawowej w Człopie, poszedłem do pracy w Czaplicach, w filii Państwowego Ośrodka Maszynowego w Wałczu (tak zwany ZUN – Zakład Usług Naprawczych). Uczęszczałem też do szkoły zakładowej, najpierw w Złotowie, a potem w Jastrowiu – mieszkałem wtedy w internacie. Dla OTL-ów (Ośrodek Transportu Leśnego) naprawialiśmy kombajny, traktory (między innymi Ursusy C-45 nazywane „bombajami”). Pracowało sporo osób z Człopy, od tokarzy po spawaczy, z piętnaście osób. Podwórko było pełne, mieliśmy bardzo dużo pracy, obsługiwaliśmy maszyny z wszystkich okolicznych wiosek. Później przejęły to Państwowe Gospodarstwa Rolne, ale to już nie było to i z czasem wszystko upadło. Następnie dojeżdżałem do pracy pociągiem do Wałcza (zawsze zatłoczony, wyjeżdżał o godzinie szóstej rano z Człopy, a powrotny odjeżdżał z Wałcza o szesnastej). Pracowałem w warsztacie przy syrenkach, wartburgach i moskwiczach. Dużo pracy wykonałem też w Golinie. Tam zakładałem centralne ogrzewanie w nowo powstałych blokach. Od roku 1977 zacząłem prowadzić warsztat mechaniczny z siedzibą przy ulicy Mickiewicza, w kierunku na Tuczno [4]. Firmę potem przejął mój syn Jacek, więc jest to już rodzinny biznes. Zajmowaliśmy się nie tylko naprawą aut osobowych, ale też ściąganiem rozbitych samochodów. Najczęściej „odwiedzanym” przez nas odcinkiem drogi był ten na drodze krajowej numer 22 w kierunku na Dobiegniew. Dochodziło tam (i wciąż dochodzi) do wielu wypadków.

W Człopie po wojnie na ulicach kostka brukowa była położona od rynku do skrzyżowaniu na Trzebin (do szlabanów przejazdu kolejowego), od niego do dworca kolejowego był bruk [5]. W centrum miasta, przy szkole, był taki żwirek [6].

Pamiętam jeszcze poniemiecki dworzec kolejowy w Człopie. Raczej nie był całkowicie zniszczony. Działały toalety w budynku obok. Bilety – takie prostokątne kartoniki – kupowaliśmy nie w głównym budynku, ale w takiej przybudówce, jakby magazynie, który miał okienko do sprzedaży. Jako dzieci biegaliśmy na most kolejowy, aby zobaczyć pociąg. Maszynista, widząc nas, uruchamiał syrenę lokomotywy – była to ogromna radość. Zawiadowcą na stacji był pan Kręgielski.

W okolicy ulicy Mickiewicza, to można wspomnieć, że front tej czerwonej kamienicy wcześniej wyglądał inaczej, został przerobiony [7]. Na terenie ogrodnictwa za cmentarzem po wojnie zachował się komin i metalowy zbiornik na wodę na wysokim słupie [8]. W zasadzie nic nie mówiło się o żydowskim cmentarzu, ani nie chodziło się tam. Po wojnie nadleśnictwo cały czas funkcjonowało w budynku przy ulicy Mickiewicza 9. Tam nam zęby leczyli, bo działał jakby przyzakładowy gabinet stomatologiczny. Przy budynku biurowym stała piękna stodoła, mieli też tokarnię. Budynki gospodarcze rozebrano podczas remontu budynku biurowego, przed planowaną przeprowadzką administracji z ulicy Młyńskiej w 2001 roku.

Budynek kościoła ewangelickiego był piękny i w dobrym stanie [9]. Po wojnie dwa dzwony oraz żyrandol trafiły do kościoła katolickiego w Człopie, a ławki do kościoła filialnego w Drzonowie Wałeckim. Do kościoła przez pewien czas można było wchodzić i bawić się w nim, potem jednak drzwi zostały zabite deskami. Ale dzieci wciąż próbowały dostać się do środka przez okno. Zegar na wieży kościelnej nie działał, ale czasem starsze chłopaki [10] nastawiali go w Sylwestra i nawet biły wtedy dzwony. Na starych zdjęciach widać w jego pobliżu dystrybutor paliwowy, ale i słup ogłoszeniowy (reklamowy). Kościół rozebrano w 1967 roku, a na jego miejscu, na szczycie półokrągłych schodów, postawiono kiosk z piwem (w którym sprzedawała moja mama). Jeszcze później, niemal w tym samym miejscu, wybudowano restaurację „Dzierżykraj”. Na terenie wokół tego kościoła pamiętam jeszcze mury domów. Później je rozebrano, a cegła miała pójść na odbudowę Warszawy.

W budynku dzisiejszego urzędu miasta przed wojną znajdował się sąd [11]. Po wojnie była tam szwalnia, przez chwilę był własnością Państwowych Gospodarstw Rolnych – każdy coś w nim przerabiał na swoje potrzeby. Gdy ojciec przyjechał do Człopy, to cele w piwnicach były pozamykane. Otworzyli je, a środku znajdowali ciała tych, których tam wcześniej zamknięto i tam zmarli. W domu stojącym za nim mieszkał przed wojną sędzia, a za mojego dzieciństwa mówiono, że to „dom nauczyciela”. Ganiałem po nim, bo mieszkali w nim moi dwaj rówieśnicy. W skromnym, porośniętym bzem, parku obok urzędu znajdował się poniemiecki pomnik upamiętniający ofiary I wojny światowej – rozebrano go. Na rogu ulic Strzeleckiej i Paderewskiego stoi tak zwany „dom tartaczny” – wyremontowany po wojnie, bo nie miał dachu, mieszkali w nim pracownicy z tartaku [12].

Piekarnie w Człopie były dwie: Hoffmann [13] i geesowska [14]. Ta druga w podwórku budynku, zachował się w niej poniemiecki piec. Gdzie obecnie jest zakład fotograficzny pana Grochowickiego, sprzedawano chleb, a przez ścianę był sklep spożywczy (gdzie sprzedawała moja ciotka, pani Smętkiewiczowa). Był też sklep rybny [15], nieco wyżej był szewc, a fryzjerem był pan Świtała – sam jeden na całą Człopę. Miał swój zakład w tym miejscu, gdzie obecnie jest zakład fryzjerski pani Violetty Przyłoga [16]. Obok zakładu był głośnik lokalnego radiowęzła, przez który naczelnik poczty podawał komunikaty, na przykład o braku wody. W ten sposób wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tego typu niedogodnościach.

W mieście funkcjonowały trzy masarnie: dwie pegeerowskie [17] i geesowska [18]. W masarni pegeerowskiej przy ulicy Kolejowej zakładałem centralne ogrzewanie. Była naprawdę piękna, budynek postawiony od podstaw. Zamontowano w niej specjalne kabiny, w których parowało się (parzyło) kiełbasy, a nie wędziło. Była również rozlewnia oranżady [19], mleczarnia [20], tartak [21], Stolbud [22]. W dużej stodole przy ogrodzie pana Tarki na ulicy Paderewskiego przerabiano len, a stogi stały w miejscu gdzie teraz jest przedszkole [23] (kiedyś piorun w nie uderzył i dwa spłonęły). W tym miejscu gdzie dziś stoją tak zwane budynki socjalne [24], znajdowały się trzy stodoły poniemieckie, porządne, kryte dachówką. Było też piękne rybołówstwo, była wylęgarnia ryb i pracowało tam sporo ludzi [25]. Obok stał młyn, tam gdzie Cieszynka uchodzi z Jeziora Młyńskiego. Z ojcem zawoziliśmy tam konno zboże do zmielenia. Był tam taki zaczep do wciągania worków. Do samego końca działała turbina, budynek był w dobrym stanie, choć oczywiście wymagało to wszystko nakładów. Ale lepiej było rozebrać…

Moja mama prowadziła na terenie mleczarni punkt skupu mleka numer 1 w Człopie. Obecnie ma tam swój zakład piekarski pan Szlędak. Główny budynek był zdewastowany i nieczynny, dopiero potem przywrócono to wszystko do pełnej sprawności. Punkt znajdował się w budynku obok. Dyrektorem był pan Prutkowski z Wałcza. Mleko dostarczane było wozami z okolicznych wiosek. Najpierw pobierano próbki i sprawdzano zabrudzenie, badano procent tłuszczu. Taką kontrolą jakości zajmowała się moja mama, wieczorami przygotowywała raporty dla dyrektora. Mleko trafiało do wirówek, po odwirowaniu zabierali je z powrotem, a zostawała śmietana. Pamiętam człopski ser i jego smak. Były go całe bloki, było masło, była śmietana.

Kino „Tęcza” w Człopie znajdowało się przy budynku mleczarni. Wejście (od strony dworca kolejowego) zamykały metalowe drzwi, na dole była kasa, a po schodach wchodziło się do sali kinowej. Wyjście było po przeciwnej stronie. O godzinie dziewiątej był zawsze poranek filmowy, na który bilet kosztował 2 złote, więc zwykle w niedzielę po kościele dzieci biegły do kina. Często puszczano kronikę filmową ukazującą osiągnięcia państwa polskiego. Po rozbiórce budynku mieszczącego kino, te zostało reaktywowane w dawnej remizie w miejscu, gdzie potem stanął dom kultury. Nosiło jednak już nazwę „Orzeł”.

Po wojnie, w domu za mleczarnią swój warsztat miał młody chłopak nazwiskiem Rojna, naprawiał w nim samochody. Sam zbudował taki traktor, którym mój kuzyn woził drewno z lasu do tartaku. Był też „właścicielem” restauracji mieszczącej się w budynku naprzeciw dzisiejszej pierogarni [26].

Restauracja „Gwarna” mieściła się tam, gdzie potem był sklep „29” [27]. Cieszyła się popularnością, tak że trzeba było czasem czekać na wolne miejsce. Kawiarnia była „pod filarami” (lub „pod arkadami” – obecnie jest tu sklep drogeryjny z prasą, wtedy jego przedsionek był nieosłonięty oknami, a posadzka była wyłożona takimi czerwonymi płytkami) [28] oraz u Hoffmanna [29], były tam ze cztery stoliki i zawsze świeże ciastka. Później była kawiarnia w Domu Kultury [30]. Potańcówki odbywały się „pod arkadami”, w tej kawiarni grali Jankowiakowie. Mieszkańcy chętnie się bawili również przy starej remizie Ochotniczej Straży Pożarnej (tej w miejscu dawnego Domu Kultury) – z tyłu budynku był „parkiet” z desek, parasol, wokół krzewy bzu, a do tańca przygrywali Kamińscy. Opodal, na piętrze budynku, w którym mieścił się warsztat stolarski Józefa Kamińskiego [31], była świetlica (później przerobiona na mieszkania), gdzie schodzili się młodzi. Jak za bardzo dokazywali, to byli gonieni przez panią Smolirę z sąsiedztwa. Młodzież wtedy potrafiła się zabawić i zorganizować sobie czas. Jeździło się na zabawy wiejskie do Bukowa, Mielęcina, czy Wołowych Lasów. Chociaż tam bywało gorąco, jak to mówią, brony latały, szczególnie w Wołowych Lasach. Do Człopy z kolei przyjeżdżali na przepustki żołnierze odbywający zasadniczą służbę wojskową w Wałczu. Często nieformalne zabawy odbywały się „pod kasztanami” – przy kasztanowcach rosnących obok kładki nad torami, jak przechodzi się ze stadionu w kierunku strzelnicy. Zbierali się tam chętni, przynosili skrzynkę piwa i grali na instrumentach. Razem z bratem wymykaliśmy się z domu i graliśmy po nocach (potem wychowawczyni miała pretensje, że odsypiam na lekcjach). Braliśmy instrumenty z remizy, ja grałem na bębnie. Później tata nas szukał, bo zorientował się, że nie śpimy. Była cudowna atmosfera.

Nad jeziorem Białym koło Dzwonowa wypoczywało bardzo wiele osób z Człopy, przede wszystkim na plaży, tej jak się schodzi koło Dudańca. Chodziliśmy też kąpać się nad jezioro Miejskie. No i było też Jezioro Młyńskie – ośrodek przy plaży pierwotnie był w rękach pana Nowickiego. Kiedy budynek spalił się, to teren przejęły Państwowe Zakłady Zbożowe i go odbudowały. A w baraku obok, z taką wieżą, swego czasu budowano jachty, robili to Jan Szaliński oraz pan Goździewicz. To była też przystań Ligi Obrony Kraju.

Piękną rzeką była Cieszynka, bardzo czystą i zadbaną. Brzeg był zabezpieczony faszyną oraz kołkami (z żerdzi pozyskiwanych z wycinki samosiejek), wszystko powiązane drutem. Za „bicie brzegów” i faszynowanie Cieszynki w latach sześćdziesiątych odpowiedzialna była taka kilkuosobowa „spółka melioracyjna”. Na dnie, pośrodku rzeki, był żwirek. Potrafiliśmy nie tylko tam się kąpać, ale i łapać ryby (kiełbiki) w kanki. Zakole tej rzeki nazywaliśmy „Kolanko” – każdy wiedział, co ma robić, gdy padało hasło: Idziemy na kolanko! Przy rzece były piękne działki rodzące obfite zbiory, nazywano to „Kapuściskami”. A dziś wszystko jest zarośnięte…  Szkoda, że w którymś momencie wyprostowano koryto rzeki. Trzeba było to po prostu zmeliorować, a tak to stare koryto zarosło i zaśmiardło. Warto wspomnieć, że opodal mostu drogowego na Cieszynce jest taki wygrodzony kawałek terenu – jest tam wybita studnia, z której można byłoby czerpać wodę do rozlewni takiej jak w Mirosławcu.

W plenerach nad jeziorem Białym kręcono film pod tytułem „Ostatnie wakacje” [32]. Pojawił się w nim fragment o wyprawie młodzieży nad jezioro – szli ze śpiewem, a potem podczas kąpieli ktoś się utopił. Taki obraz ku przestrodze.

Mieszkańcy Człopy uprawiali ogródki działkowe nad Cieszynką, między miastem a nasypem kolejowym (wspomniane „kapuściska”) i te na północ od cmentarza, przy ulicy Mickiewicza. Późniejszym założeniem są te za tartakiem, wcześniej miał tam pola pan Dudaniec. A przy ulicy Młyńskiej, za posesją 7A, idąc w kierunku plaży, były tak zwane działki szkolne, które uprawiali nauczyciele.

Miło wspominam księdza Kasprowicza [33]. Często gościł w naszym domu. Zmarł w Człopie, ale został pochowany gdzie indziej. Miał starszą gospodynię o której mówiono, że to jest „babcia księdzowa”. Uczył w szkole. Był wymagający i z zasadami. Prowadził nas jako ministrantów. W tamtym okresie kościół w Wołowych Lasach przynależał do parafii w Człopie. Często jeździliśmy tam sprawować mszę. Wożono nas przeróżnym transportem, czasem ktoś po nas przyjeżdżał, nawet jakiś ciągnik z budą. W swoich zbiorach posiadam zdjęcie, na którym widać dwóch misjonarzy, odwiedzających człopską parafię, oraz ministrantów z tamtego okresu. Jestem tam ja, mój brat Kazimierz, Leszek Szczepkowski, Wojciech Mądry, Michał Hoffman, Jan Kanigowski oraz Jan Bielecki.

Mam też zdjęcie, na którym pozuję na rowerze przy placu gdzie stał budynek przedwojennego domu strzeleckiego (Schützenhaus, obecnie w tym miejscu stoi remiza OSP w Człopie) [34] – to nawet nie są ściany, a resztki podmurówki. Po sąsiedzku byli Rosjanie i to oni przyłożyli do tego rękę. Ruiną był też w tym czasie ten pierwszy dom koło poczty [35]. Za to poniemiecka strzelnica zachowała się w dobrym stanie: wały ziemne, tory dla wózka, na którym mocowano tarcze do strzelania do ruchomego celu. Potem przez wiele lat wykorzystywana była przez myśliwych z koła łowieckiego „Żuraw”.

Pierwszymi strażakami byli panowie Mućko, Bachorski, Kanigowski, Maciejasz i Skotnicki. Na początku jeździli do pożarów końmi, a w latach sześćdziesiątych mieli już Stara 21. Po kilku latach dostali kolejnego Stara. Pierwsza siedziba była w miejscu dawnego Domu Kultury. Był to drewniany budynek z wieżą, potem rozebraną. Później w tym miejscu znajdowało się kino „Orzeł”. Dopowiem jeszcze taką anegdotkę. Kiedyś (rok 1964, może 1965?) strażacy wracali z Wałcza po wygraniu zawodów. Kiedy wjechali do miasta to włączyli tryumfalnie syreny, aby usłyszeli ich ludzie zgromadzeni przy remizie. Usłyszeli, a zaraz potem huknęło. Okazało się, że wóz nie wyrobił się na zakręcie i wpadł w bramę budynku przy ulicy Moniuszki 17, przy skrzyżowaniu na Tuczno. Później trzeba było go wyciągnąć i wyklepać. Nadmienię jeszcze, że kiedyś przyjechał z Niemiec przedwojenny mieszkaniec i miał ze sobą klucz do tej bramy. Przekręcił go bez problemu, wszystko działało. W sumie zdążył, bo brama ostatecznie została zamurowana. A na podwórzu tego domu był warsztat samochodowy – zdobyłem stamtąd podnośnik hydrauliczny.

Milicjanci w Człopie swoją pierwszą siedzibę mieli przy starym przedszkolu, naprzeciw kościoła [36]. Później przenieśli ich do tego budynku gdzie znajduje się przychodnia, a następnie do budynku urzędu miasta. Milicjantem był Jan Szaliński, jeździł motocyklem z koszem. Był jeszcze Zdzisław Szwajkowski. Zwykle chodzili pieszo, pierwszy samochód milicyjny, który kojarzę, to był UAZ. Pierwszy, rzucający się w oczy, samochód (Warszawa w wersji pick-up) posiadała weterynaria [37] i jeździł nim Jan Smętkiewicz. Pan Dul był tam technikiem, a dyrektorował pan Perec (jego żona uczyła w szkole). Nadleśnictwo również posiadało Warszawę w wersji pick-up. Pozostając w temacie aut – w Człopie jeździli jako taksówkarze: Kazimierz Boroń, pan Rakowski, mieszkaniec Golina (miał wartburga) i mieszkaniec Trzebina.

Jeszcze w temacie aut. Miałem 16 lat, gdy zacząłem uczęszczać na kurs prawa jazdy. Zajęcia odbywały się w trzebińskiej świetlicy. Zajęcia prowadził pan Prokopowicz, a pan Maksymilian Ośmiałowski zajmował się nauką obsługi auta „na sucho” (na przykład jak wrzucić bieg) i nauką jazdy. W ramach egzaminu praktycznego przyprowadziłem do Człopy z Polskiego Związku Motorowego w Wałczu nową Warszawę w wersji pick-up. W tamtym czasie flota aut egzaminacyjnych to były warszawy oraz nyski. Wszystkie z oznaczeniami Polskiego Związku Motorowego i Ligi Obrony Kraju.

Do Dłuska na praktyki rolne przyjeżdżali studenci z Krakowa. Były to lata 1973-1974. Pamiętam doskonale ten okres, bo w pałacu w Dłusku zakładałem centralne ogrzewanie – od kotłowni aż po samą górę. Pałac był w znakomitym stanie i nie stał pusty, stołowali się tam też pracownicy rolni. Z Poznania na Jagodę [38] przyjeżdżali studenci. Pałac w Załomie również był elegancki, odbywały się tam apele, uroczystości pegeerowskie. Tuż obok, między pałacem i stodołą, znajdowała się gorzelnia. Druga gorzelnia była w Drzonowie PGR. Pięknie prezentował się pałac w Czaplicach, urządzono w nim przedszkole.

Zależało mi na tym, aby Człopa była miastem bezpiecznym. Przez kilka lat starałem się edukować młodzież i dlatego organizowałem akcje „Bezpieczne ferie” oraz „Bezpieczny Mikołaj”. Cieszę się tym, że dzieci nie tylko dostały słodkości, nie tylko zobaczyły świętego Mikołaja w limuzynie, ale też otrzymały kamizelki odblaskowe, a my wprowadziliśmy ten edukacyjny element bezpieczeństwa. Udało mi się doprowadzić do ustawienia w Człopie fotoradaru (2016 rok) oraz świateł na przejściu dla pieszych przy kościele (2012 rok). Potwierdzeniem tych dokonań są liczne artykuły prasowe w prasie regionalnej, które opisywały te wydarzenia. Wielu mieszkańców może pamiętać artykuł zatytułowany „Człopa otrzymała nowy radiowóz”. Radiowozem tym była odpowiednio przygotowana atrapa, znajdująca się przy wjeździe do Człopy od strony Wałcza. Jej widok skutecznie hamował zapędy krewkich kierowców, a z czasem stał się lokalną atrakcją. Kierowcy potrafili zatrzymać się przy niej i zrobić sobie zdjęcie. Niestety, dali o sobie dać znać wandale i trzeba było ją zdemontować. Na marginesie – w pobliżu tego miejsca stał krzyż (też został wyrwany, ale wciąż tam jest) upamiętniający śmierć czwórki młodych ludzi w wypadku samochodowym, który miał miejsce już z ponad dziesięć lat temu. A bliżej Czaplic, też na krajowej „dwudziestce dwójce” dachowanie podczas gołoledzi przytrafiło się merowi Kaliningradu. I on i jego pies wyszli z tego bez szwanku, a i auto udało nam się przywrócić do normalnego stanu.


[1] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 5.

[2] Obecnie Plac Zwycięstwa 2.

[3] Jak wyżej.

[4] Ulica Adama Mickiewicza 24.

[5] Czyli obecne ulice Stanisława Moniuszki i Zwycięstwa Wojska Polskiego oraz część Kolejowej.

[6] Czyli obecny Plac Zwycięstwa i ulica Wincentego Witosa.

[7] Ulica Adama Mickiewicza 19.

[8] Okolice posesji przy ulicy Adama Mickiewicza 18.

[9] Stał w otoczeniu drzew na rynku, tych samych, które rosną przy fontannie.

[10] Pan Henryk wymienił w tym miejscu dwa nazwiska: Stefan Smętkiewicz, Jan Upian.

[11] Ulica Strzelecka 2.

[12] Ulica Strzelecka 3/5.

[13] Ulica Stanisława Moniuszki 5.

[14] Od skrótu GS „SCh” – Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”; ulica Stanisława Moniuszki 1.

[15] Ulica Stanisława Moniuszki 38.

[16] Ulica Wincentego Witosa 12.

[17] Od skrótu PGR – Państwowe Gospodarstwo Rolne; jedna mieściła się przy ulicy Kolejowej 22-24, pod lasem, koło dawnego OTL-u (Ośrodka Transportu Leśnego), druga – nie wiadomo.

[18] Mieściła się przy ulicy Kolejowej 30, niedaleko skrzyżowania z ulicą Zwycięstwa Wojska Polskiego, dziś wędzarnia ryb.

[19] Budynek po lewej stronie posesji przy ulicy Wincentego Witosa 4 (obecnie Rol-bud).

[20] Ulica Wincentego Witosa 5.

[21] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 27 (obecnie Kador).

[22] Ulica Wincentego Witosa 13/14 (obecnie Iliko); zakład funkcjonujący w ramach Zjednoczenia Przemysłu Stolarki Budowlanej „Stolbud” / Krajowego Zrzeszenia Producentów Stolarki Budowlanej i Obiektów Kubaturowych „Stolbud” (za Wikipedią).

[23] Ulica Przedszkolna 1.

[24] Ulica Brzozowa 8.

[25] Ulica Młyńska 8.

[26] Plac Zwycięstwa 5.

[27] Ulica Wincentego Witosa 2.

[28] Plac Zwycięstwa 1.

[29] Zobacz przypis numer 9.

[30] Ulica Stanisława Moniuszki 44.

[31] Najpewniej chodzi o posesję przy ulicy Stanisława Moniuszki 40.

[32] Taki tytuł wymieniał też już nieżyjący Jan Bielecki z Człopy, reżyserem miał być Mieczysław Jahoda, jednak nie znaleziono potwierdzenia tego faktu.

[33] Ksiądz Mieczysław Kasprowicz, proboszcz w Człopie w latach 1947-1964.

[34] Ulica Ignacego Paderewskiego 9.

[35] Prawdopodobnie chodzi o budynek przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 7/9.

[36] Obecnie Plac Zwycięstwa 7, wcześniej ulica Wincentego Witosa 22.

[37] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 38.

[38] Osada leśna (leśniczówka) nad jeziorem Szczuczarz, przy jego północnym krańcu.


Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację

Przejdź na profil strony na Facebooku