Wspomnienia pani Anny Wolniewicz o Człopie

(na podstawie rozmowy przeprowadzonej 12 lipca 2022 roku)

Uwaga: podane numery posesji odzwierciedlają stan z sierpnia 2022 roku (źródło: czlopa.e-mapa.net).

Urodziłam się w leśniczówce Zwierz [1] w 1947 roku. Przez wiele lat mieszkali w niej pracownicy służby leśnej, a obecnie znajduje się w rękach prywatnych. Warto wspomnieć, że początkowo leśniczówka i całe leśnictwo Zwierz przynależały do nadleśnictwa Tuczno. Dopiero w późniejszych latach przyłączono je do Nadleśnictwa Człopa.

Tata przyjechał do Człopy w październiku 1945 roku, ale nie od razu zamieszkał w leśniczówce. Bał się Rosjan, którzy po zakończeniu walk jeszcze dość długo przebywali w okolicy. Podobnie inni leśniczowie – z tego powodu razem z rodzinami mieszkali w budynku przy ulicy Witosa 2 [2].

Mój tata w 1975 roku przeszedł na emeryturę i rodzicie zamieszkali w budynku obecnego nadleśnictwa [3]; wtedy to był budynek mieszkalny. Przeciekał w nim dach, na co ówczesny nadleśniczy poradził tacie, by grabiami poprawił dachówki. Kiedy nadleśniczym został pan Łangowski, to przejrzał dokumentację, po czym przyjechał obejrzeć mieszkanie zajmowane przez rodziców. Stwierdził, że po tylu latach pracy nie można mieszkać w takim lokalu i polecił tacie obejrzeć mieszkania w nowych blokach. Jako że tata nie mógł już chodzić, to wybrał mieszkanie na parterze, z takiej strony budynku, by samochody nie jeździły mu pod oknami. Mieszkał tam tylko od października do stycznia – zmarł w 1983 roku – i tyle się nacieszył. Potem przynajmniej mama miała wygodę.

Do przedszkola chodziłam z siostrą – ja miałam sześć, a ona trzy lata. Mama stwierdziła, że nie możemy zdziczeć w lesie i dlatego nas tam posyłała. Codziennie wsadzała moją siostrę do wózka i odprowadzała nas do wiaduktu nad torami kolejowym. Potem ja prowadziłam wózek, który zostawiałam u jednej pani w kamienicy na Mickiewicza i obie już szłyśmy dalej. Pamiętam ulicę Moniuszki, idąc od skrzyżowania od Bydgoskiej, jeszcze w gruzach. Stały tylko wypalone ściany. Mama przykazywała nam, by idąc tamtędy, iść po jezdni przy krawężniku, by nie spadła na nas żadna cegłówka. Po pracy tata zaprzęgał konia do wozu, jechał do przedszkola, zabierał nas, odbierał wózek i wracaliśmy do domu.

Po wojnie przedszkole było naprzeciw kościoła [4]. Wchodziło się do niego przez furtkę od strony kościoła i drzwiami od podwórza. Sale dla dzieci były tylko na parterze, na piętrze było mieszkanie kierowniczki przedszkola i kuchnia. Dzieci uczęszczało do niego dosyć dużo.

W Człopie krótko po wojnie zdarzały się wypadki śmiertelne spowodowane „zabawą” z bronią pozostałą po walkach. Podobno było tego pełno, a dzieciaki jak to dzieciaki… Mój brat był wśród czwórki chłopców, którzy na terenie dzisiejszych ogródków działkowych za cmentarzem [5], w ruinach ogrodnictwa, próbowali rozbroić granat. Szczęśliwie dla niego pojawił się starszy syn sekretarza nadleśnictwa, mieszkający po drugiej stronie drogi. Zwyzywał towarzystwo, po czym wyprowadził stamtąd swojego młodszego brata i mojego brata. Zaraz potem granat eksplodował – na miejscu zginął jeden z tej czwórki, a drugi doznał urazów twarzy i oczu. Brat zawsze wspominał, że w podobny sposób zginęli chłopcy z Trzebina. Wracając ze szkoły znaleźli granat, który przy zabawie wybuchł. Ich groby znajdują się w starej części cmentarza. Wskazywał też inne miejsce, gdzie z kolei miał być grób nieznanego żołnierza – przy drodze do Załomu i Golina, w okolicy wiaduktu kolejowego. Dokładnie nie pamiętał miejsca i okoliczności, ale kojarzył, że tam ich prowadzano.

Do szkoły poszłam w wieku siedmiu lat – do tego samego budynku, który funkcjonuje do dziś [6]. Nie było jeszcze sali gimnastycznej i prowadzącej do niej łącznika. Plac przed budynkiem, gdzie dziś są boiska, zdobiły dwa klomby, po lewej i prawej stronie przejścia od furtki do wejścia do szkoły. Stały tam maszty, na jednym klombie ułożony był (może z kamieni) orzeł, a na drugim krzyż harcerski. Natomiast boisko wtedy było na tyłach szkoły, od strony ulicy Południowej. Wychodziło się na nie dwoma wyjściami (jedno zachowało się do dziś) z poziomu pierwszego piętra. Boisko wtedy było wyżej, bardziej na poziomie ulicy. Dopiero jak budowano salę gimnastyczną, to musiano obniżyć ten fragment działki. Przy boisku, wzdłuż ulicy Południowej, rosły wysokie topole. W zimie, podczas zajęć wychowania fizycznego, na tej ulicy zjeżdżaliśmy z górki na sankach, bo teren łagodnie opadał w kierunku Cieszynki. Trzeba pamiętać, że wtedy nie było jeszcze tych dwóch bloków na wprost skrzyżowania, a i ruiny poniemieckich zabudowań nie przeszkadzały aż tak bardzo w jeździe. Przy okazji – w miejscu gdzie dziś jest pierwszy blok [7], bliżej kościoła, to wcześniej była kuźnia, do tego kowala mój tata prowadzał konia do podkucia. Drugi blok [8] postawiono na sztucznie usypanej skarpie. To dlatego u jej podnóża stoi mur oporowy.

Do budynku szkoły wchodziło się tak jak dziś – wejściem od strony Placu Zwycięstwa. Dyżurka woźnego była w tym samym miejscu, co obecnie, na prawo od wejścia. Również na prawo było wejście do mieszkania woźnego i kierowniczki szkoły. Gdzie teraz są szatnie, były łazienki i ubikacje.

Na pierwszym piętrze, między przeszklonymi drzwiami a jedną z klas, był zamontowany kran z przywieszonym kubkiem, z którego każdy mógł się napić. Podobnie było na drugim piętrze. I właśnie na drugim piętrze, po lewej stronie, były spalone trzy sale – następne za późniejszą salą numer 214 – gabinetem historycznym. Później odróżniały się od pozostałych klas innym sufitem (widoczna była trzcina, normalnie przykryta tynkiem), oknami i podłogą (deski zamiast parkietu). Wedle opowieści moich rodziców, w 1945 roku szkoła służyła Rosjanom za nocleg. Wiadomo – bimber, dużo słomy i zaprószyli ogień. W Człopie byli już pierwsi mieszkańcy, którzy zauważyli płomienie i zdołali ugasić ten pożar.

Znajdująca się na ostatnim piętrze świetlica służyła od zawsze na różnego rodzaju akademie i występy. Jednak początkowo scena nie znajdowała się po lewej, a po prawej stronie pomieszczenia. I ta dalsza część, gdzie potem była sala do plastyki, stanowiła zaplecze dla sceny. Scenę pewnie przeniesiono, by móc wykorzystać to zaplecze do prowadzenia zajęć.

Na strychu raczej nie bywałam, służył on jako magazyn nieużywanych już mebli czy pomocy dydaktycznych. Pamiętam, że kiedy już uczyłam, to moja klasa – rocznik chyba 1967 – weszła tam i wynalazła potężną, okutą metalem skrzynię, z wykutą na niej datą roczną „1948”. Gdy ją znosili, to namęczyli się, bo świętej pamięci pan Jerzy Gajewski dla hecy nakładł do niej kamieni. Nie wiem jak ta skrzynia znalazła się na strychu, ani do kogo należała – czy do Niemca, czy do Polaka? Potem ta skrzynia stała w gabinecie historycznym. Chyba już jej tam nie ma. Syn mojego siostrzeńca niedawno dopytywał się o nią, ale zbyt często zmieniali się nauczyciele historii i, póki co, poszukiwania nie przyniosły efektu.

Nad strychem, w wieży, normalnie funkcjonował zegar. Mój brat, starszy ode mnie o siedem lat, zaczął chodzić do szkoły w Klempiczu koło Lubasza (organizowała ją moja ciocia), a od 1946 roku kontynuował naukę w Człopie. Opowiadał jak to mąż woźnej z człopskiej szkoły – bodajże Mozer (lub Moser) – wracał po pracy na nocnej zmianie i szedł na strych, by nakręcić zegar. To też było w ramach jego obowiązków. Sam zegar po naprawie w latach 1990. chyba jest sprawny, a to, że nie chodzi, to może z powodu braku zegarmistrza. Przyjeżdżał z Piły, kiedy jeszcze pracowałam w szkole i, na przykład, przestawiał zegar po zmianie czasu. Sugerował też, by pomyśleć o dodatkowym osłonięciu mechanizmu zegara.

Pomieszczenia klas w zasadzie były puste. Nie było w nich szaf, jedynie takie szafki wbudowane w ścianę przy tablicy. A za tablicę służył pomalowany na czarno i obramowany fragment ściany. Przed nią ustawione były drewniane podesty (w niektórych salach przetrwały bardzo długo), a na nich stały potężne katedry dla nauczyciela. Na ścianach wisiały portrety, między innymi Świerczewskiego, Marksa, Engelsa i Lenina. W klasach wykorzystywano czteroosobowe, poniemieckie ławki z otworami na kałamarze w blatach. Po lekcjach dyżurny miał obowiązek zebrać kałamarze i schować w tej szafce przy tablicy. Parkiet był konserwowany ciemną, tłustą substancją, która, w razie przewrócenia się na podłogę, bardzo brudziła odzież i trudno było ją doprać. Nie było szatni, a uczniowie pozostawiali odzież wierzchnią na wieszakach zawieszonych przy drzwiach do klasy. Uczniowie nie chodzili między salami – każda klasa miała własną i tam realizowane były wszystkie lekcje. To nauczyciel przychodził do klasy, a dyżurni przynosili ze specjalnych magazynków potrzebne pomoce dydaktyczne (na przykład mapy na geografię).

Nie było wtedy stołówki szkolnej. W klasach jedliśmy wspólne śniadania, co kto przyniósł ze sobą z domu. Za to chyba woźna przygotowywała kawę zbożową, którą rozdawano nam w kubkach. Nie było też elektrycznego dzwonka – woźny chodził po korytarzach ze zwykłym dzwonkiem i ogłaszał nim początek i koniec przerwy.

Kiedy chodziłam do szkoły, to zimą zajęcia z wychowania fizycznego odbywały się na dworze lub na korytarzach. Później uczniowie mieli do dyspozycji namiastkę sali do ćwiczeń – na pierwszym piętrze, od strony ulicy Południowej, połączono pomieszczenia dwóch klas. To rozwiązanie funkcjonowało do czasu, aż wybudowano salę gimnastyczną. Sala gimnastyczna przy szkole została oddana do użytku w 1981 roku. Częściowo pomógł w jej budowie bydgoski Zachem, ponieważ do szkoły na kolonie przyjeżdżały dzieci pracowników tego zakładu, a wraz z salą miała powstać stołówka z prawdziwego zdarzenia. Raczej nie pomagało w tym wojsko. Żołnierze za to wybudowali pomost na plaży nad Jeziorem Młyńskim.

Dawniej dzieci z wiosek położonych bliżej Człopy chodziły do naszej szkoły – docierały pieszo czy rowerem. Te mieszkające w większej odległości uczęszczały do miejscowych, siedmioklasowych szkół – tak było w Wołowych Lasach, w Drzonowie [Wałeckim], w Pieczyskach i Szczuczarzu. Taka szkoła była też po wojnie w Golinie, ale możliwe, że była tylko trzyklasowa.

Mój brat więcej pamiętał, ale zmarł w zeszłym roku. Opowiadał, że zaraz po wojnie w ramach jednej klasy łączono dzieci z różnych roczników. I były liczne; nawet moja klasa liczyła ponad trzydzieści osób. Mam za to teksty dotyczące szkoły, które mój brat przygotował dla syna mojego siostrzeńca. Można z nich wyczytać, że pierwszymi nauczycielkami były panie: Smalowa, Rogozińska i Terlecka. Do pierwszej klasy chodzili uczniowie w różnym wieku – od 6-7 do 16-17 lat. A to dlatego, że część z nich przyjechało do Człopy z terenów wschodnich, gdzie uczyli się w języku rosyjskim lub w ogóle nie chodzili do szkoły. W 1945 roku nie było podręczników. Pani Terlecka miała przedwojenny elementarz dla klasy pierwszej i przerysowywała każdą stronę na dużą kartkę, którą potem pokazywała uczniom. W ten sposób dzieci uczyły się czytać i pisać. Nie było też zeszytów, nauczycielki robiły je dla uczniów z jasnobrązowego, prążkowanego papieru pakowego. Pierwszoklasiści pisali ołówkiem, w starszych klasach używano już piór, składających się z obsadki i stalówki. Stalówki zanurzali w kałamarzu (szklana buteleczka) z atramentem. Początkowo każdy nosił własny kałamarz, później atrament był już w szkole – kałamarze wstawiano w specjalne okrągłe otwory w pulpitach ławek. Uczniowie nosili książki i zeszyty w tornistrach wykonanych z deseczek połączonych paskami z ceraty, skóry lub podobnych materiałów. Robił je pan Konstanty Korsak. W zimie znakomicie zastępowały sanki do jeżdżenia z górki po śniegu. W powojennych latach uczniowie z Golina, Załomu, Jaglic i innych wiosek chodzili do szkoły w Człopie na pieszo. Najtrudniej było zimą, bo zimy były śnieżne, a drogi nie były odśnieżane.

Kiedyś, gdy już pracowałam i w wakacje z jakiegoś powodu byłam w szkole, to zjawiła się tam córka pani Marii Terleckiej, pierwszej kierowniczki szkoły w Człopie. Opowiedziała mi jej całą historię, jak tu trafiła po pobycie na Syberii. Początkowo prowadziła szkołę w Golinie i tamtejszym mieszkańcom zawdzięcza to, że odkarmili ją i dzięki temu wróciła do pełni sił. Ostatecznie, po kierowaniu człopską szkołą, została inspektorem szkolnym w Wałczu. Innym razem szkołę odwiedził pan z Niemiec, który przed wojną mieszkał w Człopie, w domu przy obecnym Placu Zwycięstwa (ten kompleks, gdzie dziś jest ośrodek zdrowia). Był ewangelikiem i jako dziecko chodził do szkoły ewangelickiej, która mieściła się przy cmentarzu (tak zwana „czerwona kamienica” przy ulicy Mickiewicza 19). A kiedy oddano do użytku nowy budynek szkoły (powszechnej, już bez podziału na wyznania), miał do niego bardzo blisko, przez ulicę. Wspominał też, że pod jednym z dwóch filarów przy wejściu do budynku szkoły, umieszczono podczas budowy kamień węgielny.

Do naszej leśniczówki przyjeżdżał też jakiś Niemiec – być może dawny mieszkaniec? W każdym razie tata był do niego raczej niechętnie usposobiony, bo ciągle jakby czegoś szukał. Co ciekawe, podczas późniejszego remontu, przy fundamentach domu mieszkalnego miano znaleźć broń czy coś takiego. Wydaje mi się, że Niemcy odwiedzający po latach Człopę, w zdecydowanej większości opuścili ją gdy mieli po 12-13 lat. Chyba wraz z oddaniem do użytku odbudowanego zamku w Tucznie, zwiększyła się liczba odwiedzających nas przedwojennych mieszkańców. Kiedy jeździłam z harcerzami do ówczesnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, to za tłumacza miałam pana z Chodzieży, który był ciekawy ludzi i zawsze zagadywał miejscowych. Zdarzało się, że mnie wołał: Pani Aniu, proszę przyjść, ten pan jest z Trzebina! Odniosłam wrażenie, że Niemcy z Człopy i okolic po 1945 roku osiedlali się tam też grupami, nie za daleko od siebie.

Szkołę podstawową skończyłam w 1961 roku, po siódmej klasie, bo taki wtedy obowiązywał system [9]. Naukę kontynuowałam w liceum pedagogicznym w Poznaniu. Mieszkała tam siostra mojej mamy; zresztą cała moja rodzina pochodzi z Poznańskiego. To zadecydowało o wyborze miejsca nauki.

Po ukończeniu liceum, w roku 1966 wróciłam do Człopy i czterdzieści pięć lat pracowałam w szkole podstawowej. W zasadzie to przez przypadek. Jeszcze przed maturą do szkoły przyjeżdżali inspektorzy, którzy „angażowali” przyszłych nauczycieli do pracy, tak bardzo byliśmy rozchwytywani. Ja początkowo podpisałam umowę o pracę w jednej ze szkół w powiecie trzcianeckim. Ówczesny kierownik szkoły w Człopie, pan Mospinek, dowiedział się o mnie, a że też potrzebował nauczycieli, to zaczął mnie bardzo „męczyć” o podjęcie zatrudnienia w Człopie. Musiałam zdobyć przeniesienie z Trzcianki, lecz inspektor sprzeciwiał się temu. Dopiero pomoc pani kadrowej z Trzcianki i jej wstawiennictwo, spowodowały, że zaczęłam pracę w Człopie.

Już jako nauczycielka często prowadziłam swoich uczniów na grodzisko. I to mimo tego, że było tak samo porośnięte roślinnością jak dziś, a Cieszynkę, zamiast po mostku, przekraczało się po przerzuconym pniu drzewa. Obecnie dzieci mogą nawet nie wiedzieć, że coś takiego jest w okolicy Człopy.

Podczas swojej pracy zawodowej prowadziłam część z kronik, które „funkcjonowały” w szkole. Jeszcze trzy lata temu leżały w szafie zastępcy dyrektora szkoły. Może kiedyś uda się je opracować. Wśród nich była też kronika człopskich harcerzy, ponieważ prowadziłam ich drużynę. Zaczęłam już na samym początku pracy – najpierw zuchy, później harcerzy starszych.

Kiedyś myślałam o napisaniu historii szkoły w Człopie, ale wciąż jakoś nie mogę zabrać się do tego. Za to przez pewien czas przygotowywałam naszym ósmoklasistom na zakończenie szkoły krótkie kalendarium jej dziejów wraz z wykazem nazwisk uczących ich nauczycieli oraz kolegów i koleżanek z ich klas.

Jak pamiętam Człopę z tego okresu? Przy drodze do Tuczna, na wysokości obecnego parkingu leśnego, stała – jak na nią mówiliśmy – „spalona leśniczówka” [10]. Stała frontem do drogi, to były wypalone mury z czerwonej cegły. Potem ktoś je rozebrał. W głębi lasu, w kierunku Krąpiela, była też druga spalona leśniczówka, bardziej zniszczona niż ta przy drodze [11]. Rósł tam jeszcze żywopłot i stał płot. Jeździliśmy tam do sadu po jabłka. W sadzie były groby, również dziecięce, widać mieszkańcy musieli dokonywać tam pochówków. Obie leśniczówki na pewno zniszczyli Rosjanie, bo opodal znaleźliśmy łuski od pepeszy. Tata wspominał, że jak szedł na polowanie, to w okolicy tej drugiej leśniczówki zawsze oblatywał go strach.

Przy drodze do Tuczna, przy skrzyżowaniu prowadzącym właśnie do tej drugiej leśniczówki, rośnie sosna[12]. Podczas wyrębów nie została ścięta. W czasie wojny Niemcy powiesili na niej polskiego robotnika przymusowego, który pracował na posesji na tyłach dzisiejszego zakładu fotograficznego [13]. Coś tam wydarzyło się i Niemcy postanowili go dla przykładu ukarać śmiercią. Na egzekucję spędzono wszystkich pozostałych robotników przymusowych z Człopy. Ten Niemiec, który po wojnie przyjeżdżał do naszej leśniczówki, miał wtedy 12 lat. Nie powinno go tam być, ale wraz z kolegami ukryli się w pobliżu i stamtąd oglądali wykonanie wyroku.

Szosa z Tuczna do Człopy była asfaltowa – taka smoła posypana żwirem. Przyjrzałam się temu dobrze podczas nauki jazdy rowerem, kiedy zdarzało mi się przewrócić. Od budynku nadleśnictwa do skrzyżowania ulic Bydgoskiej i Moniuszki jezdnia na ulicy Mickiewicza była wybrukowana kocimi łbami. Tak samo było na ulicy Podgórnej i na odcinku Moniuszki – od dawnej cukierni Hoffmanna pod górę, w kierunku poczty. Dalej, od kościoła do przejazdu kolejowego, nawierzchnia była taka jak w Strzelcach Krajeńskich, gładka kostka. Zresztą ona cały czas tam jest, było ją widać podczas remontu drogi. Nie pamiętam jaka była nawierzchnia ulicy Witosa – raczej nie było na niej asfaltu. W zasadzie główne ulice Człopy były utwardzone. Nawet jeszcze dziś w lasach zachowały się poniemieckie kocie łby na stromych podjazdach. W Człopie były też chodniki, obramowane krawężnikami.

Budynek przedwojennego szpitala przy ulicy Podgórnej 3 nie był wykorzystywany w tej funkcji, przekształcono go w dom mieszkalny. Budynki przy ulicy Polnej raczej nie były zniszczone, tak to przynajmniej pamiętam. Chyba jedynie między domami państwa Misiak i Paliwodów coś było zburzone, ale nie jestem do końca pewna. Przeciwległe peryferia Człopy, przy szosie na Trzebin, to tak zwane Glinianki. Nazwa miała wziąć się stąd, że tamtejsze najstarsze domy były budowane z gliny. Z kolei przy drodze do Załomu, tuż za granicami Człopy, pamiętam podmurówki zniszczonych budynków – po lewej stronie; po prawej stały jeszcze pojedyncze poniemieckie szopy, służące do magazynowania zbiorów czy narzędzi rolnych. Podobna szopa stała jeszcze dość długo przy ulicy Młyńskiej, na wysokości ostatniego poniemieckiego domu. I jeszcze przy wyjeździe na Wałcz, chyba po lewej stronie.

Na rogu ulic Moniuszki i Strzeleckiej (tam gdzie stoi budynek dawnego Domu Kultury) stał kiosk Ruchu, a naprzeciwko, na skraju skweru, stał kiosk spożywczy. Kioski Ruchu były jeszcze: naprzeciw restauracji „Dzierżykraj” i przy stacji kolejowej. „Dzierżykraj” powstał częściowo na miejscu po rozebranym kościele ewangelickim. W czasie pomiędzy tą rozbiórką, a budową restauracji, na pozostałościach stopni prowadzących do kościoła stał kolejny kiosk spożywczy. Z opowiadań brata pamiętam, że świątynia ewangelicka była w dobrym stanie. Brakowało szyb w oknach, ale były organy (choć dzieci wyciągały z nich piszczałki).

Ruiny domów z kwartałów wokół kościoła ewangelickiego rozebrano jakoś w czasie, kiedy uczyłam się w Poznaniu, może około 1967 roku. Cegła miała być użyta do odbudowy Warszawy. Choć na przykład dom mieszkalny [14] koło poczty, który pamiętam jako gruzowisko, odbudowano i to tak, że przypomina wyglądem oryginał. Podobnie zrobiono z budynkiem przy Mickiewicza 3. Budynek, który wygląda jak przedwojenny, ale powstał już po wojnie, to dawna przychodnia weterynaryjna przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 38, tuż przed stacją paliw. Mieściło się w nim służbowe mieszkanie – pamiętam z czasów nauki, że mieszkający tam pan był weterynarzem, a jego żona uczyła w szkole biologii.

Pamiętam wieżę ciśnień przy stacji kolejowej, nieopodal przejazdu kolejowego (po lewej stronie patrząc w kierunku Dobiegniewa). Pamiętam wypalone mury przedwojennego dworca kolejowego. Mimo to część pomieszczeń była w nim wykorzystywana – była tam kasa biletowa i pokój dyżurnego ruchu. Niezbyt dokładnie, ale kojarzę szyny kolei wąskotorowej biegnące z tyłu tartaku do stacji kolejowej. Tata wspominał, że niedługo po wojnie, w okolicy wiaduktu kolejowego w lesie (przy jeziorze Miejskim, nad drogą leśną prowadząca do ulicy Polnej) przez krótki czas funkcjonowało coś jakby przystanek kolejowy z drewnianym peronem.

Na strzelnicy za stadionem kojarzę pozostałości fundamentów – między torami kolejowymi, a obecnym domkiem myśliwskim. Wydaje mi się, że domek myśliwski nie stoi na tych fundamentach, a przed nimi. Z tą okolicą wiążą się również zasłyszane relacje o szpitalu czy sanatorium. Że gdzieś tam, w okolicy resztek fundamentów, miało się to znajdować.

Poczta była tam, gdzie jest i dziś – przy ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego 5. Podobnie, jak pamiętam, było z przychodnią zdrowia – mieściła się w kompleksie budynków naprzeciwko szkoły, po prawej stronie od środkowego budynku [15]. Na pierwszym piętrze była izba porodowa. I chyba tak było też zaraz po wojnie, bo wspominała o tym w rozmowach pani Pietrzak, pierwsza kierowniczka przedszkola. Natomiast w środkowym budynku [16] mieścił się posterunek milicji, urząd miejski i urząd gminy. Na posterunek i do urzędu miejskiego wchodziło się od prawej strony – od strony przychodni, a do urzędu gminy – od lewej strony. Urząd miejski i urząd gminy funkcjonowały wówczas oddzielnie. A z dzieciństwa pamiętam, że na dożynki chodziło się też do Trzebina, bo tam chyba mieścił się urząd gminy. Jednak nie jestem tego do końca pewna. W Człopie odbywały się pochody pierwszomajowe, aczkolwiek kojarzę tylko te, w których brałam udział jako uczennica szkoły podstawowej. Trybuna dla oficjeli stała w miejscu, gdzie dziś jest bramka w szkolnym ogrodzeniu. Mama zawsze zastanawiała się w domu, czy brzózki zdążą się rozwinąć na pierwszego maja, bo organizatorom bardzo na tym zależało.

Z dzieciństwa pamiętam kino mieszczące się w budynku późniejszej mleczarni [17], chodziłam tam oglądać filmy. W sali były drewniane, opuszczane krzesełka. Pracował tam pan Sawicki. Podobno był żołnierzem Andersa, ale nigdy nie chciał o tym mówić. Zabawy i potańcówki odbywały się natomiast w „Remizie” – tak się mówiło na ten barak (bo chyba tam rzeczywiście początkowo była remiza strażacka). Stał w miejscu, gdzie potem zbudowano dom kultury. Był to niski budynek, kryty papą. W budynku, gdzie obecnie mieści się urząd miasta i gminy [18], a do 1945 roku był sąd, po wojnie była szwalnia. Zajmowała tylko część pomieszczeń, część była zniszczona. Potem w dzisiejszej sali obrad urządzano zabawy.

W Człopie działały dwie piekarnie – GS-u przy ulicy Witosa 11 (później przejął ją pan Dul) i pana Hoffmanna przy ulicy Moniuszki 5 (według mnie piekł najlepsze chleby w okolicy). Rodzice tylko co jakiś czas zaprzęgali konia i jechali do miasta na większe zakupy, więc na mnie spoczywał obowiązek kupna chleba. Po szkole odbierałam go u pana Hoffmanna. Często bochenek (podłużny, nie okrągły) docierał do domu już nieco „wyskubany”, bo tak pachniał… Jego chleby miały chrupiącą skórkę i były brązowe. Chleb z GS-u był nieco inny. A pierwsza piekarnia GS-u mieściła się w podwórzu posesji przy ulicy Moniuszki 1 (róg Południowej) – do czasu wyremontowania tej przy Witosa. Pracował w niej pan Andrzejewski (który też mieszkał w tym domu).

Na rogu ulic Żeromskiego i Moniuszki kiedyś działał sklep rybny [19]. Wchodziło się do niego przez taki ścięty narożnik budynku. Na szyldzie wiszącym nad drzwiami w pewnym momencie znajdował się napis w rodzaju „Monopole Ryby”. Tata wówczas jeszcze działał w człopskim GS-ie [20], i po naszych – dzieci – uwagach, że to brzmi jakby sprzedawali tam ryby o nazwie monopole, porozmawiał o tym z prezesem, panem Furmanem. Tata zasugerował zmianę brzmienia napisu, ale do końca nie potrafił wytłumaczyć, o co nam chodziło i prezes zbył tę uwagę machnięciem ręki. Tym bardziej, że tata uchodził za takiego, któremu wciąż coś nie pasuje. Co więcej, pan Furman, jak potem przyznał, nawet przyjrzał się temu napisowi, ale stwierdził, że wszystko jest jak trzeba. Rzecz działa się jeszcze w czasach, kiedy Człopa znajdowała się w województwie koszalińskim [21]. Traf chciał, że niedługo potem przez Człopę przejeżdżał reporter z „Głosu Koszalińskiego” i wypatrzył właśnie ten szyld. Potem napisał w swoim tekście, że oto sprzedawane są u nas ryby nowego gatunku – monopole. Prezes potem zarzucał ojcu, że napisał do gazety, a to był nadzwyczajny zbieg okoliczności.

Też przy ulicy Moniuszki, po tej samej stronie, ale bliżej późniejszego domu kultury, na parterze kamienicy [22] znajdował się sklep z materiałami tekstylnymi. W czasach mojego dzieciństwa w podwórzu tego budynku mieściła się stolarnia. Z kolei po przeciwnej stronie, gdzie dziś jest taki wyniesiony placyk przy zbiegu ulic Moniuszki i Młyńskiej, swój pawilon miał pan Rachtan. Sprzedawał tam warzywa i owoce. Po tej samej stronie, ale bliżej mostu działał sklep odzieżowy [23] – choć zajmował cały murowany pawilon i były dwa wejścia, to wchodziło się do niego zawsze tylko tym od prawej strony. A gdyby pójść dalej w Młyńską, to za dawnym przedsiębiorstwem Ewex [24], znajdował się sklep, o którym mówiło się „Kruszynka” [25]. Najpierw sprzedawano tam odzież, a potem lody i słodycze. W lokalu naprzeciwko dzisiejszego zakładu fotograficznego, przez pewien czas też był sklep – chemiczny, potem odzieżowy [26]. Teraz to jest mieszkanie. Przy ulicy Witosa [27], gdzie dziś jest sklep „Rol-Bud”, działała człopska rozlewnia oranżady.

Od 1975 roku mieszkałam w bloku przy ulicy Moniuszki. Pamiętam, że jeszcze wtedy widziałam z okna stację paliw. Mieściła się tam, gdzie dziś jest trawnik między sklepem „Jedynką” [28] a targowiskiem. Oprócz dystrybutora był tam jeszcze jakby niewielki kiosk dla pracownika obsługi.

Przyjeżdżające do Człopy wesołe miasteczko rozstawiało się w miejscu dzisiejszych bloków przy Moniuszki, a potem na skwerze przy skrzyżowaniu Bydgoskiej i Moniuszki. Zanim drogowcy „ścięli” ten zakręt, było tam znacznie więcej miejsca. Przez długie lata przy tym zakręcie stała też poniemiecka, wysoka trafostacja z czerwonej cegły.

W Człopie działała sekcja żeglarska Ligi Obrony Kraju i posiadała własną przystań tuż obok kąpieliska nad Jeziorem Młyńskim. Początkowo na wyposażeniu tego kąpieliska były poniemieckie przebieralnie, dopiero później pobudowano ośrodek wypoczynkowy w obecnym kształcie. Na to jezioro przychodziło się zimą, by pojeździć na łyżwach. Co najmniej raz taka wyprawa skończyła się tragicznie – utonął chłopak, który wpadł do przerębla.

W roku 1975, aby uczcić trzydziestolecie zakończenia drugiej wojny światowej (zwycięstwa nad faszyzmem), plac między szkołą a przychodnią, dotychczas będący częścią ulicy Witosa, przemianowano na Plac Zwycięstwa. Z tej okazji pośrodku skweru przed budynkiem przychodni (gdzie dziś są te dwie fontanny) zasadzono Dąb Zwycięstwa. O już dosyć duży dąbczak postarał się leśniczy, pan Stanisław Nagiewicz, a zasadzili go: uczennica pierwszej klasy, Grażyna Roguszewska oraz uczeń siódmej klasy, Wojciech Nagiewicz – najstarszy syn pana Stanisława. Natomiast uczennica ósmej klasy, Małgorzata Mospinek, odczytała akt, który potem został złożony w butelce w dole pod dębem. Miało to miejsce podczas uroczystego apelu szkolnego.

Kiedy uczyłam się w Poznaniu, to z Człopy jechałam pociągiem do Krzyża i przesiadałam się tam w pociąg do Poznania. W pociągu wszyscy się znali. Jak pamiętam, to na początku kursowały jeszcze wagony, gdzie do każdego przedziału można było wsiąść osobnymi drzwiami z zewnątrz. W przedziale były drewniane ławki, po jednej z każdej strony. Szyby w oknach opuszczało się przy użyciu skórzanego pasa. Takie wagony kursowały nawet na trasie Krzyż-Poznań. Przez Człopę kursowały w składach pociągu ambulanse pocztowe – listonosze chodzili na stację, by odebrać przesyłki.

Z lat sześćdziesiątych pamiętam, że do Wałcza można było jeszcze dojechać autobusem. Na pewno już wtedy kursował autobus z Gorzowa Wielkopolskiego do Gdańska. Jeździłam nim do brata w Gorzowie. Autobus zatrzymywał się przy kościele i przedszkolu (kiedy jechał do Gorzowa), a na wysokości szkoły (gdy jechał do Gdańska).

Samochodów w Człopie mojego dzieciństwa nie było wiele. Pierwszym prywatnym właścicielem auta był pan Niedźwiedzki. Za kierownicą siedział nie na fotelu kierowcy, a na taborecie – widać był to pojazd „po przejściach”. W latach sześćdziesiątych w Człopie już były taksówki. W naszej leśniczówce, w okresie żywicowania lasu nocował przyjezdny specjalista w tym fachu. Po wypłacie zwykle odwiedzał gospodę na ulicy Witosa. Następnego dnia na pytanie dziadka, kiedy wrócił z miasta (do jego lokum prowadziło osobne wejście), odpowiadał: Panie leśniczy, ja honornie wróciłem – taryfą! Z kolei mój siostrzeniec z kolegą bardzo chcieli wiedzieć, jak to jest jechać taksówką i raz, wracając ze szkoły, zrzucili się na przejazd – z postoju taksówek przy ulicy Witosa na ulicę Moniuszki. Do dziś wspomina, że jego pierwszy kurs taryfą, to powrót ze szkoły do domu.

Za to zdecydowanie więcej w Człopie było koni. Koń wraz z wozem stanowiły podstawowy środek transportu dla ludzi i towarów. Z tatą jeździłam wozem do młyna w Człopie ze zbożem na przemiał – młyn jeszcze wtedy funkcjonował, a stał tam, gdzie Cieszynka wypływa z Jeziora Młyńskiego (ostatnim młynarzem był pan Siedlecki). W zimie, zamiast do wozu, zaprzęgano konie do sań. Mój tata miał piękne sanie – chyba je komuś oddał w momencie gdy odchodził z leśniczówki. Do tego były też janczary i ten ich dźwięk. Z czasów szkoły podstawowej pamiętam wysokie zaspy z odgarniętego śniegu na ulicy Moniuszki, kiedy odwożono mnie na lekcje właśnie saniami. Tata też pożyczał konia i powózkę, choćby na chrzciny, kiedy ktoś chciał zajechać uroczyście i z fasonem.

Podczas odpustu parafialnego w Człopie (13 czerwca, w świętego Antoniego), okolice kościoła zapełniały się straganami. Sprzedawano na nich zabawki – wypchane trocinami piłeczki na gumkach, piszczałki wszelkiego rodzaju, kapiszony. Ksiądz Emil Tarczyński, rezydent przy człopskiej parafii, walczył ze straganiarzami, by ustawiali się dalej od kościoła. A my, nauczyciele, musieliśmy mieć baczenie na dzieci, które na przerwach biegały do tych straganów. Szkolne ogrodzenie budziło respekt, bo jeżeli stragan nie zmieścił się w pobliżu kościoła, to stawał dopiero koło dzisiejszej pierogarni [29].

Ogólnie odpusty to było wielkie święto i rodzaj rozrywki dla mieszkańców. Z dzieciństwa pamiętam, że na 15 sierpnia, na odpust do Tuczna jechaliśmy z rodzicami konnym wozem, a z Człopy w ogóle podążało tam mnóstwo ludzi. Po wszystkim odbywało się przyjęcie u jednego z leśniczych, co roku kto inny o to dbał. Z kolei gdy w Człopie był odpust, to tu zjeżdżali wszyscy z okolicy – w tym i leśnicy z Tuczna. I co roku musieliśmy ich gościć, bo nasza leśniczówka była najbliżej i – przypomnijmy – oficjalnie w strukturze Nadleśnictwa Tuczno. Do dziś mam jeszcze kontakt z dziećmi ówczesnych pracowników tamtejszego nadleśnictwa. W ogóle Nadleśnictwo Tuczno wspominam z sentymentem, bo to była taka wielka rodzina.

Jedyną pozostałość po kościele świętego Wojciecha jaką pamiętam, to ogrodzenie z czerwonej cegły. Przy dawnej bramie stawiano wówczas jeden z czterech ołtarzy podczas procesji Bożego Ciała – to kojarzę, bo sypałam wtedy kwiatki. Pozostałe ołtarze mieściły się: przy kapliczce na ulicy Gospodarskiej, na Witosa przy domu w okolicy obecnej pierogarni i – też na Witosa – przy domach już za Iliko. Trasa procesji w tamtych latach była dłuższa niż obecnie. Z kościoła szło się najpierw na dół, za Cieszynkę, a potem przez Witosa i do kapliczki. Trudno mi powiedzieć od kiedy ołtarz zaczęto stawiać przy domu na Moniuszki 2.

Jakoś nie kojarzę zatargów na linii kościół – lokalne władze. Jednak oficjalna polityka partii miała wpływ i na naszą miejscowość. Tata opowiadał, jak w drodze do Poznania, w pociągu spotkał milicjanta z Człopy, który przyznał się, że od czasu do czasu jeździ do kościoła do Krzyża, bo tam nikt go nie zna. Z kolei brat opowiadał, że w jakimś okresie (lata pięćdziesiąte czy sześćdziesiąte) księża mieli co miesiąc meldować się w Wałczu, czego pilnowały nasze miejscowe władze (ale nie sprawdzały tego w Wałczu). Tak więc ksiądz z Tuczna przyjeżdżał do Człopy, razem z człopskim księdzem wsiadał do pociągu do Wałcza – co wszyscy widzieli – by po chwili jakoś wagon opuścić. Resztę dnia spędzali w naszej leśniczówce, po czym „wracali” z Wałcza. Moi rodzice byli bliżej z księdzem Mieczysławem Kasprowiczem, drugim powojennym proboszczem w Człopie, ale – śmieję się – „organizacyjnie” byli przypisani do parafii w Tucznie, z racji przynależności leśnictwa do nadleśnictwa w Tucznie. A w Tucznie żadna uroczystość kościelna nie mogła odbyć się bez leśników i żadna leśna bez udziału księdza.

Po wojnie część miasta nie była jeszcze przyłączona do wodociągu. Na pewno mieszkańcy ulic Mickiewicza i Podgórnej nosili wodę z ogólnodostępnych pomp (jedna z nich znajdowała się na zakręcie do Golina). Koleżanka z ulicy Podgórnej do dziś wspomina, jak ucząc się jazdy na rowerze, wpadła na kobietę niosącą wiadra z wodą. Podobnie było z kanalizacją – przy tej czerwonej kamienicy ubikacje były na zewnątrz. Jak było z pozbywaniem się śmieci, tego nie pamiętam. Za to pamiętam jak na wiosnę posesje były obchodzone przez komisję (w składzie był między innymi strażak), sprawdzającą, czy teren jest wysprzątany, czy na strychach nie walają się rzeczy łatwopalne. W leśniczówce co sobotę odbywało się grabienie podwórza i wokół domu – to było nasze – dzieci – zajęcie, bo trzeba było zrobić porządek na niedzielę. Moi rodzice wynieśli taką dbałość z Poznańskiego, gdzie co sobotę właściciele posesji nawet sprzątali przylegający do niej fragment drogi.

Nie pamiętam, by w Człopie w tamtych latach wychodziła jakakolwiek lokalna gazeta, choćby i na szczeblu powiatu. Docierał do nas natomiast „Głos Koszaliński”, a później „Tygodnik Pilski”.

Kiedyś, ale nie pamiętam dokładnie kiedy – może lata osiemdziesiąte, przez Człopę prowadziła trasa wyścigu kolarskiego. Czy to mógł być któryś z etapów Wyścigu Pokoju? Również na początku lat osiemdziesiątych Człopa brała udział w konkursie w rodzaju turniej miast.

Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 roku zastało mnie w Poznaniu. Nagle ogłoszono odwołanie zajęć i nakazano powrót do domu. W Człopie było spokojnie; był ustanowiony komisarz, obowiązywała godzina milicyjna, ale patroli wojskowych na ulicach nie było. Za to w całym okresie PRL-u w Człopie występowało zjawisko kolejek przed sklepami, funkcjonowały komitety kolejkowe – szczególnie przy sklepie meblowym (dzisiejszy market Biedronka) [30] i przy sklepie odzieżowym „po schodkach” na ulicy Witosa 3A.

Jedną z pierwszych powojennych prac, gdzie jest nieco więcej o Człopie, to książka „Historia powiatu wałeckiego w zarysie” z 1961 roku, autorstwa między innymi profesora Zygmunta Borasa z Poznania. Kiedy studiowałam w Poznaniu, on pracował na uczelni i stąd już wiedziałam czym się zajmuje. Kiedy przyszło do obrony, to bez większych nerwów podeszłam do kwestii pytania z regionalizmu (broniący miał wykazać się wiedzą o swojej rodzinnej okolicy), ponieważ mój promotor nie do końca orientował się, gdzie znajduje się ta Człopa. W wyznaczonym dniu obrony, tuż przed egzaminem, zakomunikowano mi, że mój promotor miał wypadek i leży w szpitalu, a zastąpi go profesor Boras. Widmo porażki na pytaniu z regionalizmu stanęło mi przed oczami… Jednak nie dane było mi bronić się przed nim. Profesor był na pogrzebie i wrócił już po ogłoszeniu wyników egzaminu – pytanie z regionalizmu zadał mi jeszcze inny wykładowca.


[1] W lesie, na zachód od szosy do Tuczna, około 700 metrów od północnych rogatek Człopy.

[2] Dawniej na parterze mieściła się gospoda, restauracja „Gwarna”, jeszcze później sklep spożywczy nr 29.

[3] Ulica Mickiewicza 9.

[4] Plac Zwycięstwa 8, przedwojenna szkoła katolicka, tak zwane „stare przedszkole”.

[5] Okolice ulicy Mickiewicza 20.

[6] Plac Zwycięstwa 6.

[7] Ulica Południowa 19.

[8] Ulica Południowa 17.

[9] Urodzeni dopiero w drugiej połowie 1952 roku realizowali osiem klas w szkole podstawowej.

[10] Niemcy określali ją jako Chaussehaus, na mapach sprzed 1945 roku oznaczana była jako gajówka lub dom dróżnika szosowego.

[11] Na mapach sprzed 1945 roku oznaczana była jako leśniczówka Krumpohl.

[12] Przybliżone koordynaty GPS: 53° 6′ 42.346″ N 16° 7′ 35.353″ E (zobacz na Google Maps).

[13] Zapewne chodzi o egzekucję Jana Peplińskiego w dniu 31 marca 1943 roku; zobacz Przemysław Bartosik, Z przeszłości Ziemi Człopiańskiej, Człopa 2013, s. 13-23.

[14] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 7-9.

[15] Plac Zwycięstwa 2.

[16] Plac Zwycięstwa 3.

[17] Ulica Witosa 5.

[18] Ulica Strzelecka 2.

[19] Ulica Moniuszki 38.

[20] GS SCh – Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” (zobacz w Wikipedii).

[21] Czyli w latach 1950-1975.

[22] Ulica Moniuszki 40.

[23] Ulica Moniuszki 7.

[24] Ulica Młyńska 17.

[25] Ulica Młyńska 18.

[26] Ulica Moniuszki 1.

[27] Budynek przy granicy z posesją 4a.

[28] Ulica Moniuszki 8.

[29] Okolice ulicy Witosa 13.

[30] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 19.


Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację

Przejdź na profil strony na Facebooku