Rozmowa z Panią Nadią Skulimowską (z domu Tymiec) i z jej córką, Panią Ewą Kogut – obie z Człopy, przeprowadzona 4 lipca 2025 roku.
Urodziłam się w 1935 roku jako jedno z ośmiorga dzieci Jana i Anny. Nasza rodzina mieszkała w kolonii Żary około dwóch kilometrów na północny wschód od wsi Lubliniec Nowy [1]. Byliśmy wyznania greckokatolickiego i na nabożeństwa chodziliśmy do cerkwi w Lublińcu Nowym. Tam też była szkoła powszechna, do której około 1942 roku poszłam do pierwszej klasy. Uczono nas tam mówić i pisać po ukraińsku, ale tata w domu uczył nas języka polskiego. Moja nauka skończyła się już po tej pierwszej klasie, bo szkołę zamknięto. Do dziś pamiętam ukraiński wierszyk. Obowiązki nauczyciela przejął tata i uczył nas w domu. Dopiero we wrześniu 1947 roku miałam znów usiąść w szkolnej ławce, już w Wołowych Lasach.
Moja rodzina spędziła okres wojny w Żarach. W 1947 roku zapadła decyzja o – mówiło się, że tymczasowym – wysiedleniu ukraińskich mieszkańców na zachód Polski, aby w ten sposób „chronić” ich przed działającymi tam bandami UPA. Nasza dziesiątka (rodzice i ośmioro dzieci) wraz z krową, źrebakiem, psem, żarnami i dwoma workami zboża, została ulokowana w wagonie do przewozu bydła i przez dwa tygodnie jechała pociągiem na zachód. Dotarliśmy w końcu do Wałcza. Mogliśmy tam zostać, bo kiedy w urzędzie repatriacyjnym dowiedziano się, że tata jest wykształcony, to zaoferowano mu pracę nauczyciela. Ale tata odmówił, bo on cały czas uważał, że niebawem wrócimy na swoje. Nie mógł przeżyć myśli, że miałby już na zawsze pozostawić tamtą ziemię. Miał dwanaście hektarów roli i sad z różnymi gatunkami drzew owocowych. Znał się na tym i już w Wołowych Lasach pozwalał nam jeść owoc morwy, podczas kiedy ludzie ze wsi głośno stwierdzali, że: „O, ci zaraz poumierają, bo tego nie można jeść”. Zjeździł kawał świata, czasami jak opowiadał o tym, co widział (na przykład pierwsze telewizory), to uważaliśmy, że fantazjuje. Zbierał też znaczki, dostawał je od znajomych z zagranicy.
W Wałczu zostaliśmy jeden dzień, a potem zapakowano nas na ciężarówkę i powieziono do Wołowych Lasów. Z naszej kolonii do Wołowych Lasów trafiły cztery rodziny (między innymi państwo Malkowscy i Szeremet), a z wiosek Stary Lubliniec i Nowy Lubliniec ludzie trafili gdzie indziej (niektórzy niedaleko od nas, do Człopy trafiły na przykład rodziny Kuszczak, Wańkiewicz, Kit).
Zrzucili nas jak worek ziemniaków w niedzielne przedpołudnie 11 maja 1947 roku przed domem, w którym nie było ani okien, ani drzwi, ani pieca, za to był pełen słomy i odchodów, bo traktowano go jako ustęp. Mieliśmy tam być niby przez dwa tygodnie. Do dziś zastanawiam się, jak ojciec dał radę nas utrzymać w takich warunkach. Mama gotowała nam jedzenie na podwórzu. We wsi były wciąż wolne domy, ale tata nie pozwolił go zmienić, bo nieustająco żywił przekonanie, że wkrótce wrócimy.
Ta jego tęsknota i twarde postanowienie powrotu sprawiło, że później odmówił przyjęcia odszkodowania za pozostawione mienie (bo wrócimy…). Raz kiedyś pojechał tam sam – skończyło się tym, że wzięto go za szpiega i zamknięto w areszcie. Kiedy wyjaśniło się, kim jest, puścili go, ale stwierdzili, by już tu nie wracał. Choć nie chciał, to ostatecznie pozostał w Wołowych Lasach aż do śmierci i spoczywa na miejscowym cmentarzu. Przemyśliwał co prawda o wyjeździe za granicę, ale komplikacje zdrowotne nie pozwoliły na to. W Wołowych Lasach spoczywają wraz z nim moja mama i moi dwaj bracia.
W tym czasie w Wołowych Lasach nie było już Niemców, lecz w niedalekim Dzikowie wciąż mieszkał dawny właściciel posesji, na której nas ulokowano. Jak się okazało, był to stelmach robiący konne wozy. Został w okolicy, bo opiekował się chorą matką i tam pracował. W dniu, w którym trafiliśmy do Wołowych Lasów, tata najpierw uprzątnął największy bałagan na podwórzu i na rozłożonej na ziemi pierzynie usadził najmłodsze dzieci, by tam mogły spać. Akurat tego dnia w Wołowych Lasach była Niemka – żona właściciela posesji – która z Dzikowa przyszła na groby bliskich na cmentarzu. Zauważyła ruch na podwórzu i zaszła zobaczyć co się dzieje. Dzieci przestraszyły się jej, a ich krzyki ściągnęły mojego tatę i on z nią porozmawiał. Pocieszała go, że nie ma co się martwić o wyposażenie domu, bo w tym drugim, większym, położonym na górce w głębi posesji, znajdzie co potrzeba. Na to tata ją tam zaprowadził. Nieomal padła, jak zobaczyła gołe mury – ani okien, ani drzwi, ani tym bardziej mebli – wszystko rozszabrowane. Kiedy w sierpniu ojciec poszedł ich odwiedzić w Dzikowie, to tylko przykazała, by nic nie mówić temu stelmachowi, bo on był święcie przekonany, że cały jego majątek wciąż tam jest. Nawet zagadywał tatę, że jeśli ten zwolni go u przełożonego, to w tydzień z pozostawionych części złoży mu i z dziesięć wozów… Tak więc za nowy dom służyła nam chałupka będąca wcześniej warsztatem – tata doprowadził ją do użytku, z innych pustych budynków poznosił brakujące rzeczy: okno, łóżko. A wypalony dom gospodarza straszył przez lata, dopóki mój bratanek go nie wyremontował i w nim nie zamieszkał.
Mąkę mieliśmy po zmieleniu zboża w przywiezionych żarnach, a jak rodzice postawili piec chlebowy, to i sami wypiekaliśmy bochny. Funkcjonował we wsi sklep, u pani Smolarek, ale najpierw trzeba było mieć pieniądze. Na samym początku wszędzie chodziło się pieszo, chyba że miało się poniemiecki rower. Aby jakoś się utrzymać, to starsze dzieci poszły na służbę (brat do leśniczego, jedna siostra do Człopy do nadleśniczego, do pasania kozy), a te najmłodsze – w tym ja – zostały przy rodzicach. Niby przyznano nam to gospodarstwo w Wołowych Lasach, ale jak to uprawiać, kiedy w tym gospodarstwie ani porządnego budynku, ani narzędzi. Tata wstąpił do spółdzielni, ale ta wkrótce się rozleciała – bo niewielu chciało dawać, a wszyscy chcieli uzyskać jak najwięcej. Na koniec życia nawet renty nie doczekał.
Mieszkańcami wioski byli w większości przesiedleńcy z Lubelszczyzny, część z Rzeszowszczyzny. Byli wśród nich grekokatolicy, tak jak i my. W Wołowych Lasach chodziliśmy do kościoła katolickiego, bo tata powiedział, że Bóg jest jeden. A niektórzy nadal uczęszczali do cerkwi w Wałczu. Miejscowy kościół ewangelicki był spalony. Pierwszą Komunię przyjęłam na wschodzie – razem z bierzmowaniem. Jak tutaj dzieci szły do bierzmowania, to do mnie tata powiedział, że ja już nie muszę. Do Wołowych Lasów przyjeżdżał rowerem człopski proboszcz ksiądz Mieczysław Kasprowicz. Dopiero później Wołowe Lasy znalazły się w parafii Mielęcin.
Szkołę w Wołowych Lasach prowadziła początkowo pani Kasprowicz (przeniosła się później do Mirosławca). Potem przyjechało małżeństwo nauczycieli ze Szczecina, mieli małego syna. A jeszcze później byli państwo Skrzypczak. Klasy były łączone – wspólne zajęcia miały dzieci z różnych roczników. Jak poszłam tam do pierwszej klasy, to niedługo potem nauczycielka przeniosła mnie do wyższej – a to dzięki domowemu nauczaniu taty. Początkowo miałam problem z czytaniem i pisaniem w języku polskim –w cyrylicy i alfabecie ukraińskim literę „b” czyta się jako „w”, i to mi się wciąż myliło.
Początkowo w Wołowych Lasach były jakieś dąsy między mieszkańcami, ale z czasem dotarli się. Organizowano wiejskie zabawy, ktoś grał na organkach, ale podczas nich często się bili. W którymś momencie w miejscowej szkole pojawił się telewizor. Wtedy w końcu zobaczyliśmy o czym opowiadał nam tata. Biegło się tam na określoną godzinę, kiedy miał zaczynać się program, a jeden człowiek był upoważniony do włączania telewizora. W Wołowych Lasach zaraz po wojnie mój tata chyba jako jedyny miał jakiś taki mały radioodbiornik – pamiętam go schylonego nad nim i słuchającego wiadomości. Nie chwalił się tym wśród ludzi, żeby nie mieć nieprzyjemności.
Na zakupy dosłownie chodziło się – bo nie każdy wtedy miał jakiś własny środek transportu – do Człopy, a nawet i do Wałcza. Moja mama kiedyś sama przyniosła na plecach z Wałcza dwa prosięta. A w późniejszych latach chodziło się do felczera w Mielęcinie. A raz, kiedy z siostrą byłyśmy już nieco starsze, z Wołowych Lasów na pieszo poszłyśmy do Mirosławca, do siostry naszego taty (tam się osiedliła). Jak myśmy szły, którędy, tego już nie pamiętam, ale dałyśmy radę. Wyszłyśmy rano, a w drodze powrotnej niosłam poniemieckiego misia od ciotki (bo u niej byli sami chłopacy). A jak dowiedziałyśmy się, że w Szwecji za Wałczem też ktoś mieszka z naszych okolic, to poszłyśmy z siostrą torami kolejowymi do Wałcza, a potem jakoś się dotarło do celu. Wtedy miał człowiek siłę. Za to na obchody pierwszomajowe z Wołowych Lasów do Człopy wożono nas na przyczepie ciągnika.
Po szkole podstawowej rozpoczęłam naukę w Technikum Rolniczym w Wałczu. Zamieszkałam w internacie, bo codziennie pokonywać pieszo sześć kilometrów w jedną stronę z Wołowych Lasów na stację kolejową w Mielęcinie nie dało rady. Nie mieliśmy za bardzo jak opłacić internatu, ale dyrektor był dobrym człowiekiem i szedł rodzicom na rękę.
Po skończeniu technikum, dostałam skierowanie do pracy gdzieś do PGR-u [2] pod Koszalinem. Ale dyrektor technikum znów pomógł i wystarał się o nakaz pracy dla mnie i dla kolegi znacznie bliżej, bo w Mirosławcu. Jeździli tam od nas ludzie do pracy (traktorzysta, brygadzista, też mój brat). Z Mirosławca przeniosłam się do Wydziału Rolnictwa w Wałczu, potem do urzędu gminy w Mielęcinie i ostatecznie trafiłam do Nadleśnictwa Drzonowo. W nadleśnictwie pracowałam do emerytury. Z wykształceniem średnim, które w tamtych latach były w tych branżach nieczęste (po szkole podstawowej robiono na przykład dwuletnie kursy i szło się do pracy), pracowałam zawsze jako pracownica biurowa.
Siedziba Nadleśnictwa Drzonowo była w Jaglicach, w domu wynajmowanym od pana Cieślaka (naprzeciwko leśniczówki). Tam zaczynałam pracę, wtedy nadleśniczym był Józef Grzelczak. Do pracy dojeżdżałam z Wołowych Lasów leśną ścieżką na rowerze, a kiedy mąż (Mieczysław Skulimowski) kupił motocykl, to korzystało się z niego. Pamiętam, że droga z Człopy do Wołowych Lasów pierwotnie była wyłożona kocimi łbami.
Do Człopy przeprowadziłam się w 1960 roku, kiedy mój syn miał dwa lata. Przy drodze, po obu stronach ulicy Bydgoskiej stały wtedy jeszcze resztki murów poniemieckich budynków. Nadleśnictwo Drzonowo też przeniesiono do Człopy i ulokowano w budynku przy ulicy Bydgoskiej 13, gdzie dziś mieszka pani Jaroszyńska. A kiedy tuż obok, w miejscu wyburzonych poniemieckich budynków, pobudowali dwurodzinny dom mieszkalny, to dostałam w nim mieszkanie, w którym mieszkam do dziś. Jak się tu wprowadziliśmy, to trzeba było jeszcze wszystko wykończyć (nie było na przykład wody i światła). Do pracy miałam wtedy naprawdę blisko, bo tyle co przez podwórko. A po połączeniu nadleśnictw Człopa i Drzonowo, cała administracja trafiła do nowego budynku przy ulicy Młyńskiej [3].
W nadleśnictwie pracowałam najpierw jako kasjerka, następnie rozliczałam z leśniczymi drewno, aż w końcu trafiłam do księgowości. Były nas dwie w tym dziale – pracowałam z Jadwigą Mróz, atmosfera była dobra. Wtedy nie było takich wynalazków jak kalkulatory, liczyło się na liczydle. Później były kalkulatory mechaniczne z korbką [4], kalkulatory elektroniczne, a w ostatnim roku mojej pracy pojawiły się komputery. Aby je poznać, jeździłyśmy na tygodniowy kurs szkoleniowy do Jastrowia. Trochę to było krótko, ledwie człowiek nauczył się gdzie włączyć i wyłączyć. Potem na kolejne szkolenia to pchali już tylko młodych – starsi korzystali wciąż z długopisów lub maszyn do pisania.
Mąż z kolei pracował w lesie jako kierowca. Zarobki rzędu 200 złotych to nie był wielki pieniądz. Poprawiło się nam, kiedy przeszedł do pracy do PKS-u [5]. Tam jako kierowca już lepiej zarabiał. Moje dzieci dzięki temu w latach 1980. miała darmowe bilety autobusowe. Na noc mąż parkował autobus na naszym podwórzu, a wjeżdżając zawsze idealnie mieścił się nim między drzewami przy bramie. Kiedyś, wyjeżdżając rano w kurs, zdziwił się bardzo, kiedy nagle z któregoś siedzenia dla pasażerów podniósł się jakiś mężczyzna – był to jeden z sąsiadów, który z pewnych względów nie chciał narazić się żonie i przenocował w autobusie.
W życiu nie było lekko. Po przeprowadzce do Człopy trzeba było pracować, zajmować się dziećmi, od pewnego momentu doszła również opieka nad obojgiem teściów. Trzymaliśmy świnie, kury i kaczki, był ogród. Warzyw i owoców praktycznie nie kupowałam w sklepie. Mieliśmy ziemniaki, zboże, łubin, truskawki. Każdy wolny kawałek gruntu był obsadzony. Moja córka i syn za małego zbierali w wiaderka lebiodę, by można było nakarmić kaczki. A dziś kto rozpozna lebiodę? Było co robić, więc coraz mniej czytałam (na emeryturze w końcu mogę to nadrobić), a z organizacji to należałam jedynie do kółka różańcowego.
Gdzieś w okolicy naszego domu miała być przed wojną jakaś fabryka – mówiono o fabryce konserw [6]. Moja córka w czasie dziecięcych zabaw z rówieśnikami wydobywała czerwone cegły stamtąd, gdzie dziś jest skwer u podnóża wzniesienia przy ulicy Bydgoskiej, w ich wyobraźni były to pozostałości zamku [7]. Wspominała również, że kiedy budowano bloki przy ulicy Moniuszki, wydobyte stamtąd ludzkie kości z dawnego przykościelnego cmentarza wyrzucono luzem na ten sam skwer [8]. Kiedy uczniowie z Polnej szli do szkoły skrótem w stronę Bydgoskiej, to starali się nie nadepnąć na czaszkę, żebra czy piszczele. Później trawa podrosła i je zakryła. Okoliczne dzieci (z ulic Podgórnej i Polnej, z okolic cmentarza) w czasie wakacji chodziły kąpać się nad Jezioro Karpiowe [9]. A zimą zjeżdżały z górki wprost na drogę (ruch wtedy był znikomy) na sankach, a jeśli tych się nie miało, to na workach.
Cmentarz ewangelicki chyba zawsze był taki zarośnięty, jak i dziś. A o cmentarzu żydowskim to w zasadzie się nie mówiło. Nie pamiętam, żeby wtedy jeszcze stał dawny kościół ewangelicki. Za to pamiętam stojący w tym miejscu kiosk spożywczy [tu córka Pani Nadii, Pani Ewa, dodała, że pamięta smak czekolady tam sprzedawanej – przypis od redakcji] [10]. Pamiętam też sklep rybny na rogu Moniuszki i Żeromskiego [11]. Sprzedaż ciastek u pana Hoffmanna [12]. Kiosk pani Gajewskiej (tam też sprzedawał niekiedy jej mąż, pan Jerzy Gajewski) [13]. Kawiarenka „pod arkadami”, gdzie można było czytać gazety, a młodzież miała tam zakaz wstępu, czego pilnowali nauczyciele [14]. Kawiarnia w Domu Kultury. Przychodnia lekarska była tu, gdzie teraz [15]. Po wojnie z dostępem do lekarza było lepiej niż obecnie. Poszło się i tego samego dnia lekarz przyjął, a obecnie trzeba czekać na wizytę i po kilka dni. Zanim zaczęła działać stolarnia pana Sroczyńskiego, to tam w szopie odbywały się dyskoteki [16]. Nie jestem pewna, ale biblioteka szkolna mogła być również biblioteką publiczną. Aktywnie działała biblioteka w Trzebinie. Ludzie też czytali prasę – zdarzało się, że nie dostało się w kiosku gazety, na której zależało, bo ta już wyprzedała się.
My dwie – ja i córka – jesteśmy z tych pokoleń, które wiedziały, że nauczyciel w szkole w uzasadnionych przypadkach mógł wymierzyć karę cielesną. A jak taki delikwent, który coś przeskrobał i dostał od nauczyciela liniałem w tyłek albo w dłoń, poskarżył się w domu, to brał od ojca drugie lanie, bo rodzic wiedział, że nauczyciel by nie uderzył bez przyczyny. To było bolesne, ale w jakimś stopniu wychowawcze… Niestety, dziś autorytet nauczyciela jest zerowy. Podobnie zmieniło się na ulicy czy w komunikacji publicznej – młodym braknie kindersztuby – i w wypowiedziach, i w zachowaniu. Czy taki człowiek będzie miał potem szacunek nawet do swojego rodzica?
[1] Obecnie Nowy Lubliniec, wieś w gminie Cieszanów, powiat lubaczowski, województwo podkarpackie.
[2] Państwowe Gospodarstwo Rolne.
[3] Mogło to być w roku 1973 (zobacz https://czlopa.pila.lasy.gov.pl/historia; dostęp 30 sierpnia 2025 roku).
[4] Na przykład PREDOM-MESKO KR-13 lub PREDOM-MESKO 3201.
[5] Państwowa Komunikacja Samochodowa.
[6] W międzywojniu najbardziej znaną fabryką konserw z Człopy była fabryka „Grenzmark” przy dzisiejszej ulicy Wincentego Witosa; nic nam nie wiadomo o podobnym przedsiębiorstwie w okolicy ulic Bydgoskiej i Polnej, ale nie można tego definitywnie wykluczyć.
[7] Do 1945 roku istniała tam zwarta zabudowa mieszkalno-usługowa. Spalona – rozebrana została w późniejszych latach, ale fundamenty wciąż tkwią w ziemi.
[8] Przy znajdującym się tam do 1945 roku drewnianym kościele pod wezwaniem świętego Wojciecha.
[9] Dla nas to nowa nazwa. Po doprecyzowaniu przez obie Panie jego położenia, wyszło nam, że mowa o Jeziorze Miejskim (Mały Staw).
[10] Dziś to okolice skweru z fontanną przy targowisku.
[11] Ulica Stanisława Moniuszki 38.
[12] Ulica Stanisława Moniuszki 5.
[13] Kiosk ten początkowo stał przy ulicy Strzeleckiej, przy chodniku przy dawnym Domu Kultury (obecny Miejsko-Gminny Ośrodku Pomocy Społecznej), a około 1975-1976 roku przeniesiono go obok budynku przy ulicy Stanisława Moniuszki 40.
[14] Plac Zwycięstwa 1.
[15] Plac Zwycięstwa 2.
[16] Ulica Stanisława Moniuszki 16.
Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację
Przejdź na profil strony na Facebooku
