Wspomnienia pani Rosemarie Bessen o Człopie

(Wywiad przeprowadzony z panią Rosemarie Bessen w dniu 14 września 2024 roku, dzięki uprzejmości i pomocy Państwa Teresy i Jürgena Konrad.)

Urodziłam się w Człopie (Schloppe) 13 września 1936 roku jako ostatnia z czwórki rodzeństwa – starsi ode mnie byli: Gertrud (też urodzona w Człopie), Hans i Maria (urodzeni w Rutwicy – Harmelsdorf). W Rutwicy mieszkali dziadkowie, ale rodzina pochodziła spod Skrzatusza (Klęśnik – Marienfelde) – mieszkali tam, gdzie była praca. Moja mama – Anna Maria Troschinski – wyszła za mąż za Jakoba Hoffmanna w 1930 roku, pracowała wtedy w Zdbicach (Stibbe).

Urodziłam się w domu, w moim przyjściu na świat pomagała akuszerka Anna Krüger (z domu Rump). Zostałam ochrzczona już w nowym kościele katolickim [1]. Moi rodzice nie byli zamożni. Podobnie jak inni ubożsi mieszkańcy, nie dorobili się własnego lokum. Tułali się z całym dobytkiem po mieszkaniach oferowanych przez pracodawców i mieszkali tam, do czasu aż ta praca się nie skończyła. Rodzice posiadali krowę, świnię, kaczki, gęsi, króliki. Dziadkowie nad Cieszynką (Desselfliess), w kierunku Załomu (Salm), mieli działkę, na której uprawiali warzywa. Mój tata pracował w tartaku Froelicha [2] przy dłużycy, a 3 września 1939 roku trafił do wojska. Było biednie, ale wszyscy trzymali się razem.

Co zapamiętałam z Człopy z tamtych lat? Pamiętam wnętrze drewnianego kościoła świętego Wojciecha – było bardzo skromne, znajdowały się tam ołtarze maryjny i Jezusa, a ołtarz główny był piękny. Wtedy proboszczem w Człopie był ksiądz Alfons Koiky [3]. Wydaje mi się, że synagoga stała pusta aż do 1945 roku [nie potwierdza tego zdjęcie lotnicze z 2 września 1944 roku, na którym widać w tym miejscu jedynie pusty plac – od redaktorów strony]. Na kirkut można była wejść od strony obecnego wejścia głównego na cmentarz. Bramy na każdy z trzech cmentarzy – ewangelicki, katolicki i żydowski – nie były zamykane na klucz, zawsze można było na nie wejść.

Przedszkole mieściło się koło nowego kościoła katolickiego, w budynku dawnej szkoły katolickiej [4]. Dawniej mniejsze miejscowości wokół Człopy miały własne szkoły. Po otwarciu nowej szkoły [5], te lokalne zostały zamknięte, a młodzież uczęszczała do Człopy – docierała pieszo, rowerem, rodzice dowozili dzieci wozami konnymi, a później, co najmniej od 1942 roku, kursował autobus szkolny. Starsza młodzież – zdecydowana większość – kontynuowała naukę w Wałczu (Deutsch Krone; gimnazjum, liceum). Dojeżdżała tam pociągiem. Lubiłam chodzić do szkoły, wiele się tam nauczyłam. Jako uczennica wraz z innymi dziećmi musiałam stać przed portretem Adolfa Hitlera i śpiewać. Chłopcy grali w piłkę nożną, a dziewczyny wspinały się na drzewa. Boisko było tam, gdzie dziś stoi szkolna sala gimnastyczna. Po ukończeniu szkoły młodzież raczej wyjeżdżała do większych miast w poszukiwaniu pracy.

W czasie wakacji dzieci pomagały w polu, mogły też kąpać się w jeziorach Młyńskim i Miejskim (Klein See, Grosser See). Często chodziliśmy w czasie wakacji do lasu na grzyby i jagody, spacerowaliśmy z babcią w kierunku Krąpiela (Krumpohl), Tuczna (Tütz), Trzebina (Trebbin), Golina (Gollin) i Załomu. Zdarzały się wyjazdy do Wałcza i Gostomii (Arnsfelde), gdzie mieszkali nasi krewni – mój dziadek i wujek byli wojskowymi w Wałczu.

Główne ulice w mieście były utwardzone kostką brukową, niektóre wyasfaltowane (smołowane), reszta piaskowa. Na rynku, koło stacji paliw, znajdował się przystanek autobusowy [6].

Biblioteka szkolna pełniła również funkcję biblioteki publicznej. W Człopie była też lokalna drukarnia [7].

W roku 1928 przy obecnej ulicy Polnej rozpoczęto (na korzystnych warunkach finansowych) budowę domów dla mieszkańców. A przy skrzyżowaniu ulicy Polnej i Bydgoskiej mieściła się straż pożarna – wydaje mi się, że mieli samochód, a remizą była duża drewniana szopa.

Przy równoległej do Polnej ulicy Podgórnej mieścił się szpital miejski. Zamknięto go, kiedy w sąsiednim Tucznie otwarto szpital [8]. Do 1945 roku ulica Podgórna nazywała się tak samo jak całe to wzgórze – Ritterberg („Rycerska Góra”), bo miał się tam mieścić w dawnych wiekach zamek – „Ritterburg” (a gdzieś koło mostu kolejowego nad Cieszynką miało dawno temu istnieć grodzisko z małym zamkiem).

Na strzelnicy myśliwskiej za boiskiem i torami kolejowymi, w czasie wojny stały baraki, w których mieszkali jeńcy wojenni – Polacy, Francuzi, Holendrzy. Chodzili stamtąd do pracy do wyznaczonych miejsc. Później w tych barakach był lazaret. Bliżej centrum miasta, tu gdzie dziś jest remiza OSP Człopa, stał dom strzelecki. Oprócz uroczystości związku strzeleckiego, odbywały się w nim tańce i puszczano filmy – mieliśmy więc namiastkę kina. Ale w czasie wojny nie odbywało się w Człopie zbyt wiele uroczystości i zabaw, ponieważ wielu mężczyzn było na froncie.

Pamiętam człopskiego policjanta, jednocześnie członka NSDAP – nazywał się Zamzow. Lekarzem ogólnym był Dirksen, a stomatologiem Bona – przyjmowali tam, gdzie teraz jest apteka przy obecnej przychodni zdrowia. Bohna wyjechał do Szwecji.

Nie pamiętam za to, by w styczniu 1945 roku w Człopie było widać wojsko niemieckie. W każdym razie o ewakuacji powiadomiła nas pielęgniarka gminna (położna). Zjawiła się 27 stycznia około godziny trzeciej w nocy. A ledwo dzień wcześniej świętowaliśmy urodziny Gertrud…

Mieszkańcy uciekali z miasta w różnych kierunkach – Kalisz Pomorski (Kallies), Gorzów (Landsberg), Szczecin (Stettin), Kołobrzeg (Kolberg), Kostrzyn (Küstrin) i Frankfurt nad Odrą (Frankfurt am Oder). Samochodem, pociągiem, pieszo. Moja rodzina wybrała trasę na Kalisz Pomorski i Kołobrzeg. Był z nami też mój brat Hans – jako trzynastolatek był za młody, by trafić do wojska, za to skierowano go do kopania okopów na skraju Człopy – udało mu się stamtąd uciec. Po drodze dwóch mężczyzn odłączono od nas i skierowano na linię frontu w Wałczu.

Ostatecznie dotarliśmy do Kołobrzegu, ale wtedy już wszędzie byli Rosjanie. Trzymano nas tam w towarowych wagonach kolejowych. Osobom o słowiańskich nazwiskach (moja mama nosiła panieńskie nazwisko Troschinski, babcia nazywała się Kuschinski, a ciocia Susie Piastowski) dano wybór – mogły zostać w Polsce, albo zostać wywiezione z resztą Niemców za Odrę. Mama odmówiła i w rezultacie trafiliśmy do obozu dla Niemców w Potulicach. Zostaliśmy przydzieleni do pomocy w gospodarstwie. Część z mężczyzn została wywieziona do Związku Radzieckiego, na szczęście Hansa to nie spotkało – pracował cały czas w obozie w Potulicach. Kiedy matka nie mogła pracować z powodu urazu nogi, przewieziono nas do Świecia nad Wisłą. Tam ja i Maria musiałyśmy nadal pracować – bo kto nie pracuje, ten nie je.

Na przełomie października i listopada 1946 roku moja mama dostała szansę wyjazdu z transportem do Niemiec. Nie chciała jechać bez dzieci, więc znów wszyscy trafiliśmy do obozu w Potulicach. Stamtąd w końcu listopada zostaliśmy przetransportowani do Krzyża (Kreuz), dalej do Zielonej Góry (Grünberg), by 24 grudnia 1946 roku znaleźć się w Berlinie. Trafiliśmy do amerykańskiego sektora, bo mama w młodości przez dziesięć lat pracowała w Berlinie. Wróciłam do szkoły, przechodząc dwie klasy wyżej, od razu do piątej czy szóstej. Z nauki o przyrodzie wiedziałam więcej niż tamtejsi uczniowie. Mówiłam wtedy tylko po polsku i musiałam na nowo uczyć się posługiwania językiem niemieckim. Ostatecznie osiedliśmy na terenie późniejszej Republiki Federalnej Niemiec. W Niemczech byłam krawcową, a potem wychowawczynią w domu dziecka.

Byli mieszkańcy Człopy spotykali się w hotelu ziomkostwa powiatu wałeckiego w Bad Essen. Tam na zjazdach (Heimattreffen) spotykali dawnych znajomych – na początku było z 500-600 osób, a z upływem czasu ledwie 50-60… Tam rodziły się pomysły wyjazdów w rodzinne strony. Po przyjeździe tutaj nocowali między innymi na zamku w Tucznie i w „Białym Domku” Wałczu. Do Człopy po raz pierwszy po wojnie przyjechałam w lecie 1992 roku razem z synem Michaelem i wnuczką. Mój brat Hans był już wcześniej, chyba w 1991 roku. Potem bywałam tu dość często – najpierw w ramach wycieczek autokarowych organizowanych przez Heinza Witta, a potem indywidualnie. Mama już nigdy nie widziała Człopy. Ze znanych mi niemieckich mieszkańców, wciąż żyją jedynie Ilse Muske, Kurt Nickel, Vera Behnke, moje siostry Maria i Gertrud, no i ja. Trochę szkoda, że młodsze pokolenia nie za bardzo interesują się tym, co było naszym udziałem.

Spędziłam w Człopie pierwszych dziewięć lat życia i były to najlepsze lata mojego dzieciństwa. Gdybym mogła, przeprowadziłabym się tu znowu.


[1] Czyli w obecnym kościele pod wezwaniem świętego Antoniego.

[2] Tartak Kurta Froehlicha mieścił się przy obecnej ulicy Kolejowej – w przybliżeniu między dawnym Stolbudem (Iliko) a OTL-em.

[3] Ksiądz Alfons Koiky był proboszczem w Człopie od 1 sierpnia 1936 roku do 27 stycznia 1945 roku.

[4] Dziś to tak zwane „stare przedszkole” przy Placu Zwycięstwa 8 (skrzyżowanie z ulicą Południową).

[5] Uroczyste oddanie do użytku budynku nowej szkoły w Człopie odbyło się 12 września 1933 roku.

[6] Czyli na obecnym placu targowym przy ulicy Moniuszki.

[7] Mieściła się w budynku przy Placu Zwycięstwa 5.

[8] Uroczyste poświęcenie miało miejsce 1 października 1929 roku (https://wnmptuczno.pl/historia-powstania-w-tucznie; dostęp 09.03.2025 r.).


Dla celów korekty powyższy tekst musieliśmy przetłumaczyć na język niemiecki, więc niejako przy okazji publikujemy również jego wersję niemieckojęzyczną.

(Interview mit Rosemarie Bessen am 14. September 2024, mit freundlicher Genehmigung und unter Mithilfe von Herrn und Frau Teresa und Jürgen Konrad.)

Ich wurde am 13. September 1936 in Człopa (Schloppe) als letztes von vier Geschwistern geboren – Gertrud (ebenfalls in Człopa geboren), Hans und Maria (geboren in Rutwica – Harmelsdorf) waren älter als ich. Meine Großeltern lebten in Rutwica, aber die Familie kam aus der Nähe von Skrzatusz (Klęśnik – Marienfelde) – sie lebten dort, wo es Arbeit gab. Meine Mutter – Anna Maria Troschinski – heiratete 1930 Jakob Hoffmann, sie war damals in Zdbice (Stibbe) tätig.

Ich wurde zu Hause geboren, die Hebamme Anna Krüger (geborene Rump) half bei meiner Geburt. Getauft wurde ich bereits in der neuen katholischen Kirche [1]. Meine Eltern waren nicht wohlhabend. Wie andere ärmere Bewohner auch, bekamen sie keine eigene Wohnung. Sie wurden mit all ihrem Hab und Gut in Wohnungen gesteckt, die von Arbeitgebern angeboten wurden, und lebten dort, bis die Arbeit beendet war. Die Eltern besaßen eine Kuh, ein Schwein, Enten, Gänse und Kaninchen. Meine Großeltern hatten am Fluss Cieszynka (Desselfliess), in Richtung Załom (Salm), ein Stück Land, auf dem sie Gemüse anbauten. Mein Vater arbeitete im Sägewerk von Froelich [2] als Holzfäller, und am 3. September 1939 wurde er zur Armee eingezogen. Es war arm, aber alle hielten zusammen.

Woran erinnere ich mich an Człopa aus diesen Jahren? Ich erinnere mich an das Innere der Holzkirche St. Adalbert – sie war sehr bescheiden, es gab Marien- und Jesusaltäre, und der Hauptaltar war wunderschön. Der damalige Pfarrer in Człopa war Pater Alfons Koiky [3]. Ich glaube, die Synagoge stand bis 1945 leer. Der Friedhof konnte über den heutigen Haupteingang betreten werden. Die Tore zu jedem der drei Friedhöfe – dem evangelischen, dem katholischen und dem jüdischen – waren nicht verschlossen, man konnte sie jederzeit betreten.

Der Kindergarten befand sich in der Nähe der neuen katholischen Kirche, im Gebäude der ehemaligen katholischen Schule [4]. In der Vergangenheit hatten die kleineren Orte um Człopa ihre eigenen Schulen. Nach der Eröffnung der neuen Schule [5] wurden die örtlichen Schulen geschlossen, und die jungen Leute gingen nach Człopa – zu Fuß, mit dem Fahrrad, Eltern brachten ihre Kinder mit Pferdefuhrwerken, und später, zumindest ab 1942, gab es einen Schulbus. Ältere Jugendliche – die große Mehrheit – setzten ihre Ausbildung in Wałcz fort (Deutsch Krone; Gymnasium, Oberschule). Sie pendelten mit dem Zug dorthin. Ich bin gerne zur Schule gegangen, ich habe dort viel gelernt. Als Schülerin musste ich zusammen mit anderen Kindern vor einem Porträt von Adolf Hitler stehen und singen. Die Jungen spielten Fußball und die Mädchen kletterten auf Bäume. Der Spielplatz war dort, wo heute die Turnhalle der Schule steht. Nach der Schule gingen die Jugendlichen auf der Suche nach Arbeit meist in größere Städte.

In den Ferien halfen die Kinder auf den Feldern und konnten auch in den Młyńskie- und Miejskie-Seen (Kleiner See, Großer See) baden. In den Ferien gingen wir oft in den Wald, um Pilze und Beeren zu sammeln, und wanderten mit meiner Großmutter nach Krąpiel, Tuczna, Trzebin, Golin und Załom. Gelegentlich machten wir auch Ausflüge nach Wałcz und Gostomia (Arnsfelde), wo unsere Verwandten lebten – mein Großvater und mein Onkel waren Militärs in Wałcz.

Die Hauptstraßen in der Stadt waren mit Kopfsteinen gepflastert, einige asphaltiert (geteert), der Rest Sand. Auf dem Marktplatz, in der Nähe der Tankstelle, befand sich eine Bushaltestelle [6].

Die Schulbibliothek diente auch als öffentliche Bibliothek. In Człopa gab es auch eine lokale Druckerei [7].

Im Jahr 1928 begann der Bau von Häusern für die Einwohner (zu günstigen finanziellen Bedingungen) in der heutigen Polna-Straße. An der Kreuzung von Polna- und Bydgoska-Straße gab es eine Feuerwehr – ich glaube, sie hatte ein Auto, und das Feuerwehrhaus war ein großer Holzschuppen.

In der Podgórna-Straße, parallel zur Polna-Straße, befand sich ein städtisches Krankenhaus. Es wurde geschlossen, als im benachbarten Tuczno ein Krankenhaus eröffnet wurde [8]. Bis 1945 trug die Podgórna-Straße den gleichen Namen wie der gesamte Hügel – Ritterberg, weil sich dort früher eine Burg – „Ritterburg“ – befunden haben soll (und irgendwo in der Nähe der Eisenbahnbrücke über die Cieszynka soll es vor langer Zeit eine befestigte Siedlung mit einer kleinen Burg gegeben haben).

Im Schießplatz hinter dem Sportplatz und den Bahngleisen befanden sich während des Krieges Baracken, in denen Kriegsgefangene – Polen, Franzosen, Holländer – wohnten. Von dort gingen sie zur Arbeit an bestimmte Orte. Später befand sich in diesen Baracken ein Lazarett. In der Nähe des Stadtzentrums, wo sich heute die Feuerwache der TSO Człopa befindet, gab es ein Schützenhaus. Neben den Schießveranstaltungen wurden dort auch Tanzveranstaltungen und Filmvorführungen abgehalten – wir hatten also einen Ersatz für ein Kino. Aber während des Krieges gab es in Człopa nicht viele Feiern und Feste, weil viele Männer an der Front waren.

Ich erinnere mich an einen Polizisten aus Człopa, der auch Mitglied der NSDAP war – sein Name war Zamzow. Der Allgemeinmediziner hieß Dirksen und der Zahnarzt Bohna – sie nahmen die Patienten dort auf, wo sich jetzt eine Apotheke neben dem heutigen Gesundheitszentrum befindet. Bohna ging nach Schweden.

Ich kann mich nicht erinnern, im Januar 1945 deutsche Truppen in Człopa gesehen zu haben. Auf jeden Fall wurden wir von der Gemeindeschwester (Hebamme) über die Evakuierung informiert. Sie kam am 27. Januar gegen drei Uhr nachts zu uns. Und kaum einen Tag zuvor hatten wir Gertruds Geburtstag gefeiert….

Die Bewohner flohen aus der Stadt in verschiedene Richtungen – Kalisz Pomorski (Kallies), Gorzów (Landsberg), Szczecin (Stettin), Kołobrzeg (Kolberg), Kostrzyn (Küstrin) und Frankfurt nad Odrą (Frankfurt am Oder). Mit dem Auto, mit dem Zug, zu Fuß. Meine Familie wählte die Route nach Kalisz Pomorski und Kołobrzeg. Mein Bruder Hans war auch dabei – als Dreizehnjähriger war er zu jung, um in die Armee einzutreten, wurde aber zum Ausheben von Schützengräben am Rande von Człopa geschickt – es gelang ihm, von dort zu entkommen. Auf dem Weg wurden zwei Männer von uns getrennt und an die Front in Wałcz geschickt.

Schließlich erreichten wir Kołobrzeg, aber da waren die Russen schon überall. Wir wurden dort in Güterwaggons festgehalten. Menschen mit slawischen Nachnamen (der Mädchenname meiner Mutter war Troschinski, der Name meiner Großmutter war Kuschinski und der Name meiner Tante Susie war Piastowski) wurden vor die Wahl gestellt, entweder in Polen zu bleiben oder mit dem Rest der Deutschen über die Oder deportiert zu werden. Meine Mutter weigerte sich, und so kamen wir in ein Lager für Deutsche in Potulice. Wir wurden zur Mithilfe auf dem Bauernhof eingeteilt. Einige der Männer wurden in die Sowjetunion deportiert, was Hans zum Glück nicht passierte – er arbeitete die ganze Zeit im Lager Potulice. Als Mutter wegen einer Beinverletzung arbeitsunfähig war, wurden wir nach Świecie an der Weichsel gebracht. Dort mussten Maria und ich weiterarbeiten – denn wer nicht arbeitet, der isst nicht.

Ende Oktober/Anfang November 1946 erhielt meine Mutter die Möglichkeit, mit einem Transport nach Deutschland zu gehen. Da sie nicht ohne die Kinder gehen wollte, wurden wir wieder alle in das Lager in Potulice geschickt. Von dort wurden wir Ende November nach Krzyż (Kreuz) und dann nach Zielona Gora (Grünberg) transportiert, um uns am 24. Dezember 1946 in Berlin zu befinden. Wir kamen in den amerikanischen Sektor, denn meine Mutter hatte in ihrer Jugend zehn Jahre lang in Berlin gearbeitet. Ich ging wieder zur Schule, zwei Klassen höher, direkt in die fünfte oder sechste. Ich wusste mehr über Naturwissenschaften als die Schüler dort. Damals sprach ich nur Polnisch und musste erst wieder Deutsch lernen. Schließlich siedelten wir in die spätere Bundesrepublik Deutschland über. In Deutschland war ich zunächst Näherin und dann Erzieherin in einem Waisenhaus.

Ehemalige Bewohner von Człopa trafen sich im Hotel der Landsmannschaft des Kreises Wałcz in Bad Essen. Dort trafen sie alte Bekannte bei Heimattreffen – anfangs waren es etwa 500-600 Personen, im Laufe der Zeit kaum noch 50-60… Dort wurden die Ideen für die Reisen in die Heimat geboren. Nach ihrer Ankunft hier übernachteten sie unter anderem auf dem Schloss in Tuczno und im „Weißen Haus“ in Wałcz. Ich kam im Sommer 1992 zum ersten Mal nach dem Krieg nach Człopa, zusammen mit meinem Sohn Michael und meiner Enkelin. Mein Bruder Hans war schon vorher hier gewesen, ich glaube 1991. Danach kam ich öfters hierher – zuerst mit Busreisen, die Heinz Witt organisierte, und dann individuell. Meine Mutter hat Człopa nie wieder gesehen. Von den deutschen Einwohnern, die ich kenne, leben nur noch Ilse Muske, Kurt Nickel, Vera Behnke, meine Schwestern Maria und Gertrud, und ich. Es ist ein bisschen schade, dass sich die jüngeren Generationen nicht mehr für das interessieren, was wir hatten.

Ich habe die ersten neun Jahre meines Lebens in Człopa verbracht, und es waren die besten Jahre meiner Kindheit. Wenn ich könnte, würde ich wieder hierher ziehen.


[1] Das heißt, in der heutigen St. Antonius-Kirche.

[2] Das Sägewerk von Kurt Froehlich befand sich in der heutigen Kolejowa-Straße – etwa zwischen dem ehemaligen Stolbud (Iliko) und OTL.

[3] Pfarrer Alfons Koiky war vom 1. August 1936 bis zum 27. Januar 1945 Pfarrer in Człopa.

[4] Heute ist es der so genannte „alte Kindergarten“ am Zwycięstwa-Platz 8 (Kreuzung mit der Południowa-Straße).

[5] Die feierliche Eröffnung des neuen Schulgebäudes in Człopa fand am 12. September 1933 statt.

[6] Und zwar auf dem heutigen Marktplatz in der Moniuszki-Straße.

[7] Es befand sich in einem Gebäude am Zwycięstwa-Platz 5.

[8] Die Einweihungsfeier fand am 1. Oktober 1929 statt (https://wnmptuczno.pl/historia-powstania-w-tucznie; am 09.03.2025).


Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację

Przejdź na profil strony na Facebooku