Człopa, Tuczno i Mirosławiec przez całe wieki były miastami prywatnymi należącymi do przedstawicieli możnych rodów. Dobra człopskie były w rękach Czarnkowskich, Tuczno należało do Wedlów Tuczyńskich, a Mirosławiec do Wedlów Frydlandzkich. Majątki lub jedynie ich części przez lata mogły być zastawiane, dzierżawione i sprzedawane, dlatego nie wnikajmy w to zagadnienie i pozostańmy przy takim stanie posiadania. Majątki miały przynosić zysk – najczęściej wskutek pracy rąk osiadłych tam rolników i rzemieślników. Im większy areał ziemi był uprawiany, tym większy był dochód dla właściciela. Jeżeli ziemia leżała odłogiem (zarazy, wojny, głód i związane z tym porzucanie gospodarstw), starano się ściągać kolejnych osadników – nierzadko z pobliskiej Nowej Marchii, a więc z niemieckiego obszaru kulturowego, w której już od 1534 roku religią urzędową był luteranizm.
Właściciel mógł też być panem sumień ludności mieszkającej w jego dobrach, czynione przez niego fundacje i uposażenia pozwalały funkcjonować istniejącym tam parafiom. Jeden mógł być zagorzałym katolikiem, jego sąsiad zaś wprowadzającym z całych sił zasady głoszone przez Marcina Lutra. Przejście z katolicyzmu na protestantyzm mogło nastąpić nawet w obrębie jednej rodziny – jak to miało miejsce w połowie XVI wieku u Tuczyńskich. Czasami religijność ustępowała przed pragmatyzmem – po co obsadzać wakujące parafie, skoro można czerpać zysk z łanów plebańskich. Ale mogło być i tak, że właściciele nie narzucali określonej religii i swoim poddanym gwarantowali wolność wyznania.
W dobrach Wedlów z Tuczna i Mirosławca reformacja zaczęła się szerzyć mniej więcej w połowie XVI wieku, intensywnie wspierana przez przedstawicieli tych rodów. Czarnkowscy natomiast pozostawali katolikami, lecz nie narzucali tej wiary swoim poddanym. Można przypuszczać, że zadłużenie Czarnkowskich u Wedlów z Mirosławca spowodowała, że wierzyciele zaczęli narzucać dłużnikom wprowadzenie praw zapewniających swobodny rozwój luteranizmu również w Człopie i okolicach. W roku 1555 Czarnkowscy zezwolili na zmianę kościoła pod wezwaniem świętego Wojciecha w zbór ewangelicki. Prawa protestantów potwierdzono w przywileju Adama Sędziwoja Czarnkowskiego z 1614 roku (który to dokument mógł być powtórzeniem przywileju z drugiej połowy XVI wieku). Niedługo później, w 1618 roku ewangelicy stracili kościół, a w to miejsce mieli wznieść własny dom modlitwy. W okolicznych wsiach dawne kościoły katolickie, jeżeli nie zostały zniszczone, to podobnie trafiały w ręce luteranów – i pozostawały do początków XVII wieku (choć w niektórych wsiach jeszcze w 1641 roku nie było żadnego katolika).
Od roku 1618 w aktach kościelnych pojawiają się nazwiska kolejnych plebanów katolickich w Człopie (druga parafia miała siedzibę w Dzwonowie). Utrzymywali swoją parafię z ustalonych danin w zbożu, produktach (kiełbasa i jaja) oraz opłat składanych przez mieszkańców. Kapłan miał do dyspozycji plebanię, trzy ogrody, łąkę i staw oraz kilka kawałków roli. Kościół – dawny zbór – spłonął w pożarze miasta w 1637 roku. W cztery lata potem nie był jeszcze odbudowany – konsekrowano go dopiero w 1660 roku. Katolików było niewielu (głównie we wioskach), a ludność protestancka – choć była do tego zobligowana – nie paliła się do oddawania danin na rzecz parafii katolickiej, ani do uczestnictwa w nabożeństwach czy przyjmowania sakramentów. To czyniło stanowisko plebana w Człopie wysoce nieatrakcyjnym dla potencjalnych chętnych. By temu przeciwdziałać, w roku 1651 połączono parafie człopską i dzwonowską. W zasadzie do 1688 roku kościół katolicki nie prowadził w dobrach człopskich planowej kontrreformacji, opierając się na dotychczasowych rozwiązaniach.
Zmuszanie luteranów do składania dziesięciny, w czym celował człopski pleban Stanisław Rusiecki, wywoływało nienawiść do niego. Godnego sobie przeciwnika znalazł w Janie Marcinowiczu – administratorze i dzierżawcy klucza drzonowskiego dóbr człopskich (z nadania spokrewnionych z Czarnkowskimi Dembińskich), obejmującego kilka wsi i pół Człopy (druga połowa miasta i również kilka wsi stanowiło klucz człopski). Był on zatwardziałym luteraninem, sprowadzającym z Nowej Marchii predykantów głoszących ewangelickie zasady wiary, organizującym manifestacje religijne wymierzone w plebana Rusieckiego, jak i kościół katolicki. Uciekać się przy tym miał do pomocy włóczęgów i swoich współwyznawców mieszkających po drugiej stronie niedalekiej granicy.
W dniu 10 sierpnia 1654 roku w Człopie za jego przyczyną zebrało się około czterystu ludzi. W księgach grodzkich wałeckich znaleźć można nawet nazwiska biorących w tym zajściu mieszkańców z Człopy (82 mieszczan), Drzonowa (7 chłopów), Przelewic (29 chłopów), Dzwonowa (23 chłopów) i Trzebina (14 „pracowitych”). Resztę mieli stanowić protestanci z Nowej Marchii i włóczędzy. Byli oni uzbrojeni w strzelby, dzidy, siekiery, widły, sierpy i kije. Do tego mieli zgromadzić dwadzieścia wozów wypełnionych kamieniami – prostej, co równie groźnej broni. Grupa ta otoczyła kościół i plebanię z zamiarem – jak opisano w oskarżeniu – zabicia plebana, zniszczenia kościoła i zagarnięcia majątku. Traf chciał, że nie zastali kapłana, więc po obrzuceniu nieobecnego obelgami, poturbowali kościelnego, dokumentnie zniszczyli dwa plebańskie ogrody (z wycięciem drzew owocowych włącznie) i wnętrze kościoła, a Najświętszy Sakrament wyrzucili na rynek miejski i tam zdeptali.
Do sądu grodzkiego w Wałczu wniesiono oskarżenie, w którym zarzucono Marcinowiczowi podżeganie do naruszania spokoju i porządku publicznego, zdradę, zuchwałość, profanację oraz brak szacunku dla prawa, Boga, Kościoła i miejsc kultu religijnego. Oskarżony nie stawił się przed sądem, czym spowodował wydanie na siebie wyroku infamii – pozbawienia czci i wygnanie z kraju. Choć nie mieli z tym zajściem nic wspólnego (nie mieszkali w Człopie), to do odpowiedzialności zostali pociągnięci również właściciele dóbr – spadkobiercy Franciszka Dembickiego. I oni nie stawili się przed oblicze sędziego, więc zasądzono zaocznie (zostali uznani winnymi) kary grzywny. Uchylający się od stawiennictwa mieli zostać schwytani i doprowadzeni do sędziego. Wyrok publicznie ogłoszono w Wałczu, a do Człopy, Drzonowa, Dzwonowa, Przelewic i Trzebina przesłano jego kopie. Nie wiadomo, czy Dembińscy rzeczywiście ponieśli konsekwencje, bo w księgach brak o tym wzmianki.
Do ofensywy mającej ratować wpływy kościoła katolickiego włączył się biskup poznański Wojciech Tolibowski, starający się również wpłynąć na właścicieli miejscowych dóbr. I rzeczywiście luteranie zaczęli tracić swoje przywileje, a zostali zobowiązani do udziału w nabożeństwach pod rygorem srogich kar finansowych. Ale wystarczyła zmiana właściciela któregoś z kluczy i karta mogła się odwrócić – ewangelicy nagle zyskiwali wolność wyznania, a katolicy stawali się tymi uciskanymi. W następnych latach Człopa stała się areną waśni na tle wyznaniowym, w których wciąż posuwano się do niszczenia mienia i naruszania nietykalności cielesnej. Ale to już inna historia.
Informacje do artykułu zaczerpnięto z:
Ludwik Bąk, Ziemia Wałecka w dobie reformacji i kontrreformacji w XVI-XVIII w., Piła 1999, strony 127-139 i 401-417
Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację
Przejdź na profil strony na Facebooku
