Wspomnienia państwa Anny i Zdzisława Piotrowskich o Człopie

Rozmowa z państwem Anną i Zdzisławem Piotrowskimi, przeprowadzony w Człopie w dniu 7 lipca 2026 roku.

Anna Piotrowska: Moja mama pochodziła z Łódzkiego, po wojnie sprowadziła się do Dzwonowa ze swoim pierwszym mężem, panem Oleszkiewiczem. Ale kiedy mu się zmarło, to wtedy zapoznali ją z moim tatą, który pochodził z Kujaw. Mieli sześcioro dzieci, w tym mnie. Mieszkaliśmy w domu opodal jeziora, dziś mieszka tam moja siostra.

Zdzisław Piotrowski: Moja rodzina przybyła do Człopy spod Koła – z miejscowości Barłogi. Najpierw przez pół roku mieszkaliśmy w „czerwonej kamienicy” [1], a później na pierwszym piętrze w budynku [2] koło piekarni (a dziś zaplecza produkcyjnego pierogarni). Jestem z rodu piekarskiego – rodzice pracowali tuż przy domu, w piekarni GS-u [3]. Po wojnie początkowo była ona prywatna, ale właściciel nie za bardzo wiedział co z czym i potem przejął to GS.

AP: Bliskość domu rodzinnego i jeziora sprawiła, że pływałam już jako cztero- albo pięciolatka. Byłam raczej grzecznym dzieckiem, nie wychodziłam na wioskę bez zgody rodziców. Jak miało się iść do szkoły, to tylko tam i z powrotem – żadnych innych wypraw przy okazji. Do szkoły chodziłam do Człopy, od pierwszej klasy na pieszo, nawet jak śniegu napadało. Później jeździły już autobusy, ale nie każdego było stać na bilet. Jak nas było sześcioro, średnio po dwa lata różnicy, to ile rodzice musieliby wydawać na bilety dla nas? Chodziło się więc pieszo. W wakacje, aby sobie dorobić, urządzaliśmy wyprawy na grzyby i na jagody. W każdej wiosce był skup runa leśnego (w Dzwonowie prowadził go pan Józef Basiewicz; tam też, ale w świetlicy, skupował Bronisław Klucznik). Czasami handlarze spotykali mnie wracającą z lasu i od razu ode mnie kupowali to, co uzbierałam. Umiem i lubię zbierać grzyby.

ZP: Budynek przy piekarni, w którym mieszkaliśmy, był czterorodzinny i wyposażony w hydrofornię – choć wodociągu w okolicy nie było, to u nas była bieżąca woda. Dodatkowo w budynku obok mieszkańcy wychodzili do wychodka na zewnątrz, a my mieliśmy normalne toalety. Dzięki temu, że moi rodzice pracowali w GS-ie (bywało tak, że w Człopie zatrudniał nawet dwieście osób), jeździłem na kolonie zakładowe – do Warszawy, do Krakowa. Zbiórka była w Wałczu i stamtąd wyjazd pociągiem.

AP: Byłam pierwszym rocznikiem, który kończył osiem klas szkoły podstawowej (zamiast siedmiu, rozpoczęcie edukacji w roku szkolnym 1959/1960). W mojej klasie były dzieci i z Człopy, i z wiosek. Ale w tych odleglejszych wioskach (Golin, Załom, Pieczyska, Wołowe Lasy) działały miejscowe szkoły. Klasy były liczne – i po trzydzieści osób w trzech równorzędnych klasach: A, B i C. Moi wychowawcy zmieniali się – ostatnim był (już nieżyjący) pan Konstanty Czyż. Wtedy mieliśmy do dyspozycji cały budynek szkoły (poza mieszkaniami służbowymi dyrektora i woźnego na parterze – wówczas dyrektorem był Ryszard Mospinek, mieszkał z żoną Teodorą – nauczycielką biologii, dziećmi i teściem – do Człopy przeprowadzili się z Tuczna). Na samej górze była aula (później świetlica). Jak pan Mospinek poruszał wąsami, to wszyscy się bali. Wcześniej kierowniczką szkoły była pani Karolina Rohozińska. Uczyli mnie między innymi: język polski – pan Edward Błaszczyk, matematyka – pan Stanisław Rudzionek (znakomity nauczyciel, potrafił wytłumaczyć ten przedmiot każdemu), śpiew – pan Konstanty Czyż, historia – pani Maria Kasicka, biologia – pani Teodora Mospinek (bardzo wymagająca), rosyjski – pani Wiera Czyż.

ZP: Ja chodziłem do siedmiu klas, bo jestem starszy od żony o cztery lata. Moim ostatnim wychowawcą był – też już nieżyjący – pan Jerzy Gajewski. Ze szkoły pamiętam, że sala gimnastyczna była w narożniku na pierwszym piętrze, a przez jakiś czas na drugim piętrze. Jak zamknęli szkołę w Jeleniach, to tamtejsze dzieci trafiły najpierw do szkoły w Tucznie (bo Jelenie tam wtedy podlegały), a później do szkoły w Człopie i mieszkały na stancji. Przywożono je w poniedziałek, a w sobotę odwożono do domu. Kiedy nadchodził czas wykopków ziemniaczanych (październik), to jechało się ze szkoły pomagać. PGR [4] podstawiał transport i ruszaliśmy w pole. W czasie wykopków pojawiało się też na polach sporo wojska, a nawet osadzeni – ja sam zbierałem ziemniaki z więźniarkami. Z tych przyjezdnych – Warszawiaków, Ślązaków, Poznaniaków – to ilu się potem pożeniło z miejscowymi dziewczynami.

AP: W moim domu umowa była taka, że po szkole naukę kontynuować będzie albo moja starsza siostra, albo ja. Chciałam iść na pielęgniarstwo do szkoły w Szczecinku, ale tam musiałabym mieszkać w internacie – rodziców nie było na niego stać, a że siostra, już po zawodówce, wybierała się do technikum do Wałcza, więc wypadło, że to ona będzie kształcić się dalej.

ZP: Po szkole podstawowej rozpocząłem naukę w zawodowej szkole piekarskiej w Złotowie – to daleko od Człopy, więc kwaterunek w internacie, do domu wracało się raz na miesiąc, dojazdy pociągiem do Wałcza, a stamtąd autobusem do Złotowa. Później uczęszczałem do technikum. Tak jak mój ojciec, tak jak i ja zostałem piekarzem i z tym zawodem wróciłem do Człopy.

AP: Jakoś przed moją siedemnastką poznałam męża (w podstawówce w ogóle się nie znaliśmy), chodziliśmy z półtora roku i po tym jak skończyłam osiemnasty rok życia, wzięliśmy ślub. Kiedyś mieszkało się w 2-3 rodziny. Przez pierwsze pięć lat mieszkaliśmy z rodzicami męża na dwóch pokojach z łazienką. Po tym czasie otrzymaliśmy – też na Witosa – pokój z kuchnią (toaleta na zewnątrz budynku). Następnie wpłacaliśmy na mieszkanie w bloku przy ulicy Południowej, w którym mieszkamy już czterdzieści lat.

ZP: To drugi blok tego samego projektu w Człopie, w Wałczu przy ulicy Południowej też takie stoją [5]. Styl pegeerowski – budowali takie po PGR-ach. Nie ma porządnych balkonów, ale nam wystarcza.

AP: Urodził się nam syn, po czterech latach córka. Jak poszła do przedszkola, to w 1974 roku zaczęłam pracować na poczcie – i tak mi tam zleciało trzydzieści lat. Po drodze odchowałam drugą córkę. W roku 1983 pracodawca skierował mnie do szkoły w Pile – na eksploatację pocztową. Dojeżdżałam pociągiem przez trzy lata na zajęcia w soboty i niedziele, a co dwa tygodnie również w środy. Chodziło o to, by osoby pracujące na poczcie miały przynajmniej średnie wykształcenie.

ZP: W Człopie tuż po wojnie piekarnia była też tu po sąsiedzku – przy ulicy Moniuszki 1. Gdy podjąłem pracę, to już nie istniała – pracowałem tam, gdzie rodzice. Piece w piekarni początkowo były poniemieckie, ale rozebrano je i postawiono nowe, bo tamte były na inny sposób pieczenia. W piekarni pracowali przez lata między innymi: Antoni Andrzejewski, Roman Mosiek, Piotrowski jeden i drugi (czyli ja i ojciec), Jan Kluska, dwóch Rachtanów, a potem jeszcze młodsi. Piekarze pochodzili z różnych regionów Polski i co kto umiał, to wprowadzał. Chleby, bułki, słodkie bułki, torty. Piekliśmy też dla wiosek i nawet dla Dobiegniewa. Mąka przyjeżdżała do nas z Wałcza, a jak działały młyny w Bukowie i Przelewicach, to też stamtąd. Dziennie przerabialiśmy tonę mąki. A człopski młyn co i raz trafiał w inne ręce – najpierw prywatny, później GS-owski. Młynami w ramach GS-u zarządzał pan Tadeusz Siedlecki – młynarz z zawodu. A w magazynach PZZ przy ulicy Kolejowej składowano tylko zboże (ziarno) – kierownikiem był pan Jan Nowicki.

AP: Poczta mieściła się zawsze w tym samym budynku co teraz [6]. Wtedy to był urząd pocztowo-telekomunikacyjny. Obecnie nie jest samodzielnym urzędem pocztowym, a filią urzędu pocztowego w Wałczu. Mieliśmy pierwszy w mieście teleks, oczywiście była i centrala telefoniczna. Budynek wciąż jest własnością Poczty Polskiej, która wynajmuje część powierzchni operatorowi telekomunikacyjnemu na te wszystkie urządzenia telefoniczne. W budynku urzędu, na górze, mieszkał też naczelnik poczty.

Zatrudnił mnie Czesław Szaliński – to on był wtedy naczelnikiem. Zwolnił się etat, więc skontaktował się ze mną. Osoby wcześniej na nim pracujące, przytłoczone tymi wszystkimi nazwami, skrótami i procedurami, zwykle po krótkim czasie odchodziły. Początkowo też miałam taki zamiar, ale jakoś to wszystko ułożyłam sobie, zostałam i byłam zadowolona. Moim podstawowym zajęciem była tak zwana ekspedycja – rozliczanie listonoszy, sortowanie listów. Kiedyś na święta było tych listów mnóstwo, a obecnie niemalże nic… Jako ostatnia wychodziłam z pracy, bo musiałam dokonać rozliczeń, czekać na dostawę przesyłek do Człopy – nawet jeśli się spóźniała. Listonoszy było z pięciu i każdego trzeba było rozliczyć chociażby z listów rejestrowanych (poleconych).

Każdy z listonoszy miał swój rejon – roznosili przesyłki dla Człopy i na wioski (zanim powstały autorejony i wprowadzono transport samochodowy, listonosze docierali na wioski rowerami, później motorowerami; jak zaczęły dominować samochody, przedsiębiorstwo ułatwiało zakup auta doręczycielowi, który je potem spłacał). Listonoszami byli: Hieronim Krajewski (kiedy zaczęłam pracę, był już na emeryturze), Florian Podgórski, Antoni Kozakiewicz (przyszedł do nas z Mielęcina), Czesław i Andrzej Siedziukiewiczowie. Razem z pocztą docierały do urzędu gazety w prenumeracie, potem roznosili je listonosze. Ale nie wszystkie listy trafiały do listonoszy – cześć z nich zostawiałyśmy w skrytkach pocztowych w przedsionku budynku poczty – korzystały z nich za odpłatnością instytucje i osoby prywatne, opróżniając je w dogodnym dla siebie czasie w godzinach pracy urzędu.

Kiedy jeszcze kursowały pociągi, to w składzie był wagon do przewozu poczty i towarów. Po zakończeniu rozliczeń, wiozłam przesyłki specjalnym wózkiem na dworzec i tam je oddawałam do pociągu jadącego do Krzyża.

Naczelnikiem poczty po panu Szalińskim została pani Elżbieta Siedziukiewicz, która trafiła do nas z Wałcza – jej mąż został listonoszem.

Jak sortowałam listy, to miałam w osobnym pomieszczeniu stół i sortownicę z przegródkami. Czasami dodatkowo roznosiło się i paczki po mieście, a kiedy w urzędach zaczęto sprzedawać nie tylko znaczki i koperty, to bywałam też kasjerką. W tak małej placówce każdy musiał umieć zastąpić każdego – siedziałam więc też przy centrali telefonicznej.

Za moich czasów – i zanim zainstalowano w Człopie centralę automatyczną – ręczna centrala (łącznica) była na piętrze, a potem na parterze budynku poczty. Obsługiwaliśmy ją na trzy zmiany, przez całą dobę. Takie dyżury miała już pani Irena Grochowicka, która, zanim zaczęła pracować w okienku, też dyżurowała przy centrali. Wtedy centrala mogła obsłużyć trzysta numerów. Widzieliśmy połączenie, bo zapalała się lampka – podłączenie się, pytanie do dzwoniącego o numer, z którym chce się skontaktować i połączenie obu gniazd przypisanych do tych numerów odpowiednim przewodem (kluczem). Kiedy lampka gasła, to było wiadomo, że rozmówca odłożył u siebie słuchawkę. Wtedy wyciągało się w centrali z gniazda ten klucz. Najwięcej pracy przy łączeniu było do południa – wtedy przy łącznicy siedziały dwie osoby, a w innej porze to czasami człowiek tylko nudził się. Monterem telekomunikacyjnym (i konserwatorem łącznicy) był pan Bogdan Romanowski. Monterem był też pan Jan Artymowicz z Krąpieli [7].

Telefon otrzymać wtedy było trudno – pula numerów była ograniczona – zwykle sto na „szafkę”. Dopiero jak góra zapewniła drugą i następne „szafki”, wtedy można było przyłączać kolejne osoby i ciągnąć im przewód od budynku poczty do aparatu telefonicznego w mieszkaniu czy urzędzie.

W tamtych czasach telefoniczna łączność międzymiastowa wyglądała zupełnie inaczej. Abonent z Człopy zamawiał u mnie połączenie z jakąś miejscowością z innego województwa. Rozłączał się i ja łączyłam się najpierw z telefonistką na centrali w Wałczu, a ona umożliwiała mi rozmowę z kolejną centralą, aż do nawiązania kontaktu z numerem docelowym – wtedy oddzwaniało się na telefon zamawiającego i obie osoby mogły w końcu porozmawiać. Osoby, które nie miały telefonu w domu, na połączenie oczekiwały przy tak zwanej rozmównicy – aparacie telefonicznym stojącym na pulpicie w narożniku sali kasowej. Po nawiązaniu połączenia otrzymywały od pracowniczki informację, że odbiorca jest już na linii.

ZP: Pracownicy GS-u wraz z rodzinami jeździli na imprezy zakładowe odbywające się przy ośrodku wypoczynkowo-szkoleniowym centrali GS-u znajdującym się w okolicy Pustelni. Na początku wozili nas tam dwoma wozami konnymi z człopskiego GS-u (powrót, kiedy konie już się najadły), potem na pace ciężarówki Star. Organizowaliśmy też mecze w niedziele na stadionie miejskim – piekarze przeciw masarzom. Piekarze piekli wielkie rogale, a masarze robili dla nas kiełbasy i tym się obwieszaliśmy po meczu. Kibiców było mnóstwo.

AP: W pewnym okresie ojciec męża chciał wracać do Koła, bliżej rodzinnych stron. Z kolei mąż w którymś momencie chciał przeprowadzić się do Gorzowa Wielkopolskiego (już mu nawet obiecali pracę w Stilonie Gorzów i mieszkanie zakładowe), ale ja nie chciałam – Człopa mi się podoba.

ZP: Jak żona chciała, tak i zostaliśmy. W 1981 roku byłem już kierownikiem piekarni GS w Człopie. Dzięki temu nie pracowałem w nocy, ale i tak wstawałem o godzinie czwartej rano, szedłem do zakładu i wracałem o dwunastej, zjadałem obiad z rodziną, by po południu pójść raz jeszcze do piekarni przygotować zakwas i rozpalić w piecu. Kiedy rozpoczął się stan wojenny, to zaraz w niedzielę 13 grudnia przyjechali po mnie z karabinami i z marszu zabrali. Trafiłem – już jako żołnierz – do piekarni w Pile, a potem w Wałczu. Dopiero po ponad miesiącu udało mi się z tego wykręcić, bo i tak każda piekarnia była zmilitaryzowana. Dobrze, że mój ojciec – w końcu też piekarz i poprzedni kierownik – zajął się człopską piekarnią, pilnował surowców (mąki, cukru, tłuszczów), by ich nie rozkradli, nadzorował wypiek i wydawanie chleba.

AP: Wtedy na poczcie ktokolwiek łączył się z centralą telefoniczną, to na początek musiał usłyszeć od telefonistki komunikat: „Rozmowa kontrolowana”. W pierwszych dniach stanu wojennego po takiej zapowiedzi większość dzwoniących od razu rzucała słuchawką. Na centrali, obok nas, nikt nie siedział i nie podsłuchiwał, ale coś musiało być na rzeczy, bo jak rozmowa schodziła na temat bieżącej sytuacji, to połączenie było zrywane. Jako telefonistka też mogłam słuchać takich rozmów, wystarczyło podłączyć ten „klucz” – była taka techniczna możliwość. Czasami korzystało się z tego, by upewnić się, że rozmowa trwa (telefonistka włączała się i pytała: „Mówi się?”, a ktoś z rozmawiających odpowiadał: „Mówi!”).

ZP: W Człopie od godziny dwudziestej drugiej nie wolno było wyjść z domu bez przepustki. Chodziły patrole, ale zwykle i tak trafiały w końcu do piekarni, by się w niej ogrzać.

AP: Do kościoła można było chodzić, lecz niektórzy jeździli na msze do innych miejscowości. W Człopie były też osoby współpracujące z bezpieką i składające sprawozdania, bo jak męża starali się namówić do wstąpienia do partii, to nawet powiedzieli mu, w której ławce siedzi w kościele.

AP i ZP: W latach naszej młodości w podwórzu budynku [8] naprzeciwko piekarni Hoffmana [9] była świetlica – na piętrze oficyny. To była taka gminna świetlica, w sobotę otwierali, przychodził grajek, grał choćby i na harmoszce, i wszyscy tańczyli i bawili się (na tej samej posesji była szwalnia GS-u i punkt naprawy sprzętu radiowo-telewizyjnego). Takich miejsc, gdzie organizowana zabawy było więcej – gdzie dawniej była remiza straży pożarnej, a potem dom kultury [10], na boisku miejskim, na piętrze dzisiejszego urzędu miasta i gminy, gdzie dziś jest sala posiedzeń, w szopie, która stała tam, gdzie dziś pan Sroczyński ma stolarnię [11].

AP: Tutaj, w okolicy ulicy Młyńskiej i Południowej była kuźnia, a jak chodziłam do szkoły, zjeżdżało się z górki na sankach – dopiero później postawiono te oba bloki mieszkalne.

ZP: Na ulicy Witosa były kocie łby, na ulicy Zwycięstwa Wojska Polskiego, pod górę, była kostka. Jako dziecko bawiłem się w dawnym kościele ewangelickim [12]. Jeszcze działały w nim organy. Naprzeciwko stała brama i ogrodzenie dawnego kościoła katolickiego [13]. Za torami, gdzie dawniej była strzelnica myśliwska, był niemiecki szpital, a przy wjeździe do lasu w stronę strzelnicy stały drewniane baraki, gdzie Niemcy kwaterowali robotników przymusowych. Potem je też wykorzystywano, aż w końcu rozebrano. Nieopodal, pod lasem, gdzie stoi przedszkole, na ziemi leżało luzem mnóstwo pustych puszek od konserw.

Budynek za pocztą był zniszczony w 70 procentach, miał zawalony dach, stały same mury – remontowali go około 1959 roku [14]. Dwa zniszczone domy stały przy skrzyżowaniu jak jedzie się do Golina. I dwa domy przed torami. Przy szosie do Trzebina była zniszczona fabryczka z kominem [15].

Pomost na „Plaży” [16] budowało wojsko – mówiło się, że to dzięki znajomościom pana Bogusława Botulińskiego, męża lekarki z Człopy – pani Zdzisławy Botulińskiej. Kiedyś – w latach sześćdziesiątych – zajechała jednostka saperska z pontonami, a dzieciarnia miała atrakcję – ze szkoły wycieczki chodziły, by obejrzeć spuszczanie pontonów na wodę i wbijanie pali w dno. Stojący tam poniemiecki budynek ze strzechą przez nieostrożność spalili koloniści z Łodzi. Na jego fundamentach zbudowano obecny budynek. W tamtej okolicy wrzucaliśmy w ognisko znalezione naboje z czasów wojny. Naboje w ogień, a my chowaliśmy się na płask za stojącym tam murkiem. Nie z Łodzi, a z Wrocławia i nie do Człopy, a do pałacu w Dłusku zjeżdżały w wakacje na kolonie dzieci pracowników zakładu „Dolmel” [17]. Poza wakacjami pałac chyba zwykle stał pusty.

AP i ZP: Gdzie dziś jest Osiedle Leśne, był las, zaraz na brzegu rosły dorodne prawdziwki, w tamtej okolicy dzieciaki z ulicy Witosa miały boisko do piłki nożnej. Gdzie dziś przy Witosa jest parking, to po wojnie był ogródek. Po jego zlikwidowaniu powstał parking, a jeszcze później targowisko (zwykle odbywające się w środy). Kiedy to miejsce wykładano kostką, to targowisko przeniesiono koło cmentarza, ale ludzie nie chcieli tam chodzić. W końcu targowisko znalazło się tu, gdzie jest obecnie. Kiedyś okoliczni rolnicy w zasadzie nie przywozili do Człopy na targowisko żadnych artykułów rolnych – te kupowało się w sklepie.

Stojący do lat sześćdziesiątych w miejscu obecnego targowiska kościół ewangelicki częściowo zachował się, przynajmniej niektóre elementy, a to dlatego, że pan Jan Frątczak dostał zgodę na wykorzystanie materiałów z rozbiórki świątyni do budowy domu w Dzwonowie.

Park przy kościele, przy ulicy Strzeleckiej, był zwykle zarośnięty, stały tam resztki poniemieckiego pomnika [18]; ten gąszcz pozwalał się ukryć tym, co chcieli napić się czegoś z procentami.

Biblioteka miejska – kiedy mieściła się „pod filarami” [19], prowadził ją między innymi pan Adam Rybski. Wcześniej biblioteka publiczna też tam się mieściła, ale jednocześnie z kawiarnią. Kawiarnia miała jedną, a potem dwie sale – jedna z nich była dla niepalących.

We wczesnych latach namiastkę rozrywki w pracy spełniały tak zwane kołchoźniki, odbiorniki założone w zakładach (jeden był w piekarni), połączone przewodowo z budynkiem poczty, skąd nadawano „po drucie” program radiowy – grało to od rana do południa. Po pracy z kolei można było wybrać się do kina.

AP: W kinie w mleczarni [20] byłam jako siedmiolatka – jakoś w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki – więc około 1959 lub 1960 roku.

ZP: A ja pamiętam, że oglądałem tam „Krzyżaków” [21]. Kinooperatorem był Józef Sawicki, weteran Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wspominałem o meczach piekarze przeciwko masarzom. Kiedyś miejskie boisko do piłki nożnej było nieco bliżej ulicy, a bliżej torów kolejowych znajdowało się boisko do siatkówki i piłki ręcznej wraz z nasypem-trybuną.

AP i ZP: GS miał własną rozlewnię napojów [22] – piwo przywożono w beczkach, najwięcej z Czarnkowa, a oranżadę robili z wody miejskiej. GS-owski magazyn materiałów budowlanych mieścił się przy ulicy Kolejowej, potem ulokowali tam swoją masarnię (przeniesioną z ulicy Moniuszki 4, gdzie mieszkali państwo Zawiślak), a dziś jest to skup i lokal gastronomiczny pana Tomaszewskiego [23].

Też przy ulicy Kolejowej, ale w stronę Glinianek, naprzeciw magazynów kolejowych, w miejscu, gdzie później był OTL [24], magazyny GS-u, a teraz magazyny panów Rakowskiego, Mądrego i Gintera – istniała roszarnia lnu. Stały tam wielkie stogi lnu (siali go po wszystkich okolicznych wioskach), specjalnie ustawione, by mogły przeschnąć pod gołym niebem.

No i przy ulicy Kolejowej stał też dworzec kolejowy. Pracowali na nim między innymi: Bronisław Holik, Józef Jankowiak, Ryszard Kasprzak – jako dyżurni ruchu, a pani Jadwiga Ziarkowska opuszczała i podnosiła szlabany [25]. Pociągi woziły z Człopy mnóstwo drewna.

Na obecnym targowisku mieściła się kiedyś stacja paliw – podziemne zbiorniki, dystrybutor i budka dla pracownika – pracowali tam pan Antoni Gerwazik i pani Eugenia Barda. Zlikwidowano ją, kiedy pobudowano stację paliw przy wylotówce z Człopy w stronę Dobiegniewa. A po wojnie było widać resztki stacji paliw na „trójkącie” wlotu ulicy Młyńskiej w Bydgoską – mieli ją zniszczyć Rosjanie w 1945 roku.

Na człopskim posterunku milicji pracowali, choć to nie wszystkie nazwiska: Marian Wywiał (mieszkał między kościołem a pocztą), pan Kurpiel, Józef Pawlak, Józef Dębiec. I tak jak listonosze – w najwcześniejszym okresie przemieszczali się na rowerze, potem dostali motocykl i w końcu samochód.

Ponadto kiedyś w Człopie działalność prowadzili kominiarze (panowie Mieczysław Chyba i Alojzy Słomiński, potem kominiarze przyjeżdżali już z Wałcza), szewcy (pan Kubacki, miał warsztat w pokoiku mieszkania na piętrze w budynku przy Moniuszki 1; pan Stanisław Kulesza – warsztat w domu przy piekarni na Witosa; był też szewc z Wołowych Lasów), technicy naprawiający sprzęt RTV (panowie Józef Wajda i Andrzej Szczybyło zwany „Tranzystorkiem”).

Do Człopy w końcu lat sześćdziesiątych przyjeżdżali też „nafciarze”. Ekipa zdecydowanie męska – mieli swoją bazę koło boiska sportowego, tam trzymali auta-wiertnice, przez jakiś czas jeździli po okolicy w poszukiwaniu ropy naftowej. Ropy raczej nie znaleźli, za to niektórzy znaleźli żony. Na przykład Zofia Wojciechowska, Anna Zima i Eugenia Michalska wyszły za mąż za nafciarzy.

Katechezy z religii odbywały się najpierw w szkole, a kiedy rząd zabronił nauczania religii w szkołach, zajęcia te przeniosły się do salki w piwnicy kościelnej, połączonej z kotłownią (pośrodku stał piec na trociny). Dopiero później przeniesiono zajęcia do zbudowanej od podstaw obok kościoła salki katechetycznej.

W kościele kiedyś ciepłe powietrze z kotłowni trafiało przez osłonięte kratkami otwory w podłodze (przy obecnej balustradzie przed ołtarzem). Potem to zaślepiono i założono zwykłe kaloryfery, które później trzeba było zdemontować, bo popękały, jak podczas mrozów nie napalono w piecu. Witraże zawsze były te same, ale odnowiono je (inicjatywa nieżyjącego już pana Andrzeja Jaskulskiego), bo ubytki były tak znaczne, że chłód wciskał się do wnętrza. Ołtarz był cofnięty, bliżej ściany, była też ambona, pamiętam księdza wchodzącego po schodkach i głoszącego z niej kazania.

Organistami w człopskim kościele byli: pani Stefania Bielawska z Trzebina, pan Jankowiak trochę grał, aż w końcu nastał pan Stanisław Ostafin. Zwykle nie kojarzono jak się nazywa, ale każdy kojarzył go jako organistę. Był nim z 60 lat, zawodowo pracował w PGR jako księgowy. Jako organista roznosił też opłatki na Boże Narodzenie – miasto i wioski. Człowiek serdeczny, rzadko takich ludzi spotkać.

Kiedyś każda wioska miała swój własny cmentarz, później je pozamykano i zmarłych z terenu gminy grzebano w Człopie. W Człopie kaplica przycmentarna mieściła się przez wiele lat w dawnym grobowcu, w którego podziemiach wciąż leżały trumny ze szczątkami pochowanych. Kiedyś po trumny trzeba było jechać do Wałcza albo Tuczna. W 1994 roku, jak zmarł mój [pani Anny] ojciec, to do dnia pogrzebu ciało spoczywało w domu. Dawniej po mszy w kościele, kondukt z trumną przechodził ulicami miasta aż na cmentarz. Za pochówek odpowiadali pracownicy miejscowego zakładu gospodarki komunalnej (komunalki). Samobójców początkowo chowano wyłącznie na skraju cmentarza, przy jego ogrodzeniu – później przestano tak robić, a rodziny tych zmarłych przeniosły szczątki do grobów rodzinnych. Na człopskim cmentarzu spoczęły też szczątki dwóch czerwonoarmistów, znalezionych podczas budowy domu jednorodzinnego w Człopie – leżą niedaleko grobów naszych rodziców [26]. Kiedyś można było przejść z katolickiego cmentarza na cmentarz żydowski, teraz uniemożliwia to ogrodzenie.

Dawniej na święto patrona człopskiego kościoła – świętego Antoniego z Padwy [27] – w Człopie pojawiały się stragany i kramy, ustawiane przy kościele i wzdłuż ulicy. Potem nie zezwalano już na to, ale to i tak nie były odpusty jak w centralnej Polsce, kiedy zjeżdżały nawet karuzele. Wesołe miasteczko z karuzelami lub cyrk pojawiały się w Człopie – rozstawiały się na placu za restauracją „Dzierżykraj” [28], na placu, gdzie dziś jest przedszkole, a ostatnio na placu poniżej cmentarza, przy ulicy Wiejskiej. Od czasu do czasu zajeżdżała też ruchoma strzelnica – mieszczący ją wóz parkował tam, gdzie później stanęła „Jedynka” [29], przed wulkanizacją [30], ale i gdzie się dało – zależy która przyjechała.

Początkowo w Człopie odbywały się pochody pierwszomajowe – później przedstawiciele zakładów na pochody jeździli do Wałcza, a w samej Człopie był jakby festyn.

Jako emeryci nie siedzimy w domu. Mamy działkę warzywną za tartakiem, na terenie ogródków działkowych. Był czas, że niewiele z nich było użytkowanych, ale w ostatnich latach coraz więcej ludzi dzierżawi je jako rekreacyjne, a my wykorzystujemy ją jak to się robiło dawniej – aby mieć własne warzywa i owoce.

Nie wyobrażamy sobie życia bez rowerów. Rowerami jeździmy wokół Człopy na bliższe i dalsze wycieczki, na grzyby, czy wykąpać się nad jezioro. Rowerami zaczęliśmy pokonywać trasę pielgrzymki z Człopy do Skrzatusza. Później te czterdzieści kilometrów chodziliśmy pieszo. Pielgrzymki do Skrzatusza zaczęły się w 2019 roku, z inicjatywy ówczesnego wikariusza – ks. Marcina Sypki, pana Andrzeja Jaskulskiego i pana Grzegorza Rogali. Wspólnie wyszukali taką trasę, aby nie iść drogami utwardzonymi, na których trzeba spełnić formalne wymogi dla pielgrzymek. Początkowo uczestnicy poruszali się rowerami – wyjazd o godzinie ósmej rano, w Skrzatuszu na godzinę trzynastą. Powrót już autem (rowery na przyczepie od pana Rogali). Ale że nie każdy mógł jeździć rowerem, to pielgrzymka zrobiła się pieszą i nocną, gdzie wyjście uczestników odbywa się godzinie dwudziestej pierwszej w pierwszy piątek miesiąca. Chodzimy też na pielgrzymki do Golina – zawsze w sierpniu. To raptem tylko cztery kilometry, ale to zawsze coś. Za to dotychczas nie udało się nam być na pielgrzymce kajakowej.


[1] Dawna szkoła ewangelicka; jej obecny adres to ulica Adama Mickiewicza 19.

[2] Jego obecny adres to ulica Wincentego Witosa 11.

[3] Skrót od nazwy Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” – więcej o GS„SCh” w Wikipedii – kliknij, aby przejść.

[4] Skrót od nazwy Państwowe Gospodarstwo Rolne.

[5] Numery 29, 31 i 33.

[6] Ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 5.

[7] Potocznie powiedziałoby się „z Krąpiela”, jednak prawidłowa odmiana nazwy osady Krąpiel w dopełniaczu brzmi „Krąpieli” – zobacz listę będącą załącznikiem do obwieszczenia ministra spraw wewnętrznych i administracji w sprawie wykazu urzędowych nazw miejscowości i ich części z 17 października 2019 roku (Dziennik Ustaw z 5 grudnia 2019 roku, pozycja 2360).

[8] Obecnie ulica Stanisława Moniuszki 40.

[9] Obecnie ulica Stanisława Moniuszki 5.

[10] Skrzyżowanie ulic Stanisława Moniuszki i Strzeleckiej.

[11] Obecnie ulica Stanisława Moniuszki 16 (17).

[12] Stał w miejscu dzisiejszego targowiska przy ulicy Stanisława Moniuszki i Rynkowej.

[13] Drewnianego, pod wezwaniem świętego Wojciecha, spalonego w 1945 roku.

[14] Obecnie ulica Zwycięstwa Wojska Polskiego 7-9.

[15] Przy ulicy Nad Łąkami.

[16] Nad Jeziorem Młyńskim.

[17] Popularne określenie Dolnośląskich Zakładów Wytwórczych Maszyn Elektrycznych we Wrocławiu.

[18] Tak zwany Kriegerdenkmal, poświęcony mieszkańcom Człopy poległym w wojnach przed 1945 rokiem.

[19] Obecnie Plac Zwycięstwa 1.

[20] Obecnie ulica Wincentego Witosa 5.

[21] Premiera filmu „Krzyżacy” miała miejsce w 1960 roku.

[22] Obecnie ulica Wincentego Witosa 4, budynek od strony ulicy Kolejowej.

[23] Ulica Kolejowa 30.

[24] Skrót od nazwy Ośrodek Transportu Leśnego.

[25] Na przejeździe kolejowym przez ulicę Zwycięstwa Wojska Polskiego.

[26] Najprawdopodobniej jest to pochówek numer 2 w rzędzie 3, w sektorze 4 człopskiego cmentarza (sprawdź w serwisie Grobonet – kliknij, aby przejść).

[27] Wspomnienie świętego Antoniego Padewskiego przypada 13 czerwca.

[28] Przy skrzyżowaniu ulic Stanisława Moniuszki i Bydgoskiej (jeszcze zanim je przebudowano).

[29] Obecnie ulica Stanisława Moniuszki 8.

[30] Wulkanizacja mieściła się w budynku z obecnym adresem Wincentego Witosa 10c.


Uzupełnij, skomentuj, wskaż błędną informację

Przejdź na profil strony na Facebooku